Adam Makowicz: Jazzman zawsze zagra siebie

 

  •     Każdy koncert jazzmana jest inny i najczęściej nie podaje się programu. Bo artysta może go zmienić nawet tuż przed koncertem. Publiczność przychodzi na Makowicza.

  •     Już w sprzedaży nowa solowa płyta Adama Makowicza z szesnastoma kompozycjami, z których dziewięć jest autorskich a pozostałe – ulubione. 

  •     Jazzman wyjeżdżający do Stanów Zjednoczonych w latach 70. XX wieku nie uciekał przed reżimem, ale szukał inspiracji i robił karierę. 

O naszą tradycję sami musimy dbać. Nikt za nas tego nie zrobi. Kto ma dbać o naszą muzykę ludową? – mówi mi na zakończenie rozmowy Adam Makowicz, najważniejszy polski pianista jazzowy. Choć na stałe mieszka w Stanach Zjednoczonych, kiedy tylko może, przyjeżdża do Polski. Korzystam z jego marcowego pobytu w Warszawie i umawiam się na rozmowę. Tym bardziej, że właśnie ukazała się jego nowa, solowa płyta. Tak formalnie solowa. W świetnej sali Studia Koncertowego Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego Adam Makowicz miał do dyspozycji swoich stałych dziesięciu muzyków i publiczność. Ale po kolei…

 

Kinga A. Wojciechowska: Granie muzyki Chopina na jazzowo jest odkrywcze?

Adam Makowicz: To była tylko ciekawostka. Chopin to jest Chopin i trzeba go grać tak, jak on skomponował swoje utwory. Ale to była ciekawa przygoda. I ja tylko zaadaptowałem tę muzykę. Kilka lat temu, gdy obchodzono 200-lecie jego urodzin, to próbowano go grać na wszelkie sposoby. 

Pytam o Chopina, bo miał Pan być pianistą klasycznym. O tym marzyli rodzice. Zainteresowanie jazzem to był wyraz buntu czy ciekawości? 

Trudno to nazwać buntem. To było coś nowego, że instrumentalista może być też twórcą. Klasyczna muzyka to czarne nutki na pięciolinii. Dokładny przekaz tego, co kompozytor napisał ileś lat temu. I ktoś to musi zagrać. Od tego są muzycy, którzy kształcą się wiele lat i potem przekazują ten zapis z przeszłości dzisiejszej publiczności. I to jest odtwórstwo. Owszem, są możliwości indywidualnej interpretacji, ale i tak trzeba grać dokładnie z nut. A muzyka jazzowa, która przyszła ze Stanów… Tu mamy absolutnie twórcze potraktowanie melodii. Improwizacja to personalna wypowiedź artysty. To osobisty język porozumiewania się ze słuchaczami. To był element fascynujący.  I ten element swingu, który jest muzyce jazowej. W żadnej innej muzyce go nie ma. Mówię o klasyce. On jest w muzyce kubańskiej, brazylijskiej, latynoskiej czy afrykańskiej.

Swing może być niesłyszalny, ale wyczuwalny, i to było dla mnie fantastyczne. Polska muzyka rozrywkowa to nie było to. Choć z przyjemnością jej słuchałem. W ogóle muzyka wtedy była żywa, to muzycy ją grali w klubach. Ale dopiero jak rodzice kupili radio i mogłem słuchać amerykańskiej muzyki, to zaczęły mi się oczy otwierać. W ciągu jednej nocy zadecydowałem, że chcę grać jazz. Nie wiem dlaczego. 

Ale co takiego jest w jazzie, że gotów był Pan zrezygnować z wszelkich wygód, żeby go grać?

Trzeba było zapłacić wysoką cenę, ale jak się ją zapłaci, to się ceni towar. Jak coś za łatwo przychodzi, to nie zawsze potem ma się ten motor, który pcha człowieka do doskonalenia. 

A składowe tej ceny?

To wiedza, jak przeżyć z dnia na dzień, na ulicy. To szukanie klawiatury, by poćwiczyć. Ale te problemy dużo mnie nauczyły. Zawsze miałem silnik wewnętrzny. Niezależnie gdzie byłem, muzyka była najważniejszym motywatorem. I cały czas mnie otaczała. 

Zmienił Pan nazwisko, żeby łatwiej było je wymawiać w Stanach? Matyszkowicz na Makowicz?

Dopiero jako jechałem do Stanów. Zaproponowano, żeby zrezygnować z tych szeleszczących głosek. Wiedziałem, że jak będą chcieli mnie zapowiadać, to zawsze zrobią błąd. Początkowo nazywali mnie Adam, ale to też niedobrze, bo niejednoznaczne. Adamów jest wielu. Często aktorzy szukają nazwiska, nie koniecznie najkrótszego, ale łatwo wymawialnego i dźwięcznego. Makowicz – nie jest najgorsze. Choć i tak zawsze zapowiadają mnie Makovic. 

Czytając o Pana życiu w Stanach, można pomyśleć, że wszystko przyszło Panu łatwo i lekko. Rzeczywiście w latach 70. XX wieku Stany były rajem dla jazzmanów? Wystarczyło pojechać i już – wszystkie kluby, nawet Jazz Cafe Society, wszystkie sale stały przed człowiekiem otworem? 

A tak. John Hammond wziął na siebie temat sprowadzenia mnie i zrobienia szumu. 

I odetchnął Pan wolnością?

Ale ja tu, w Polsce nie miałem kłopotów! Jazz w latach 70. XX wieku był już sponsorowany przez pierwszych sekretarzy [partii – PZPR – I sekretarz – najważniejsza osoba w państwie – przyp. KAW], bo uznano, że jazz jest bardziej artystyczny niż muzyka rockowa. A tę chcieli powstrzymać. Chciano zatrzymać pęd młodzieży do rockowego stylu życia. A ponieważ jazz to czarna muzyka – w ten sposób przełamano lody – że to protest songi murzyńskie. Problemy były tylko wtedy, jak ktoś był politycznie zaangażowany. Np. ja tam raz, na lekkiej bańce, powiedziałem publicznie coś na temat lepszego życia w Szwecji i RFN, że człowiek tam jest swobodniejszy, to mi paszportu nie dano [śmiech].

A dlaczego dla jazzmana wyjazd do Stanów, do Nowego Jorku to konieczność? W czasach wszechogarniającego internetu to ciągle jest takie ważne?

Artyści powinni w ogóle znać sztukę, szczególnie ludową, na niej oparta jest każdy rodzaj muzyki artystycznej. A jazz jest sztuką ludową, ze wszystkimi elementami: samby bossanovy… To są wszystko folk songi, tylko potem zagrane w innej konwencji. Tak jak mnóstwo góralskich motywów u kompozytorów klasycznych. Bo biorą z niej siłę i napięcie, które stwarza. Internet pozwolił na to, że można krążyć po świecie, nie wstając z krzesła. Na pewno to wzbogaca duszę artysty, który adoptuje w swoim języku to, co usłyszał. Muzyka, sztuka nie może stać w miejscu, powstają nowe style, spojrzenia, odczucia. Dziś komunikacja jest międzykontynentalna. Wszystkie twórcze elementy nabierają nowych form. Muzyka się musi zmieniać. Doskonali się, pojawiają nowe style, rap, hip-hop, fusion. Muzyka intuicyjna. Różne formy przybiera. 

Kiedyś, pisząc o muzyce amerykańskiej, na podstawie rozmów z młodymi jazzmanami postawiliśmy tezę, że jazz w Stanach schodzi do podziemia. Włodek Pawlik się na to obruszył i powiedział: Bzdura! A co mówi Adam Makowicz?

Że niby teraz? Jazz zawsze był muzyką ekskluzywną i kameralną. Tak dosłownie to właśnie w podziemiach robi się małe, piękne restauracje. Muzycy mogą grać tam prawie codziennie. Tego nie jest tak dużo. Rzeczywiście było ich więcej w latach 50. i 60. XX w., nawet jak ja przyjechałem, to było więcej. To były małe restauracyjki, w których urządzano koncerty solowe, duety, tria rzadziej, bo były za głośne i przepisy zabraniały grać z perkusją, bo ludzie mieszkali powyżej klubu. Raczej kontrabas, trąbka.

Jazz jest teraz raczej koncertową muzyką. Festiwale są dla wielu tysięcy osób. Co też nie jest takie dobre, bo na koncerty angażuje się gitarzystów, potrzebne jest nagłośnienie. I ta muzyka traci. Muzyka powinna być najbliżej odbiorców. Po co z głośników? 1000 Wat! To ja sobie w domu lepiej posłucham. Dziś są bardzo dobrej jakości głośniki, nie muszę iść na stadion. Wolę te małe klubiki, bo jestem bezpośrednio z publicznością. Na wielkiej sali gra się do próżni, do głośników, bo główki ludzi malutkie. Buduje się wiele filharmonii dzięki unii europejskiej. I tam brzmi najlepiej muzyka klasyczna, ale jazzowa też. Tam są najlepsze instrumenty dla pianistów. 

W 2004 roku zagrał Pan w Carnegie Hall koncert z Leszkiem Możdżerem – który był wtedy wschodzącą gwiazdą. Lubi Pan odkrywać talenty? Czy jazzman może mieć swoich uczniów, czy z uwagi na charakter tego gatunku każdy jazzman umiera jednak artystycznie bezpotomnie?

Nie, nie interesuje mnie to. Z Możdżerem to był projekt, który sobie wyśnił Paweł Potoroczyn [w 2004 roku – dyrektor Instytutu Kultury Polskiej w Nowym Jorku – przyp. KAW] i doprowadził go do finału. Nagrano też płytę. To była przygoda. 

A propos przygód - czym dla Pana jest najnowsza płyta

Radio stanęło na wysokości zadania. Przede wszystkim fortepian – świetny! Nawet w Stanach, gdzie nagrywałem (i sam produkowałem) – takich instrumentów nie miewają. Nagranie odbyło się podczas koncertu. 

To chyba spore wyzwanie.

A tak. Bo i pomyłki mogą być różne, coś się za dużo zagra. Z kolei jakaś energia się wyzwala. Studyjne płyty są czyściutkie. W nich brakuje mi elektryczności, która wydziela się podczas koncertu. I tam w Studiu Lutosławskiego zaproponowano mi dwie sesje: jedna bez publiczności a druga z. I wie Pani ile materiału z każdej z sesji poszło na płytę?


Adam Makowicz, podczas sesji nagraniowej w Studiu Koncertowym Polskiego Radia | fot. mat. pras.

Pewnie większość z publicznością?

90% z publicznością! Może rozłożenie improwizacji nie było dokładnie takie, jak chciałem. W improwizacji musi być logika. W założeniu wyrazy muzyczne muszą pasować do siebie. Jak słyszę czasem młodych… Umieją improwizować, ale nie wiedzą, na jaki temat, to się wyczuwa. Trudno to krytykować, bo muzyk zawsze chce się pokazać. Frazowanie jest ważne, długo można by bajdurzyć…

Więc wybrał Pan większość materiału z publicznością…

Publiczność nie tyle rozumie, ale czuje, że coś jest autentyczne. I w tym nagraniu z koncertu jest siła. To jest dla mnie istotne. W tej muzyce musi być coś, zmusza ludzi do słuchania dobrowolnie. 

Dziewięć na 16 utworów to Pana autorskie kompozycje. O pozostałych utworach mówi Pan, że to ulubione…

Dużo mam tam swoich kompozycji,  ale również standardy. Jakie utwory czy kompozycje zagrać, wynika z mojego samopoczucia. Program układam zawsze na krótko przed koncertem, a często zmieniam tuż przed. Najpierw mam próbę z instrumentem, żeby się z nim zaprzyjaźnić, z akustyką sali. I wtedy na poczekaniu zmieniam program. Bo jest, nie wiem, jak to nazwać, atmosfera na ten utwór i wiem, że chcę go zagrać. Na każdy utwór trzeba być w jakimś sensie nastrojonym jak fortepian. Ale to każdego dotyczy. Trzeba się nastroić.

Jazz zawsze kojarzył mi się w graniem kolektywnym. Pan też tak zaczynał. Ale teraz wyraźnie podkreśla Pan, że woli grać sam, bez sekcji rytmicznej. Co jest pociągającego w samotnym graniu? Albo inaczej – w graniu w duecie z fortepianem?

Ja nie gram sam. Ma dziesięć palców, dziesięciu muzyków i każdy ma swoje zadanie. Tak, ważne jest, jak fortepian mi zaśpiewa. Piękny dźwięk klaruje mi całą muzykę. Najważniejszy jest instrument. Trzeba się przyzwyczaić. Do każdego instrumentu dopasowuję program. Ludzie i tak przychodzą na mnie. Tu nie program jest najważniejszy, tu ważne jest, kto gra, mniej ważne, co zagra. Zawsze zagra siebie. 

Mówi się, że improwizacja to osobista wypowiedź artysty. 

Tak jest. Jak on śpiewa na tym instrumencie, jak frazuje, jak podaje popową melodyjkę, której potem używa jako bazy, to dalej jest jego. Na to ludzie przychodzą, jak polubią danego artystę. Dynamika tworzy muzykę. Co to znaczy grać piano? Jeden zagra trochę ciszej i forte głośniej – i rozszerzy dynamikę. Ktoś zagra delikatniej i już utwór brzmi inaczej. Chopina można zagrać za każdym razem inaczej. Każdy z wielkich pianistów inaczej frazuje, używa dynamiki czy tempa. A u Chopina utwory powstawały podczas koncertów nocnych. Grał te, które w dzień skomponował, a potem po takiej nocy pisał do wydawcy, że chce coś zmienić, bo mu lepiej wyszło na koncercie. A na to wydawca odpisuje, że już za późno. Z tych listów wiadomo, że piękno muzyki Chopina kształtowało się podczas koncertu.

Muzyka jest żywa. Ta dawna też. I każdy utwór mógłby być dziś popularną piosenką. W sonatach w każdej części jest kilka pięknych melodii, a między nimi – improwizacja tych melodii. 

Improwizacja może być w różnym stylu, może być klasyczna, barokowa, ale to nie będzie jazz. Chopin improwizował, Liszt improwizował… A potem wszystko zapisali i teraz muzycy to grają. Geniusz Bacha jest poza klasyfikacją, czy można, czy nie można improwizować tej genialnej improwizacji Bachowskiej. Jak się doda cokolwiek, to już nie jest Bach. To muzyka rytmiczna, metronomiczna, nie da się dodać swingu. Ale to był mistrz improwizacji! Są tam nierówne rytmy, jeden i pół taktu – i pojawia się nowa melodia, ale w drugim głosie. Mnie proszono, żeby zająć się tą muzyką. Ale to trzeba było mnie zmusić. Dlaczego w jazzie nie można grać wielogłosowo – tylko dwugłosowo, trzygłosowo można. Można by grać jazz na organach, ale trzeba by być Bachem. 

 


Najnowsza płyta. Swingująca kość słoniowa. Dominuje czerwień nawiązująca do koloru koszuli, w której zawsze występuje Adam Makowicz.

A na Pana płycie jest za to dwugłosowa improwizacja. 

Tak. Jedna ręka gra a druga improwizuje. To moja oryginalność. I jest rytm, coś co zmusza do ruchu, jest jak woda, która się nie kończy. Można całą noc słuchać. Muzyka ma dać poczucie ciepła melodyki, poczucie piękna. Że serce zaczyna prawie w tym rytmie bić, a my – oddychać. Rytm powinien dać spokój. Ludzie są dziś tak znerwicowani, że chodzą do psychologów. A lepiej przyjść na koncert muzyki klasycznej czy jazzowej. Tam dostaniesz spokój i pozytywne emocje. Ciało może odżyć. To powinna dać dobra muzyka. Oprócz tego powinna tworzyć atmosferę w sferze duchowej. To się czuje, w powietrzu są te dźwięki. Kolorystyka oddziałuje na nas wewnętrznie. Co powoduje jeszcze większe zrelaksowanie. Jakiś czas się żyje tą muzyką. Tak jak dobrą książką, czy dobrym filmem. Jak ktoś z koncertu wyjdzie i zaraz zapomina, co było grane, to znaczy, że muzycy nie nawiązali kontaktu z publicznością. Żeby nie było jak w tym dowcipie, zna pani? Przychodzi mężczyzna do filharmonii, spóźniony. Zajmuje miejsce i pyta sąsiada – A co teraz grają? Gounoda czy Glinkę? A sąsiad na to: No właśnie nie wiem, w co wdepnąłem...

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów