Agent od muzyki sakralnej

Drzwi zamknięte na cztery spusty, ciepła herbata (obowiązkowo z sokiem malinowym!)…no i ja, owinięta grubym kocem, ze wzrokiem utkwionym w monitor mojego elektronicznego przyjaciela (gdy słuchałam tej płyty po raz pierwszy, na dworze było jeszcze dość chłodno). Czas na muzykę, by dopełnić magicznego nastroju. 

 

(agent zachęca)

Wybór pada na nadesłaną do redakcji najnowszą płytę z muzyką Pawła Łukaszewskiego. Prawdę mówiąc, gdyby nie to, że znam twórczość tego kompozytora, nigdy w życiu bym po nią nie sięgnęła. Przede wszystkim na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje na to, że na krążku znajduje się nie dość, że muzyka poważna, to jeszcze współczesna i do tego…sakralna. Jakby tego było mało, z okładki zerka na mnie spod okularów życzliwy czterdziestolatek z równie życzliwą miną agenta ubezpieczeniowego. Znam takie obrazki – widywałam je w telewizji w przerwach transmisji meczów piłki nożnej i skoków narciarskich. Za każdym razem, gdy kończyła się pełna emocji pierwsza część zawodów, wyskakiwała przemiła twarz jakiejś znanej osoby, zapewniającej mnie, że tylko w firmie ubezpieczeniowej X będę bezpieczna, szczęśliwa itd. Dłuższą chwilę zastanawiam się, czy słuchając muzyki współczesnej (i to w dodatku sakralnej), można w dzisiejszych czasach być bezpiecznym i szczęśliwym naraz. Mimo moich obaw życzliwy czterdziestolatek z okładki wydaje się zachęcać do rozpakowania płyty. Być może w środku kryje się jakaś recepta na bezpieczeństwo i szczęście. Cóż…raz kozie śmierć.

 

(po rozpakowaniu)

Hm…od pierwszych dźwięków płyta brzmi dobrze! Parę utworów dalej przymykam oczy, czując się bezpiecznie i szczęśliwie. Błogo.

Psalmus (2003) na chór mieszany a capella nasuwa skojarzenia z muzyką renesansu, ale i ze śpiewami cerkiewnymi lub utworami rosyjskiego kompozytora A. Schnittke, który się owymi śpiewami w swojej twórczości inspirował (np. w Koncercie chóralnym). Utwór niesłychanie trudny wokalnie, ale efekt to prawdziwa uczta dla uszu.

Souvenir I (1999) na organy już od pierwszych współbrzmień wydaje się mroczny i tajemniczy. Choć dość prosty w środkach wyrazu, złożony głównie ze statycznych pochodów akordów, to budzi niepokój, z minuty na minutę - wraz z narastaniem brzmienia ku coraz jaśniejszej barwie w organach – napięcie się wzmaga. Jeśli to wspomnienie, to takie, które na samą myśl napawa nas lękiem i równie niepostrzeżenie jak przychodzi, tak ulatuje.

Stabat mater (1993) – coś niezwykłego. Rzadko kiedy kompozytorowi o tak rozpoznawalnym stylu udaje się jeszcze słuchacza czymś zaskoczyć. W tym wypadku jednak Stabat mater poruszyło mnie do głębi. Mistrzowskie połączenie mistycyzmu, tajemniczości i obrazowości. Pomimo że utwór nie jest dziełem ilustracyjnym, to w jakiś magiczny sposób pozwala nam współodczuwać z tytułową Matką Boską. Jest więc i niepokój, i żal, i nadzieja… Krótko mówiąc – choć to jeden ze starszych utworów w twórczości kompozytora, to jednocześnie bardzo dojrzały, ale świeży i spontaniczny w wyrazie.

Offertorium (2004) na organy jest utworem, który prawdę mówiąc – z racji swojej mało „ewolucyjnej” formy - trudno oceniać samodzielnie, natomiast stanowi doskonały przerywnik, zwłaszcza patrząc z perspektywy całości nagranego na płycie materiału. Jednolite brzmienie organów, stosunkowo przejrzysta faktura i spokojna aura utworu pozwalają w spokoju ducha kontemplować emocje dostarczone chwilę wcześniej.

Hommàge a Edith Stein (2002) na chór mieszany a capella po zapadających w pamięć Psalmus i Stabat Mater może się wydać nieco jednorodny w stylu, ale jednocześnie stanowi spójną całość z poprzednimi utworami i konsekwentnie dopełnia mistycznej aury, której doświadczam, słuchając płyty. W wypadku kompozytorów posługujących się własnym językiem muzycznym niemal zawsze powstaje pytanie o granicę pomiędzy stylistyczną powtarzalnością a charakterystycznością. W wypadku Pawła Łukaszewskiego jednak oddaliłabym się od tezy, jakoby jego dzieła chóralne brzmią „po łukaszewsku”. Przez utwory zamieszczone na płycie „Musica Sacra 2” przebija ogromna dojrzałość kompozytorska, a pewna konsekwencja w oferowanym repertuarze pozwala się wyciszyć i pokontemplować muzykę głęboko przepojoną duchowością. Słuchając czystego i pełnego rezonansu brzmienia chóru - poza nasuwającą się refleksją – zalewają nas spokój i błogość, a to wydaje się być wartością niezwykle rzadką w naszych „szybkich” czasach, gdzie łatwiej o szokujący eksperyment muzyczny lub muzykę łatwą i przyjemną, „pod publiczkę” niż o chwilę wyciszenia.

Koncert na organy i smyczki (1996). Gdy o nim myślę, nasuwa mi się na myśl określenie slangowe – „mega”. Bo utwór jest po prostu…mega. Ma energię, jest dynamiczny, porywa. Na początku swoisty prolog - agresywne repetycje smyczków zostają przeciwstawione jasnym, statycznym współbrzmieniom w organach. Słucham jak zaklęta. Mam wrażenie, że smyczki stanowią swoiste „tło efektowe” i dopełnienie rytmiczne dla monumentalnej partii organów. Bezbłędne wyczucie faktury i walorów każdego z instrumentów, świetna koncepcja wzajemnego uzupełniania się. Równą satysfakcję sprawia liryczna część II czy migotliwa i motoryczna część III. Brawo, brawo, brawo. Chciałabym kiedyś ten utwór zagrać, poważnie!

„Veni Creator” (2004) na dwa mieszane chóry a capella – po dynamicznym koncercie organowym powraca nastrój zadumy i refleksji. Ale wyciszenie i spokój będą jedynie pozorne – w rzeczywistości nie do końca tonalne współbrzmienia wzmagają napięcie, a wraz z rozwojem formy zaczynają się pojawiać bardzo interesujące rytmy oparte na słowie zaczerpniętym z tytułu – „veni”. Utwór z racji swojej długości wymaga skupienia i odpowiedniego nastawienia – nie polecam słuchania go „przy okazji” wykonywania innych czynności. Może wówczas się wydać nieco męczący i…”łukaszewski” do przesytu.

Posłuchajcie:

http://www.youtube.com/watch?v=dLMH3UhF4oQ

„Icon” (2010) na organy solo – nie przez przypadek znajduje się na samym końcu i pozostawia w nas lekki niepokój. Ujmując poetycko - kompozytor zdecydował się rozstać ze słuchaczem raczej w półmroku niż w blasku dnia.

Ten utwór także jest na YT:

http://www.youtube.com/watch?v=eRgGvltf8mo

Herbata się skończyła. Muzyka też. Chylę czoła przed koncepcją repertuaru znajdującego się na płycie – spójna, przemyślana, dzieła chóralne konsekwentnie są przeplatane swoistym organowym komentarzem. To w gruncie rzeczy gotowa, koncertowa propozycja. A co więcej – po wysłuchaniu płyty, mam chęć wysłuchać jej raz jeszcze, ale już…na żywo.

 

Płyty słuchała Maja Baczyńska

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów