Aida – spektakl idealny

fot. K. Bielinski

KS. ADRIAN NOWAK - Czytelnicy moich recenzji przyzwyczaili się już, że z przedstawień Opery Śląskiej, staram się wydobywać to co najlepsze i raczej jest tego sporo, bo rzeczywiście każde nowe przedstawienie czy wznowienie ostatnio jest na bardzo wysokim poziomie. Jednak zawsze gdzieś tam było tak, że coś nie zagrało jak trzeba, a to kostium mi się nie podobał, a to scenografia jakaś dziwna. I czekałem na to przedstawienie idealne i wreszcie mam!!!

Koniec 72 sezonu bytomskiej sceny stał się wielką galą operową. Wznowiona na bazie spektaklu z 2003 roku Aida Giuseppe Verdiego wybrzmiała całym swoim pięknem. Myślę, że będzie to sztandarowy spektakl, swoista wizytówka Opery Śląskiej na co najmniej kilka sezonów, a publiczność z przyjemnością będzie wracać nawet kilka razy. Szczerze mówiąc do niedzielnego spektaklu (11VI) nie można się w żadnej mierze przyczepić. Tam wszystko było dopięte na przysłowiowy „ostatni guzik”. Z przyjemnością słuchałem orkiestry pod dyr. Tadeusza Kozłowskiego, mistrza wszak dyrygentury, który prowadził zespół jak natchniony. Nie dziwią więc entuzjastyczne okrzyki po każdej arii i burza oklasków po każdej solówce czy scenie zbiorowej. Równo śpiewający chór - dzieło Krystyny Krzyżanowskiej – Łobody, stanowił idealne tło dla solistów, a obsada była jak w La Scali, czy MET.

W roli Aidy wystąpiła niesamowita amerykańska śpiewaczka Tamara Haskin, która wlała całe swoje emocje w tę rolę oczarowując po prostu. Małgorzata Walewska w roli Amneris, jak zwykle ona – pokazała największy światowy poziom w czym nie ustępował jej ani na cal Andrzej Dobber w roli Amonastra – kolejny wybitny światowej sławy głos, którego samo pojawienie się na scenie wyzwoliło salwę oklasków. Nie ukrywam, że na ten duet czekałem najbardziej, Pani Małgorzatę dane mi było słuchać w kilku koncertach, jednak nigdy w pełnej roli operowej na scenie. Ale to była po prostu rewelacja. Andrzej Dobber pokazał, że nie na darmo nazywany jest jednym z najlepszych śpiewaków verdiowskich na świecie.

No i wreszcie Luis Chapa w roli Radamesa – Jego „Celeste Aida” przywołało mi wspomnienie innego wybitnego śpiewaka, którego nie będzie mi już nigdy dane posłuchać na żywo, maestro Pavarottiego. Nie przesadzam. Ta piekielnie trudna aria, praktycznie zaraz na początku spektaklu, gdzie śpiewak wchodzi dopiero co w rolę, położyła już nie jednego tenora, a Luis Chapa zaśpiewał ją z taką lekkością, pokazując przy tym tak szeroką skalę głosu, od potężnego emocjonalnego forte, kończąc na tak delikatnym a jednocześnie kantylenowym wręcz piano, że burza oklasków na dłuższą chwilę przerwała spektakl. Zupełnie zasłużenie. A potem było już tylko lepiej. Odnosiło się momentami wrażenie, że niewielka w sumie sala Opery Śląskiej nie mieści tych wybitnych głosów w swojej kubaturze.

Niełatwą rolę mieli więc rodzimi soliści, jednak dotrzymywali gościom kroku. Cezary Biesiadecki jako faraon, Zbigniew Wunsch jako Ramfis, Juliusz Ursyn – Niemcewicz czy Anna Noworzyn – Sławińska w niewielkiej roli kapłanki pokazali równie światowy poziom. Swoją drogą zastanawia mnie coraz bardziej postać Anny Noworzyn – Sławińskiej, której głos ewoluuje w barwie i koloraturze pokazując jej nieograniczone i pewnie jeszcze nieodkryte do końca możliwości. Jej górne rejestry, koloratury wręcz są tak niesamowicie czyste i dokładne, że trudno się oprzeć wizji, iż staje się ona wiodącym sopranem tegoż teatru.

Każdy kto czyta moje recenzje już wie, że jestem przeciwnikiem udziwnień w spektaklach operowych. Tutaj ich nie było. Akcja działa się naprawdę w Egipcie, a nie gdzieś tam. Minimalistyczne dekoracje wyraźnie podkreślały miejsce akcji, a ich bajeczna kolorystyka przypominały baśnie z tysiąca i jednej nocy. To z kolei zasługa Barbary Kędzierskiej, niezwykle kreatywnej Pani scenograf.

Jeśli powiem, że za choreografię był odpowiedzialny mistrz Henryk Konwiński, a balet przygotowała Aleksandra Kozimala – Kliś, to właściwie dopełnię tylko ten panteon sław. Trudno się dziwić, że niektórzy widzowie już podczas przerwy mówili, że jest to najlepsza produkcja od kilku sezonów. Z czym całkowicie się zgadzam. Jak dla mnie nawet lepsza od niedawnej „Mocy przeznaczenia”. Oklaskom nie było końca. A po nich miała miejsce jeszcze jedna tradycyjna uroczystość. Na zakończenie sezonu tradycyjnie zostaje wręczona nagroda Opery Śląskiej.

Laureatami nagrody Opery Śląskiej AD 2017 zostali:

w kategorii –

MELOMAN ROKU – Barbara Sadłos – za wierność Operze Śląskiej, oddanie i regularne uczestnictwo w wydarzeniach artystycznych naszego Teatru;

PRZYJACIEL TEATRU – Dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach Robert Talarczyk – za wieloletnią współpracę, zaangażowanie i działalność na rzecz Opery Śląskiej oraz wspieranie wydarzeń kulturalnych naszego Teatru;

PATRON MEDIALNY – TVP3 Katowice – za promowanie i pozytywne kreowanie wizerunku Opery Śląskiej w mediach;

NAGRODA SPECJALNA – tancerka, primabalerina naszego baletu, znakomita, charyzmatyczna artystka, od 1990 roku kierowniczka baletu Opery Śląskiej – Aleksandra Kozimala-Kliś – za wyjątkową pasję, zaangażowanie, profesjonalizm i godne reprezentowanie Teatru.

Jak dla mnie – powtórzę, jest to dzieło doskonałe i gorąco zapraszam. Uroczystość po spektaklu przeniosła się do sali im. Adama Didura, gdzie pełniący obowiązki dyrektora Łukasz Goik jeszcze raz podziękował wszystkim gościom i melomanom. Była też okazja do wspólnych zdjęć z artystami w bardzo miłej, wręcz rodzinnej atmosferze. Aż by się chciało powiedzieć – jak w starych bajkach i ja tam byłem, miód i wino piłem, (choć nie piłem), a co widziałem to wam opisałem…

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów