Batuty latają pod sam sufit

"To nie jest nic nadzwyczajnego, to się często zdarza – mówi jeden z jurorów, Mirosław Jacek Błaszczyk. - Batuty są teraz bardzo delikatne, wystarczy, że pulpit jest źle ustawiony i po sprawie. Jak byłem młodszy, sam je notorycznie łamałem”.  Zapytaliśmy też Maestro, na co najbardziej zwraca uwagę oceniając uczestników. „Lubię, jak technika jest adekwatna do utworu, który się wykonuje. Jeśli dyryguje się Rossinim, to nie można tego robić tak, jakby się dyrygowało Czajkowskim. Dobrze jest widzieć czyjąś osobowość w wykonaniu. Ale to jest bardzo indywidualna sprawa – każdy z jurorów powiedziałby co innego”.

Pierwszy etap za nami. Do następnego etapu dyrygenckich pojedynków przeszło 12 osób. Oto one:

1.Acosta Angulo Juan Sebastian
2. Diakun Marzena
3. Harade Keitaro
4. Janiak Sylwia
5. Kochanovskiy Stanislav
6. Koehler Andrew
7. Metelska Maja
8. Ota Masane
9. Sadikovic Azis
10. Samedov Rustan
11. Tajovsky Ondrej
12. Tskokanou Zoi.

W repertuarze tym razem symfonie romantyczne i koncerty skrzypcowe i wiolonczelowe:

Grupa A

P. Czajkowski – IV Symfonia f–moll op. 36
A. Dvořák – VII Symfonia d–moll op. 70
N. Rimski–Korsakow – Suita symfoniczna Szeherezada op. 38
J. Brahms – I Symfonia c–moll op. 68
A. Bruckner – VI Symfonia A–dur (edycja L. Nowaka z 1952 roku)
G. Mahler – IV Symfonia G–dur

Grupa B

A. Dvořák – Koncert wiolonczelowy h–moll op. 104
E. Elgar – Koncert wiolonczelowy e–moll op. 85
W. Lutosławski – Koncert na wiolonczelę i orkiestrę
P. Czajkowski – Koncert skrzypcowy D–dur op. 35
J. Sibelius – Koncert skrzypcowy d–moll op. 47
K. Szymanowski – I Koncert skrzypcowy op. 35

Do współpracy nad koncertami zaproszono skrzypaczki Annę Marię Staśkiewicz i Agatę Szymczewską, oraz wiolonczelistów Tomasza Strahla i Marcina Zdunika.

Dzisiejsze przesłuchania rozpoczął Azis Sadikovic. Jego ponowne pojawienie się na podium nie było dla mnie niespodzianką. Wylosował do wykonania symfonię Dvořáka i koncert Szymanowskiego. Symfonia zabrzmiała dramatycznie i spójnie. Sadikovic był bardzo uważny, pogodny, dawał orkiestrze jasne wskazówki, dzięki którym wykonanie nabrało prawdziwych rumieńców. Pod jego batutą muzyka naprawdę żyje i oddycha. W pewnym momencie emocje były tak silne, że batuta wypadła mu z ręki i poszybowała pod sufit. Szymanowski zabrzmiał łągodnie – tym razem batuta przeżyła występ.

Jako drugiego mieliśmy usłyszeć Rustama Samedova, ale okazało się, że niestety uczestnik musiał zrezygnować z udziału z powodów rodzinnych. To dość nieprzyjemna niespodzianką – Samedov był dla wielu jednym z najlepszych dyrygentów w pierwszym etapie. Jeszcze przed rozpoczęciem przesłuchań przemykał się gdzieś przed salą. Jury zdecydowało, że w tej sytuacji da szansę wzięcia udziału w drugim etapie innemu uczestnikowi. Wybrano Australijczyka Daniela Smitha, który wystąpi na zakończenie przesłuchań 22 listopada. „To nie był problem – mówi Maestro Błaszczyk - Antoni Wit był do takiej sytuacji bardzo dobrze przygotowany, więc mieliśmy do wyboru kilka opcji.”

Tymczasem wystąpił przed nami Ondrej Tajovsky. Nie byłem zachwycony jego występem w pierwszym etapie i teraz tylko utwierdziłem się w poczuciu, że jego muzykowanie mi nie odpowiada. „No... da się słuchać, ale nie powala” - powiedziała koleżanka. Czech zacząć od IV Symfonii Mahlera. Było nieczysto i bez wyczucia. W drugiej części symfonii miał zrobić próbę i zadyrygować potem koncertowo, ale próbował tak długo i bez skutku, że Antoni Wit poprosił go od razu o część trzecią. Koncert Dvořáka podobał mi się, ale znajoma wiolonczelistka powiedziała, że „on w ogóle nie patrzył na solistę, nie było kontaktu między nimi.  Strahl, zamiast skupić się na grze, musiał go pilnować, czy trzyma tempo”. Myślę, że to mówi samo za siebie.

Zoi Tsokanou pokazała klasę w pierwszej części konkursu. Za drugim razem było różnie... Symfonia Dvořáka zabrzmiała przekonująco – tempo było szybkie, a Greczynka była znowu uważna i szybko wyłapywała potknięcia. Trzecia część symfonii, zagrana po krótkiej próbie koncertowo, była bardzo szybka i energiczna. Niestety, druga część występu, z koncertem Elgara z Marcinem Zdunikiem, brzmiała chaotycznie. „Chyba się tego Elgara nie nauczyła”, mruknął sąsiad z tyłu. Też miałem takie wrażenie – co chwila przerywała orkiestrze i ciągle coś próbowała, ale wyczuwało się, że jest spięta i sama nie bardzo wie, czego chce.

Z występem Juana Acosty Angulo wiązałem duże nadzieje. I... zawiodłem się. Zgubiła się gdzieś jego żywiołowość, dyrygował bardzo ostrożnie. Pracował z orkiestrą i wyciągał nawet poszczególne sekcje, żeby dopracować pewne szczegóły, ale nie dało to wiele. Dało się wyczuć, że orkiestry nie porwał, chociaż dźwięk był „po staremu” mocny i zdecydowany. Koncert Sibeliusa wykonał z Anną Staśkiewicz. Czasem Kolumbijczyk zachowywał się tak, jakby nie znał partytury. W pewnym momencie skrzypaczka zaczęła powtarzać frazę, czekając, aż dyrygent wejdzie z orkiestrą. Komentarze zaczęły się pojawiać już w trakcie wykonania – nie były zbyt pochlebne.

Występ Marzeny Diakun w poprzednim etapie nie przypadł do gustu ani mnie, ani znajomym, z którymi o tym rozmawiałem. Byłem więc bardzo pozytywnie zaskoczony jej dzisiejszą pracą. Brahms był skupiony i intensywny, ruchy Diakun bardziej precyzyjne, a komentarze zwięzłe. Świetnie wypadł fragment koncertu Szymanowskiego, wykonany razem z Agatą Szymczewską. Diakun dobrze wyczuła orkiestę i wydobyła z muzyki Szymanowskiego całą paletę barw. Była czujna i współpracowała z solistką – w krytycznym momencie przewróciła jej nawet kartki na pulpicie.

Keitaro Harada zaczął od symfonii Mahlera. Od razu pokazał to, za co tak bardzo spodobał mi się wcześniej – wrażliwość i entuzjazm. Pracował bardzo wnikliwie, często kazał grać poszczególnym grupom instrumentów. „Wow, to naprawdę świetnie brzmi”, usłyszałem z tyłu. Druga część niestety nie zabrzmiała tak dobrze – orkiestra grała nieczysto, a Harada co raz musiał jej przerywać, żeby to poprawić. W drugiej części występu zabrzmiał koncert skrzypcowy Czajkowskiego. Japończyk jest świetnym akompaniatorem – zwracał dużą uwagę na solistę i starał się nie „przykrywać jej” orkiestrą. Szkoda, że zamiast pracować, grali „koncertowo”.

Jako ostatnia wystąpiła Sylwia Janiak. Jej Brahms był masywny, brzmiał ciepło, a jednocześnie nie był zbyt wolny. Zwłaszcza ładnie brzmiały kulminacje. Jedyne, co mi w jej występie nie pasowało to ton, jakim zwracała się do orkiestry. Nie wiem, czy można zajść daleko, zwracając się do muzyków błagalnym tonem i rzucając dowcipy a la Karol Strasburger w „Familiadzie”. Rozbawić publiczność się da, ale pracować z orkiestrą?...

 

Oskar Łapeta

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów