Bayreuth, Bayreuth...

Festiwal, na który bilety trudniej zdobyć niż na noworoczny koncert w Wiedniu. Skąd się bierze legenda Bayreuth? O tym przeczytasz w najnowszym Presto. Tymczasem wspominamy naszą muzyczną podróż do miasta Wagnera...

Holender Tułacz

Festiwal w Bayreuth od początku był kontrowersyjny i prowokował publiczność. Wagner zaprojektował swój teatr na zielonym wzgórzu inaczej niż większość teatrów operowych w XIX wieku. Jest to raczej prosty budynek w porównaniu z wieloma operami tego okresu. Co więcej, w środku znajdują się małe, niewygodne drewniane siedzenia. Nie mamy więc wyboru, tu nie da się przysnąć, trzeba się skupić na muzyce.
Nie tylko architektura teatru była kontrowersyjna. Przede wszystkim wyzwaniem była muzyka Richarda Wagnera oraz innowatorstwo inscenizacyjne, jakie wprowadził Wagner. Obecnie zapewne dla większości melomanów muzyka Wagnera nie jest już wyzwaniem, jego opery są klasyczną częścią repertuaru większości teatrów operowych na świecie, jednak Festiwal w Bayreuth kontynuuje ideę swojego twórcy i stara się, aby ich przedstawienia były nowatorskie i wyznaczały nowe ścieżki w wykonawstwie operowym. Nie zobaczymy w Bayreuth tradycyjnych produkcji. Festiwal zaprasza reżyserów, których zadaniem jest wnieść coś nowego w oper, które znamy. I owo nowe może być często kontrowersyjne, a nawet szokujące.

Tannhäuser

Schematy niedoskonałe
Przekonałem się o tym w tym roku, mając okazję zobaczyć w Bayreuth przedstawienia Tannhäuser oraz Der fliegende Holländer. Szczególnie Tannhäuser w reżyserii Sebastiana Baumgartena, ze scenografią Joepa van Lieshouta był wyzwaniem dla widzów. Obaj artyści uznali, że nie zamierzają jedynie ilustrować dzieła Wagnera, ale stworzą własne dzieło o autonomicznym znaczeniu, którego częścią będzie muzyka Wagnera. Ich Tannhäuser to wielopłaszczyznowa refleksja nad współczesnym społeczeństwem. Baumgarten i Lieshout w tej inscenizacji dość prowokacyjnie stawiają pytanie o możliwość społeczeństwa doskonałego gdzie są wyraźne reguły i wszystko perfekcyjnie funkcjonuje. Libretto w tej inscenizacji nie ma dużego znaczenia. Baumgarten bawi się znaczeniami tej opery i często dość przewrotnie je odwraca. Swoją inscenizację oparł na nietzscheańskim schemacie Apollo – Dionizos. Schemat ten był również inspirujący dla Wagnera, ale tu Baumgarten pokazuje, że schemat nie tylko nie jest doskonały, ale on po prostu nie funkcjonuje. Venus jest uosobieniem Dionizosa, jest pełna życia i erotyzmu, natomiast Elżbieta reprezentuje Apolla, w tym przypadku jest to marzenie o idealnym porządku i próba wyparcia chaosu. Jednak na koniec Elżbieta popełna samobójstwo, natomiast Venus triumfuje, rodząc syna Tannhäuserowi. Calość osadzona jest w scenerii maszynerii przygotowanej przez Holenderskiego artystę Lieshout.

Ponad wszystkim jest muzyka
Mimo że dla znacznej częsci publiczności takie pomysły reżyserskie były ciężkie do zaakceptowania, muzycznie przedstawienie to było bez zarzutu. Dyrygent Axel Kober prowadził orkiestrę męsko i wyraziście, która w jego interpretacji grała w sposób niezwykle zwarty, a muzyka brzmiała masywnie. W zasadzie wszyscy śpiewacy wykazali się kunsztem wokalnym najwyższej próby, ale na szczególną uwagę zasługuje Torsten Kerl, który wykonał tytułową rolę. Śpiewał niezwykle dramatycznie, jego głos był bardzo ekspresyjny. To taki klasyczny, mocny głos wagnerowski. Świetnie spisał się również koreański śpiewak Kwangchul Youn, który wcielił się w postać Hermanna. Youn śpiewał bardzo teatralnie, wyraziście frazował i był bardzo przekonujący scenicznie. Na mnie bardzo duże wrażenie zrobiła również Camilla Nylund w roli Elisabeth. Jej głos był niezwykle intensywny. Nylund potrafiła oczarować swoją lekką liryczną barwą, ale również emocjonująco wykonywała bardziej dramatyczne partie.

Reżyserskie fantazje
Der fliegende Holländer
w porównaniu z Tannhäuserem wydał mi się znacznie bardziej klasycznym przedstawieniem. Tutaj reżyser Jan Philipp Gloger wyraźnie podąża za librettem. Jego Holender Tułacz osadzony jest w fabryce. Jako że Der fliegende Holländer to opera o fantazjach, Gloger interpretuje to dzieło dość klasycznie, zatem skupia się on na fantazjach o tym, czego nie mamy i tym czym pragniemy być, lecz z różnych powodów nie jesteśmy. Jednak dla Glogera fantazje nie są jedynie wyrazem jednostkowego pożądania, a są one również produktami. Wizualnie przedstawienie to było oszczędne i dzięki temu uwaga była bardziej skierowana na samą muzykę.

Słychać każdy szczegół
Muzycznie zaś Der fliegende Holländer był rewelacyjny. Pod batutą Christiana Thielemanna opera ta brzmiała niezwykle bogato. Thielemann to wybitny dyrygent, który sprawił, że słuchałem z zapartym tchem. Nie był to nazbyt dramatyczny, ani zagoniony Wagner. Thielemann dyrygował nieco wolniej niż wielu jego kolegów, ale dał on muzyce Wagnera w pełni wybrzmieć. W jego interpretacji Der fliegende Holländer miał pewną lekkość, momentami orkiestra miała niemal intymne brzmienie. Rzadko zdarza się usłyszeć Wagnera granego z takim wyczuciem szczegółów. Wokalnie w tym przedstawieniu tryumfowali Koreańczycy. Samuel Youn w roli Holendra był wyjątkowo skupiony na interpretacji i ekspresji, poza tym dysponował on wyrazistym głosem o ciekawej barwie. Natomiast w roli Dalanda Kwangchul udowodnił, że należy obecnie do czołowych wykonawców wagnerowskich.

Tym, którym nie udało się w tym roku dostać biletów do Bayreuth polecam nagranie DVD tej opery wydanie ostatnio przez Opus Arte.

 

Jacek Kornak

 

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów