Bożena Bujnicka: Potrafię dotknąć dźwiękiem

fot. Michał Zajączkowski

30 września poznamy zdobywców Teatralnych Nagród Muzycznych im. Jana Kiepury. Z nominowaną w kategorii " najlepszy debiut (śpiewaczki)" Bożeną Bujnicką rozmawiałem o operze, muzyce, technikach wokalnych oraz o tym czego Bożena-śpiewaczka uczy Bożenę-reżysera.

Wojciech Pietrow: Jak zareagowała Pani na nominację do nagrody Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury?

Bożena Bujnicka: Zareagowałam jakbym wygrała w toto-lotka! Dostałam telefon jadąc samochodem, krzyknęłam z radości. W tej nagrodzie zupełnie nie chodzi o pieniądze. Najbardziej poruszyło mnie to, że praca, w którą włożyłam tyle serca, myśli, zrozumienia dla postaci, została zauważona i doceniona. Zwłaszcza, że rola Iris w operze „Guru” Laurenta Petitgirarda była dla mnie jak do tej pory największym wyzwaniem nie tylko kondycyjnym i wokalnym, ale emocjonalnym. To bardzo złożona partia, a reżyser Damian Cruden dał mi też dużo aktorskiej swobody. Pierwszy raz śpiewałam tak wymagającą rolę po francusku, którą dyrygował sam kompozytor! Niesamowici ludzie, wspaniałe doświadczenie. Uczestniczyłam w tworzeniu tej opery niemalże z każdej strony, będąc jednocześnie asystentką reżysera, a później samodzielnie wznawiając ten spektakl z drugą obsadą.

Wyreżyserowała Pani również skróconą wersję „Czarodziejskiego Fletu” W.A. Mozarta w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej w 2017r.. Wiąże Pani przyszłość ze śpiewem czy z reżyserią?

Teraz mam dwie nogi i odnalazłam  równowagę. Śpiewanie pomaga reżyserii, a reżyseria odciążyła śpiewanie. Robiąc tylko jedno z nich, nie spełniam całkowicie. Przede wszystkim jestem śpiewaczką, a reżyseria powoli nabiera rozmachu. Śpiewam, bo chcę, nie dlatego że nie mam wyboru i muszę. Nic nie muszę. Śpiewanie też nie jest wieczne, w pewnym wieku wokalne możliwości się kończą. A ja już mam plan B. Więc teraz głównie śpiewanie, a z biegiem lat szala się przechyli. 

Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że ten, kto specjalizuje się w wielu rzeczach niczego nie robi naprawdę dobrze. A może to nieprawda?

Dziwi mnie to, że wiele osób chce widzieć innych wyłącznie jednozadaniowo. Jest wiele osób, które będąc świetnymi w swoich zawodach, są przy tym świetnymi kucharzami, rodzicami, kierowcami itd. Pytanie, co robimy zawodowo, a co prywatnie. 
Dla mnie fantastycznym przykładem i wzorem od lat jest Mel Gibson. Stworzył filmy, które w czasie dorastania miały na mnie największy wpływ - Braveheart i Człowiek bez twarzy. Nie tylko je reżyserował, ale jednocześnie grał w nich główne role - ze świetnym skutkiem i światowym sukcesem. Wielu aktorów zostaje reżyserami. Dlaczego więc śpiewająca aktorka nie może zostać reżyserem operowym? Zarówno reżyseria operowa jak i śpiewanie operowe ściśle się ze sobą łączą, a spoiwem jest właśnie opera i aktorstwo. Zawodowo nie zajmuję się więc skrajnie różnymi rzeczami.

A jak praca reżysera wpłynęła na Panią jako śpiewaczkę? I na odwrót?

Dzięki podwójnej roli mogę sama siebie uczyć i być lepsza w obu funkcjach. Bożena-śpiewaczka uczy Bożenę-reżysera i na odwrót. To nie są zawody od siebie dalekie, one się wzajemnie uzupełniają. Po swoich małych realizacjach  reżyserskich dostałam więcej pewności siebie jako śpiewaczka i jeszcze więcej swobody w działaniach aktorskich. Tak więc dzięki reżyserii jestem lepszą śpiewaczką. A dzięki temu, że sama śpiewam, wiem, z jakimi problemami mierzą się śpiewacy i jak z nimi pracować jako reżyser.

Jak wyobraża sobie Pani idealną współpracę na linii aktor-reżyser? Kto z nich powinien mieć „większą władzę”?

Hmmm… większą władzę…

Można w ogóle tak powiedzieć?

Dla mnie to nie jest dobre określenie. Myślę, że tu nie chodzi o władzę, a raczej o siłę sprawczą. Wiemy, że reżyser musi mieć koncepcję, dzięki której tworzy spójny spektakl. To on prowadzi próby, od niego też zależy atmosfera pracy, to on spina całość. Nie zapominajmy jednak , że w dniu premiery nie może już zrobić nic! Wszystko jest w rękach występujących artystów i to od nich zależy końcowy efekt.

Nie docenia się przy tym pracy reżyserskiej?

Docenia się bardzo. Mam wrażenie, że obecnie właśnie nawet za bardzo hołubi się reżyserów i zapomina, że w operze to muzyka jest najważniejsza. Dla mnie śpiewanie to dzielenie się pasją, a reżyseria to dawanie. Dawanie z siebie i dla innych.

Czyli idealna współpraca polega na pełnym zrozumieniu idei aktora i idei reżysera? Połączeniu tych dwóch światów?

Może być tak, że śpiewak ma swoją interpretację opery i roli, która kłóci się z ideą reżysera. W skrajnych przypadkach, jeśli mimo wspólnych dyskusji nie znajdują porozumienia, śpiewak albo poddaje się koncepcji reżysera, albo rezygnuje. Jeśli będą się siłować, nie wyjdzie z tego nic dobrego. Czasem kiepska koncepcja reżyserska potrafi zniszczyć arcydzieło. Ale nawet najlepszy reżyser, mając słabych wykonawców nie zdziała cudów. Nie ugotujesz dobrego dania z fatalnych składników. Wprawny reżyser, tak jak wprawny kucharz wie, jak połączyć składniki, by wydobyć głębię smaku. Wielcy artyści śpiewacy są bardzo twórczy. Reżyser nie powinien im przeszkadzać i tego psuć. I tu hołd wielkim śpiewakom! 
Uważam, że w operze słowem kluczem jest „współpraca”. Tworzymy razem. 

Zdarza się Pani śpiewać inną techniką niż operowa?

Tak! W domu! (śmiech) Śpiewam z Ellą Fitzgerald, Edith Piaf, Elvisem Presleyem czy Ewą Demarczyk.

Słyszałem, że nie powinno się tego robić. Technika i ustawienie głosu jest przecież w każdej stylistyce inne.

Nie powinno się robić jednej rzeczy - krzywdy. Tak w życiu jak i w śpiewaniu. Jeśli śpiewanie sprawia  duży dyskomfort, czy nawet ból, to nie jest dobry kierunek. W końcu śpiew to wolność i radość.

Skoro śpiewa Pani też „inaczej” to dlaczego nie musical albo jeszcze coś innego?

Opera… to jest… hipermoc! Naprawdę! Jak nie śpiewam to szarzeję, tracę kolory, blaknę. Mam wrażenie, że śpiewanie operowe jest czymś nadludzkim. Jesteśmy w stanie bez żadnego nagłośnienia dotknąć dźwiękiem osoby, która siedzi w ostatnim rzędzie najwyższego balkonu, co w przypadku Opery Narodowej jest dość sporym dystansem. I to jest uzależniające. Pasja to legalny narkotyk. 

W tym jestem dobra. Myślę, że zawodowo najlepiej jest robić to, do czego mamy największe predyspozycje i dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę. Nie wystarcza mi bycie średnim i robienie czegoś na pół gwizdka. Angażuję i oddaję się całkowicie temu, co robię. 

Wydaje mi się, że wyjątkową rzeczą w operze i samej muzyce jest też jej uniwersalność. Uczyła się Pani w Londynie, pracowała z ludźmi z różnych części świata. Czy jest jakaś różnica w postrzeganiu tego uniwersalnego języka muzyki przez różne narodowości? Czy jest uniwersalny?

W Londynie byłam otoczona ludźmi z różnych krajów, jednak wszystkich nas łączył i wciąż łączy wspólny język - język muzyki.

Na zakończenie: czy bywa Pani w operze jako widz?

Oczywiście! Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej.

Chyba wiem jaka będzie odpowiedź na to pytanie, ale zapytam: woli Pani oglądać operę czy ją śpiewać.

Po prostu w niej być. 

 

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów