Bruckner dokończony

IX Symfonia Antona Brucknera przez wiele lat uchodziła za utwór niedokończony. Słuchacze przyzwyczaili się do tego dzieła w formie trzyczęściowej, zakończonej powoli wygasającym adagiem. Tak było aż do teraz.

 Czterech muzykologów - Nicola Samale, John Phillips, Gunnar Cohrs i Giuseppe Mazzuca, podjęło się trudu odtworzenia finału ze szkiców i notatek Brucknera. Praca ciągnęła się od 1983 aż do 2012 roku. Rezultatem jest czwarta część symfonii, liczący sobie 653 takty. Wersja partytury, jaka pozostała po Brucknerze, liczy 440 taktów, 117 taktów pozostało w szkicach. Muzykologowie mieli do rozpisania 96 taktów według własnej inwencji. Rezultatem swojej pracy udało im się zainteresować Sir Simona Rattle'a, szefa Berliner Philharmoniker. Czy mrówcza praca kwartetu muzykologów wydała przekonujące owoce?

Oczywiście – każdy słuchacz wyda własny sąd, jednak zanim dotrze do „wielkiego” finału, w którym rozwiązują się wszystkie konflikty, czekają go tradycyjne trzy części. Jak prezentują się w tym wykonaniu? Rattle najwyraźniej nie szuka w muzyce Brucknera szczególnej głębi. Pierwsza część rozpoczyna się w dość szybkim tempie – nic tutaj z tajemnicy i skupienia. Na domiar złego zespół nie brzmi zbyt selektywnie – fragmenty tutti brzmią mało przejrzyście. Słuchacz otrzymuje gęstą, zbitą masę brzmienia, z której nie da się wyłowić żadnych szczegółów. Tak samo jest w kulminacji, w której waltornie dialogują z puzonami – takim fragmentom brak zróżnicowania barwy dźwięku. Przyznam szczerze, że to akurat dość niezwykłe, jeśli chodzi o Berlińczyków i Rattle'a – zwykle ich nagrania są pod tym względem bardziej dopracowane. Fragmenty grane piano często utrzymane są na granicy słyszalności (a słucham zazwyczaj dość głośno). Kulminacje pierwszej części są dość niedopowiedziane. Ze względu na rozplanowanie formy to zaleta (konflikty dopiero się tu przecież zarysowują, a nie rozwiązują), ale brakowało mi czysto fizycznej potęgi dźwięku.

Druga część również jest dość szybka, co akurat jest zaletą, ale również tutaj daje się we znaki brak zróżnicowania barwy we fragmentach tutti. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest w tej części na swoim miejscu, brak tylko chemii pomiędzy dyrygentem i muzyką. Nić sympatii dużo bardziej czuć w Adagio, które jest lepiej wyczute. Niektórzy dyrygenci lubią bardzo wolne tempo w tej części. Daje to wrażenie domknięcia długiej, symfonicznej opowieści. Rattle przyjmuje tutaj tempo bardziej płynne i biorąc pod uwagę fakt, że czeka nas jeszcze czwarta część – jest to bardzo słuszna decyzja. Dyrygentowi udaje się wprowadzić do muzyki Brucknera dawkę napięcia i oczekiwania – nic się tu nie dłuży ani nie przeciąga niepotrzebnie.

Jaka jest czwarta część tej symfonii, owoc „śledczej muzykologii”, jak nazwał ją Rattle? Trzeba sobie przede wszystkim jasno powiedzieć, że nie jest to ostateczna wersja, rozstrzygająca o tym, jak Bruckner chciał, by brzmiał finał jego symfonii. To, że symfonia została odtworzona w przeważającej mierze z autografu – niewiele zmienia. Musimy pamiętać, że to była pierwsza wersja, niezrewidowana przez kompozytora. Bruckner miał w zwyczaju wracać do swoich utworów i przerabiać je wielokrotnie, tak samo byłoby więc z pewnością w przypadku tego utworu. Paradoksalnie prace nad IX Symfonią opóźniły się ze względu na rewizję I Symfonii, która zabrała kompozytorowi dużo czasu – to już o czymś świadczy.

Finał na pewno brzmi brucknerowsko – rodzaj surowego brzmienia zrekonstruowanej wersji jest przekonujący. Również forma utworu jest logiczna – pojawiają się tu aluzje np. do kody części pierwszej. Pomimo tego nie porwał mnie do końca. Czułem, że słucham wersji IX Symfonii, której brak ostatecznego szlifu, choć przyznać trzeba, że robota, jaką wykonał kwartet muzykologów, zasługuje na najwyższy szacunek. Czuć, że wykonawcy czekali tylko, żeby zagrać tę część – wykonanie stoi na bardzo wysokim poziomie – nie ma tu też irytujących problemów z selektywnością brzmienia. Jedynym mankamentem jest brak jasnego rozróżnienia pomiędzy fragmentami spisanymi ręką Brucknera, a tymi zrekonstruowanymi. Co prawda w książeczce wypisane są numery taktów, która zostały uzupełnione, ale ponieważ partytura nie jest powszechnie dostępna, przydałby się chociaż spis czasu nagrania, który pozwoliłby słuchaczowi odróżnić poszczególne fragmenty.

 

Dla fanów Brucknera to nagranie to lektura obowiązkowa, chociaż polecam je każdemu otwartemu słuchaczowi.

 

Oskar Łapeta

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów