Don Desiderio – Opera niesłusznie zapomniana

fot. Krzysztof Bieliński

KS ADRIAN NOWAK: Być może staję się już nudny pisząc o kolejnej premierze jako o sukcesie Opery Śląskiej, jednak nie ukrywam swojej dumy z faktu, iż mój ulubiony teatr trzyma wysoki poziom od ładnych paru lat i nie zwalnia tempa w przygotowaniu naprawdę dobrych przedstawień. A właśnie takim należy nazwać najnowsze dzieło bytomskiej sceny – „Don Desiderio” – Józefa, Michała, Ksawerego Poniatowskiego - krewnego skądinąd naszego ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Sam kompozytor należy do grona zaledwie trzech Polaków, których dzieła były wystawiane mediolańskiej La Scali i to z niemałym sukcesem.

Odtwórca tytułowej roli – Stanisław Kuflyuk – w krótkiej rozmowie użył stwierdzenia, że jest to opera niesłusznie zapomniana. Bo oczywiście bywają takie, które dobrze, że zapomniane zostały. Jednak ta opera powinna była święcić triumfy równe operom Moniuszki, czy innym wielkim kompozytorom, których tytuły nie schodzą z afiszy. Już od pierwszych taktów uwertury porywa swoją melodyjnością i stylem, to przywodzącym na myśl utwory Moniuszki, to Verdiego czy Rossiniego.

Uwertura zagrana pod niezwykle ekspresyjną dyrygenturą Jakuba Kontza, każe przypuszczać słuchaczowi, że dzieło to będzie wymagające zarówno pod względem muzycznym, jak i wokalnym. I tak też jest.

Wszystko zaczyna się od wielkiego bum! Na bytomskiej scenie pojawia się stary automobil, który ulega wypadkowi, co z kolei niesie za sobą całą sieć zabawnych zdarzeń nie doprowadzając na szczęście, niewiarygodnego pechowca – Don Dediseria, do samobójstwa. Jednak nagromadzenie pecha tej jednej postaci w zabawny sposób prowadzi do podjęcia decyzji o tak tragicznym czynie. Sam fakt oparcia fabuły komediowej na wątku dostarczenia wiadomości o śmierci właściciela Riccarda, który jak się ostatecznie okazuje, wcale nie umiera – wydaje się sięgać do podobnych tematów znanych w literaturze. Jednak to splot wydarzeń związanych z przedwczesnym otwarciem testamentu powoduje komizm sytuacji, potęgowany grą śpiewaków, którzy bawią się swoimi rolami, mimo, że większość partii wokalnych jest arcytrudnych i wymaga nie lada precyzji.


fot. Krzysztof Bieliński

Grający adwokata Don Curzio – Szymon Komasa doprowadza do łez śmiechu publiczność dając popis komediowych zdolności w drugim akcie, gdy udaje pewną niezręczną przypadłość gastryczną wywołaną nieumyślnym spożyciem soli na przeczyszczenie, a jednocześnie bardzo precyzyjnie śpiewa, bądź co bądź niełatwą partię. Rola Don Desideria z kolei jest jakby napisana dla Stanisława Kuflyuka, który z jednej strony bawi świetnie zaśpiewaną partią, której nie powstydziłby się sam Rossini, z drugiej strony wywołuje w widzach współczucie swoją wieczną niezaradnością i prześladującym go pechem. Wspaniała partia basowa.

Niekwestionowaną gwiazdą wieczoru jest Joanna Woś, której partia Angioliny zachwyciła mnie w każdym dźwięku. Przed spektaklem dyrektor Łukasz Goik nazwał artystkę królową belcanta i myślę, że mistrzowski popis jaki zafundowała nam pani Joanna całkowicie ten tytuł uzasadnia. Od dramatycznych verdiowskich fraz, po koloratury rodem z Rossiniego, czy Donizettiego artystka pokazała swoje niesamowite możliwości wokalne, czym zjednała sobie bytomską publiczność, dla której występowała po raz pierwszy, nie licząc wykonania kilku arii podczas jednego z koncertów Opery Śląskiej. Lekkość wykonawcza z jaką Joanna Woś wspina się na wyżyny partytury jest godna podziwu. W drugiej obsadzie partię tę wykonuje znana bywalcom Opery Śląskiej – Ewa Majcherczyk. I choć nie dane mi było jeszcze usłyszeć Pani Ewy w tej roli, to wiem z relacji świadków, że jest również absolutnie rewelacyjna.

Parterem dla Angioliny był równie znany bytomskiej i krakowskiej publiczności tenor – Adam Sobierajski, którego możemy słuchać w wielu produkcjach tychże scen. Sobierajski jak zawsze świetnie przygotowany i choć przeziębiony dzielnie dorównywał Joannie Woś w swoich niełatwych partiach. Zresztą cała opera skonstruowana jest bardzo popisowo. Już pierwsza aria Aniogliny otwierająca spektakl wymaga nie lada przygotowania głosu i rozśpiewania przed wyjściem na scenę, a potem już opera rozwija skrzydła w skali niebotycznej, jeśli chodzi o popisy wokalne solistów.


fot. Krzysztof Bieliński

Jednym słowem „Don Desiderio” to kolejny strzał w dziesiątkę dyrektora Łukasza Goika i całego zespołu Opery Śląskiej. Cieszy fakt, że poza sztandarowymi tytułami sięga się po produkcję tak mało znaną i niedocenioną w historii muzyki, a jednocześnie tak bardzo naszą, polską, co też mocno wpisuje się w 100 rocznicę odzyskania niepodległości. Choć zazwyczaj unikam patriotycznego tonu i mieszania w niego sztuki, to jednak tutaj jest to warte podkreślenia. Mało kto wie, że Poniatowski napisał aż 12 oper, co jest jednak dorobkiem niemałym jak na tak zapomnianego kompozytora. Wysłuchawszy „Don Desideria” mam może tylko żal do księcia, że nie napisał jej po polsku. Jednak patrząc na realia tamtych czasów, nie miałaby ona pewnie prawa zaistnienia w mediolańskiej La Scali, w czym niewątpliwie pomogła jej włoska forma. Kolejny raz jako Ślązaka z dziada – pradziada duma mnie rozpiera, że to właśnie w Bytomiu doczekałem tak wspaniałej premiery.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów