Dorota Serwa: Oswoiliśmy melomanów. Będziemy działać odważnie

Dorota Serwa, fot. Kamila Kozioł

Dorota Serwa. Dyrektor Filharmonii w Szczecinie, która wymyśliła MUSIC. DESIGN. FORM, zupełnie nowe wydarzenie na polskiej mapie festiwalowej. Podczas rozmowy podkreśli jednak wielokrotnie, że to nie ona, to zespół, że oni wszyscy są ważni, najważniejsi. Podczas rozmowy okaże się też, że MDF nie jest po prostu pomysłem, jednym zresztą z wielu realizowanych w Filharmonii. Że to tak naprawdę ciąg dalszy i zaproszenie do kolejnego artystycznego eksperymentu.

Kinga Wojciechowska: W szkole Panią nosiło?

Dorota Serwa: Zawsze mnie nosiło, ale powiem uczciwie, że podstawówka to były ciężkie czasy. Byłam pierwszym eksperymentalnym rocznikiem zrekrutowanym do ogólnokształcącej szkoły muzycznej. Grałam na fortepianie, ale miałam parcie, żeby śpiewać. No i stworzyłam rodzicom problem, bo trzeba było znaleźć dla mnie pianino. Nie dało się go tak po prostu kupić. W końcu rodzice znaleźli Calisię w domu kultury, była do sprzedaży. To trochę trwało, więc w edukacji muzycznej miałam poślizg, musiałam nadrabiać. Potem przeprowadzka… Ale nic mi nie przeszkadzało. Byłam typem społecznicy. Była, owszem, muzyka, i fajnie, ale robiłam tysiąc innych rzeczy.

Aż się boję pytać, jak się Pani w tym wszystkim odnalazła…

A właśnie to mi paradoksalnie pomogło. Ponieważ nigdy nie bałam się wyzwań i raczej mówiłam „tak” niż „nie”, już w wieku 17 lat zaczęłam pracować w akademickim radiu Pomorze.

Spodziewałabym się, że raczej do jakiegoś zespołu.

Ale ja już wiedziałam, że wielkim muzykiem nie będę a jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia. Oczywiście uwielbiałam chodzić do filharmonii. Ale dziennikarstwo mnie wciągnęło. Poradziłam się więc znajomej doświadczonej dziennikarki, co robić a ona powiedziała mi: „tylko nie idź na dziennikarstwo, bo będziesz od wszystkiego. Trzymaj się muzyki, to będziesz miała specjalizację.”

Więc stąd w końcu nie akademia muzyczna tylko muzykologia?

Tak. Bo cel był prosty – będę dziennikarką. Zawsze lubiłam dużo mówić, chciałam mówić ludziom o tym, co było dla mnie ważne. W liceum, oprócz radia, w które weszłam intensywnie, prowadziłam audycje o muzyce klasycznej, przedstawienia teatralne i realizowałam różne kreatywne przedsięwzięcia.

Muzykologia spełniła Pani oczekiwania?

Myślałam, że na studiach nauczę się prawdziwej krytyki muzycznej. I tak się stało. Koncertu, premiery nie było, żebyśmy nie poszli. Dziś są fajniejsze warunki, bo można jeździć po świecie. My pełnymi garściami czerpaliśmy z tego, co było.

Muzyka tak ogólnie Panią interesowała?

Na muzykologii cały czas czekałam na muzykę XX wieku, bo te poprzednie epoki mniej mnie kręciły. A do tego zakochałam się w etnomuzykologii.

A to dlaczego?

Bo była – żywa. Wywiady, badania terenowe…

Byłoby o czym opowiadać słuchaczom.

Tak, ale czasy się zmieniały. Pomyślałam, że radio to jednak nie to. Bo wyścigi dj-skie i walka o słuchalność mnie nie interesują.

I co Pani zrobiła?

Wróciłam na studia doktoranckie! Do Krakowa. Ale nie podobał mi się. Więc znów poszukiwania. I dowiedziałam się, że powstaje NCK, Narodowe Centrum Kultury, które swoją misją bardziej wpisuje się w moje nieokiełznane myśli. Tu zaczęło się moje odchodzenie od muzyki na rzecz zarządzania. Długo funkcjonowałam w środowisku jako ekspert od pozyskiwania funduszy. Pewnie dnia zadzwonił Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Trafił na dobry moment, bo potrzebowałam stabilizacji. Na początku myślałam, że będę znów zdobywała fundusze. A on mówi – nie, szkoda na to czasu, musimy wymyślić projekt. Pomyślałam: muzyka! Nagraliśmy album z muzyką Eugeniusza Lokajskiego. Byłam kompletną neofitką. Dlatego album był przekorny, irracjonalny. Do tego zdobył kilka nagród.

Muzyka nie dawała Pani spokoju?

Nie. Szczególnie, że dla kolegów z roku ciągle byłam jakąś przechrztą, która nie zatrzymała się w branży. Kolega Golianek do dziś mi dokucza z tego powodu.

Rzeczywiście, kolegów ze studiów ma Pani zacnych: Alina Mądry, Małgorzata Gmys, Marcin Gmys, Justyna Chołmińska, Maciej Pohaski, czołowi polscy muzykolodzy.

Dlatego w Muzeum Powstania przekonałam dyrektorów, że, mimo wielu zadań, pobawię się muzyką. Zaczęło się od projektu Śpiewanki („Warszawiacy śpiewają (nie) zakazane piosenki” – przyp. KAW). To była najprostsza formuła. Bo nic tak nie integruje ludzi jak wspólne wykonywanie muzyki. Na tym najbardziej mi zależało. Pomogła mi Weronika Gozdew-Kołacińska. Obie wiedziałyśmy o co nam chodzi.

A o co?

Nie chodzi o koncert i popisy wykonawców. Głównymi bohaterami projektu mieli być warszawiacy. Chciałyśmy im pomóc. To fajne doświadczenie i trening – jak myśleć o edukacji. Niektórzy nam zarzucają, że Filharmonia w szczecinie jest przesiąknięta projektami edukacyjnymi, ale to przecież inwestycja na lata. I daje nam najwięcej przestrzeni. Uczestnicy multiplikują to, co dostają i idą z tym dalej.

Bo rosną, a pewne nawyki zostają…

Pani myśli o najmłodszych. No tak, robimy projekty dla dzieci, ale mamy przecież w pakiecie rodziców, którzy z tymi dziećmi przychodzą. To oni mają aspiracje. Rodzice to mój najlepszy partner.

Partner w czym?

A w tym, jak pobudzić środowiska nauczycielskie. Bo muzyka to nie tylko nauka o epokach, to narzędzie do wszechstronnego rozwoju. I tu nie pomoże żadne kuratorium. To rodzice są elementem nacisku.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Muzeum.

W Muzeum udało mi się wydreptać ścieżkę dla muzyki, oczywiście nie dla klasycznej. Ale opowiadania o powstaniu zawierały elementy muzyczne. Ten etap prowadził mnie do filharmonii.

Dlaczego Szczecin?

Bo stamtąd pochodzę. I on cały czas był we mnie, tęskniłam do niego. Symbolicznie zawsze wpisywałam sobie wszędzie, że jestem ze Szczecina.

Z końca świata.

Raptem cztery i pół godziny podróży. I muszę Pani powiedzieć, że wtedy do głowy przychodzą mi najlepsze pomysły.

Źle się Pani czuła w Warszawie?

W Muzeum miałam dużo wolności, ale tęsknota za mamą, za Szczecinem była silniejsza. I jeszcze ten wyrzut sumienia, że tyle robię dla tożsamości, a moje miasto też jej potrzebuje, bo tam ludzie przyjechali z różnych stron. Miałam dość słuchania, że Szczecin to miasto z potencjałem. No ileż czasu można mieć potencjał!

No i przyszła Pani do Filharmonii. Na pracowników padł blady strach?

Przyszłam do filharmonii, patrzę, a tam moi koledzy, 40-latkowie, jak siedzieli, tak zostali, przy tych samych pulpitach. Musi Pani wiedzieć, że ścieżka kariery w orkiestrze jest bardzo stabilna. Każdy młody będzie zawsze siedział na końcu.

Nic się nie da z tym zrobić?

Oczywiście, że się da. U nas są przesłuchania na głosy solowe. Młodzi mają szansę a starsi nie spoczywają na laurach. Z tym wiąże się odpowiednia gratyfikacja, prowadzenie projektów. To niestandardowe podejście i rodzaj odwagi – tego się nauczyłam w muzeum. Po tylu latach mogę zrozumieć pewne decyzje z perspektywy dyrektora. Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że prowadziłam zajęcia z zarządzania. Jak trafiłam do filharmonii, przerwałam to, bo nagle pomyślałam: „Boże drogi, co ja wiem o zarządzaniu??”.

A co Pani wiedziała?

Wydawało mi się absurdalne, że mam wrócić do filharmonii. To było niedoścignione marzenie. Impuls przyszedł z miasta. Ale dla mnie najpierw to była abstrakcja. Potem porozmawiałam z moimi dziećmi, czy są gotowe na rewolucję. Były. Z dużym bólem wyjeżdżałam z Warszawy, bo się do niej przyzwyczaiłam. Pierwsze dwa lata były ciężkie. Chyba nie miałam dnia wolnego.

A jak już sobie Pani wszystko poukładała – znów wpada Pani w chaos.

Myślałam sobie: co ja zrobiłam! Tyle przyjaciół zostawiłam, tyle fajnych projektów. Ale to była bardzo ważna nauka. Przede wszystkim nauka słuchania, pokory i przekonywania się, że dużo się muszę nauczyć. A później wyzwanie stworzenia zespołu. Musiałam tak go skompletować, żeby kompetencje i potencjały ludzi się uzupełniały. Mówię o stronie programowo-administracyjnej.

A od strony muzycznej?

Od momentu przyjścia zatrudniłam już trzydziestu nowych muzyków. Nawet na tej płaszczyźnie dokonała się wymiana. Dziś dla mnie zarzadzanie filharmonią i proces zarządzania zmianą, to działanie krok po kroku i cierpliwość. Stawiamy jeden krok do przodu i dwa do tyłu. Ale tej pokory uczyłam się od najlepszych. Im większa gwiazda, osobowość, im więcej ma na koncie, im potężne dyskografie, tym większa pokora, klasa i skromność.

Wszystko rozumiem, ale nawet najskromniejszy, najlepszy dyrektor potrzebuje korzystnych okoliczności, aby realizować plany.

My je też dostaliśmy. Cudowny, kontrowersyjny dar, niesamowity strzał w postaci nowej siedziby filharmonii. Mówią o niej: lodowa góra, blaszak, a dla nas stał się, górnolotnie mówiąc, nowym domem. Okazało się, że to inspiracja i zobowiązanie do odważnych działań. Wiedziałam, że nic nie jest dane raz na zawsze. Nie mogłam usiąść i pić kawy. Coraz wyżej stawiamy sobie poprzeczkę i sami dla siebie przekraczamy granice.

Jakie granice może przekroczyć dyrektor filharmonii?

Filharmonia ma specyficzna kontekst: kulturowy, społeczny, lokalizacyjny. Nie da się stworzyć uniwersalnego modelu filharmonii, orkiestry. Wielka symfonika? Nie uciekamy od tego! Piątek jest żelaznym terminem na wielką symfonikę. Dookoła jest to, co zbudujemy, co sobie wykreujemy, to oddzielna bajka. Tu na nowo trzeba zdefiniować filharmonię. I na orkiestrę też muszę znaleźć pomysł. Bo skoro na wyciągnięcie ręki mamy Filharmoników Berlińskich, to ja nie będę brać udziału w wyścigach. Muszę stworzyć niszę, profil, który nas wyróżni.

Udaje się?

Czasy nam pomagają, mając budynek, nowoczesne technologie, możemy przekraczać granice. To, co dziś nazywamy klasyką, też jest umowne. Mamy do czynienia z indywidualną wypowiedzią. Tylko trzeba stworzyć formułę.
Trzeba spojrzeć szerzej, wyjść poza rutynowe działania. Produkujemy różne wydarzenia, które wpisują się we wspólną narrację. Bo my staramy się opowiadać o muzyce. Gdy otwieram wernisaż malarski, to mówię, że to rodzaj kontrapunktu do tego, co robimy w filharmonii. Bo przecież to wydarzenie nie funkcjonuje bez kontekstu budynku. Nawet jeśli udostępniamy przestrzeń na wydarzenia mainstreamowe, to sami artyści mówią, że inaczej się czują. Bo w tej przestrzeni czujemy się odrobinę lepsi. Słowo filharmonia naturalnie łączy się z prestiżem i sprawia, że każdy przekaz muzyczny jest pełniejszy, wiarygodniejszy i prawdziwszy. Ma to coś, czego jesteśmy pozbawieni, słuchając muzyki np. w samochodzie. Koncert w filharmonii to rodzaj spektaklu, od momentu wejścia do hallu. Słuchacz wchodzi w inny świat. Dlatego określona kolejność, najpierw wszyscy muzycy orkiestry, na koniec koncertmistrz, który się kłania. Dyrygent pojawia się, gdy orkiestra się nastroi. Czasem jest też prowadzący.

Widziałam. To ciekawe, po prostu wchodzi, wita słuchaczy, krótko mówi o tym, co za chwilę usłyszymy. To sprawia, że czuję się zaopiekowana na sali, nie jestem zdana na siebie i na to, czy udało mi się kupić program, czy nie.

O widzi Pani! Czyli to działa! Ale – to nie ja wymyśliłam.

A kto?

Dyrektor artystyczny. Powiedział kiedyś, że nikt nie czuje lepiej utworu jak dyrygent, więc zaczęliśmy prosić samych artystów, żeby opowiedzieli o tym, co wykonają. Jak nie chcą na żywo, to nagrywamy ich i puszczamy wypowiedź tuż przed koncertem. To taka ich osobista refleksja.

U Was się chyba fajnie gra. Muzycy często pytają o pracę w szczecińskiej Filharmonii?

U nas – w Polsce – w ogóle nie ma nawyku przygotowywania się do gry w orkiestrach. Intensywnie pracujemy, aby tych niedoszłych przyszłych solistów, bo taki jest system kształcenia, przekonać do tego, że tworzymy jeden z najdoskonalszych instrumentów – orkiestrę. Cały czas im też uświadamiam, że to my jesteśmy dla ludzi, a nie publiczność dla nas. Wyjątkowość każdego koncertu polega na tej specyficznej chemii między sceną a publicznością. I dlatego rzucamy się na nowe projekty i przełamujemy schemat: lubię, bo znam.

Łatwo powiedzieć. A jak to zrobić?

Podam Pani taki przykład. Z Łukaszem Borowiczem (dyrygent – przyp. KAW) zrobiliśmy koncert na 40-lecie pracy twórczej Krzysztofa Meyera (kompozytor – przyp. KAW). Dostałam zalecenie: Pani Doroto, proszę ubrać to w to, co ludzie znają. A my – nie. Zaryzykowałam. Wiedziałam, że Szczecin ma publiczność na taką muzykę. Dwie części z fantastycznymi kompozycjami były tak niezwykle przyjęte! To moment satysfakcji. To nie Warszawska Jesień, a koncert w 100% z muzyką współczesną i sala pełna!

Ale skąd ta pełna sala?

To, co tkwi odpowiednim zrozumieniu przekazu, niezależnie od tego, co robimy, to FORMA.

Przypominam sobie moją historię muzykologiczną. Dostałam raz po egzaminie proste pytanie: „Co to jest muzyka?” Przez kilka minut próbowałam coś tłumaczyć, aż wykładowca zapytał: „Po co pani szuka? A nie wystarczy powiedzieć forma?” To zostało na długo w pamięci.

Coś w tym jest. Gdy tworzyłam Presto, to właśnie forma była istotnym kryterium odróżniającym nasz magazyn od innych. I to właśnie forma sprawiła, że Presto się dobrze czyta, że Presto ciągle się rozwija. Oraz forma sprawiła, że wiele osób dostrzegło potencjał Presto i postanowiło się w ten projekt zaangażować.

Podobnie w Filharmonii. To nie ja jestem najbardziej kreatywna. Moją siłą jest wyłapywanie niezwykłych ludzi, którymi się otaczam. Pracownicy, współpracownicy. Jak potestowaliśmy różne przedsięwzięcia obrazoburcze, eksperymenty, oswoiliśmy melomanów i udowodniliśmy im, że robimy wszystko na wysokim poziomie, to teraz możemy już działać.

Właśnie dlatego powstał festiwal MUSIC. DESIGN. FORM?

Tak! Potrzebujemy zwieńczenia i przestrzeni na to, żeby wpisać te elementy, których nie da się inaczej ubrać w jakiś cykl. Chodzi o mocne uderzenie. Chcemy zapytać ludzi, czym dla nas/ dla nich jest sztuka? Czego potrzebujemy? Żeby sobie odpowiedzieć, musimy dostarczyć wrażeń wszystkim zmysłom i niejako wyjść z filharmonii. Mamy ciągły głód i potrzebę zmierzenia się z przedsięwzięciami, na które nikt inny nie miał odwagi.

Co to znaczy?

W 2015 roku budynek filharmonii dostał nagrodę, tzw. architektonicznego nobla. Ale nikt nie zastanawia się nad faktyczną rolą tej nagrody. Nie chodziło tylko o pojęcie piękna bryły budynku. Gdy przyjechała do nas komisja, a nie wiedzieliśmy, kiedy przyjedzie, akurat mieliśmy koncert rodzinny – po scenie latały robale, brzmiała dziwna muzyka, no, było to dość ciekawe przedsięwzięcie. I to był strzał. Docenili u nas to, co jest poza walorami architektonicznymi – że architekci tym projektem wstrzelili się w czas i potrzebę, że wykreowaliśmy instytucję oddziałującą na całe miasto. Więc sama Pani widzi, że my nie możemy teraz konwencjonalnie postępować. Grzechem byłoby rutynowe podejście. Jesteśmy bezczelni. Uzurpujemy sobie prawo, żeby pokazywać sztukę inaczej.

Dorota Serwa to rewolucjonistka?

Ale to nie jest rewolucja. Tak naprawdę bezczelność polega na tym, że pozwoliliśmy sobie na to, żeby realizować nasze marzenia. Każdy ma szansę, począwszy od melomanów do administracji. Mnie się udało. Była u nas Lori Anderson, na którą czekałam kilka lat, będzie koncert muzyki Philipa Glassa. Co prawda, on sam niestety nie przyjedzie, choć takie były plany. Wielka szkoda. Ale to też ważna lekcja. Dalej mam tysiące marzeń, o których siebie nie podejrzewałam. No i tysiące przestrzeni na fascynacje, na przygodę z drugim człowiekiem.

Przyjechała Pani z Warszawy i próbuje w Szczecinie zrobić drugą stolicę. Nie spotkała się Pani z takimi zarzutami?

Ja wiedziałam czego chcę, znałam miasto i wiedziałam, czego to miasto potrzebuje. Gdy przyjeżdżałam tu wcześniej, bez wizji, że zostanę dyrektorem filharmonii, to sama wpisywałam się w ten głos malkontentów: że miasto zaniedbane, a tu fanaberia – filharmonię budują. A potem zrozumiałam, że właśnie w takiej sytuacji danie impulsu sprawia, że nagle rosną aspiracje. Jeśli ciągle brakuje u nas biletów, to znaczy, że ludzie mają potrzebę chodzenia do filharmonii. I to się dzieje wszędzie, gdzie są nowe instytucje.

Skąd Pani wie, że to co robicie, jest dobre?

Najprostszym sposobem, który stosuję, jest bezpośredni kontakt. W każdy piątek witam melomanów. Każdy ma prawo podejść i porozmawiać. Czasem opinie są krytyczne, ale nie boję się konfrontacji. Jestem pierwszym marketingowcem filharmonii. Siedzę razem z naszymi widzami, oglądam to, co oni, słucham tej samej muzyki.

To znów wróćmy do festiwalu MUSIC. DESIGN. FORM, którego pierwsza edycja startuje 19 września. Bo gdy mówi Pani o relacjach z publicznością, od razu nasuwa mi się myśl o tym Waszym nowym wydarzeniu.

Kluczem dla naszego festiwalu MDF było zrozumienie nierozerwalności i równowagi w procesie tworzenia – trzech ogniw: odbiorca–artysta–organizator. Dlatego to trójkąt jest naszym charakterystycznym motywem. On jest także w sali koncertowej. To nie tylko motyw graficzny, to także płaszczyzny naszych działań: muzyka, sztuki wizualne, edukacja. A przy okazji proszę zobaczyć – MDF – Mi, Do, Fa – trzy dźwięki, na których możemy już zbudować mikrodzieło muzyczne. Bo wszystko, co nas połączyło to FORMA. Chodziło nam o to, żeby wplotło się to w rodzaj opowieści o przyszłości. Dokąd zmierzamy? Czego oczekujemy? Kim dla nas jest odbiorca? To przecież aktywny uczestnik sztuki!
Ale nie komplikujemy, tylko upraszczamy. Bo im prostszy przekaz, tym lepiej. Po prostu snujemy opowieść różnymi sposobami. Mamy na MDF splot różnych okoliczności. Jest niespodziewane spotkanie, jak w przypadku Magne Furuholmena – muzyka z zespołu A-ha. To artysta performatywny, poszukujący, kompozytor, który w życiu i w sposobie działania posługuje się formą. Bardzo nam zależało na tym, żeby poukładać sobie wszystko najpierw w naszych głowach. Wszystkie emocje postanowiliśmy skumulować. W jednym momencie opowiedzieć, co nas może czekać. MDF jest więc rodzajem laboratorium, w którym badamy, co może zostać po nas w przyszłości. Dlatego i na festiwalu, i na co dzień w Filharmonii też, musimy grać muzykę współczesną, żeby dać innym, w przyszłości, szansę wyselekcjonowania z każdego czasu tego, co było w nim najwartościowsze.

Festiwal to też okazja na zrobienie czegoś, czego nie da się włożyć w ramy sezonu? Choć nie wiem, czy to jest pytanie na miejscu po tym, co mi Pani powiedziała…

Trochę też tak jest. Festiwal zawsze daje szansę na wyjście poza myślenie sezonem artystycznym. To wyjście z rytmu, z poukładanego schematu. Punktem wyjścia dla tej pierwszej edycji był minimalizm. I pomalutku będziemy budować sobie napięcie.

Minimalizm to też uparte powtarzanie motywów.

I dobrze się składa, bo moją obsesją są ronda jako forma muzyczna. Tu mamy takie rondo wariacyjne, naszym refrenem jest sama grająca przestrzeń i to, jaką funkcję nadaliśmy budynkowi. Kuplety to wszystkie dziedziny sztuki. Zupełnie zwariowany pomysł Beardymana, który sam stał się instrumentem. Koncert ikony stylu – Philipa Glassa. A na koniec – opera w filharmonii, kobieta-dziwoląg i teza, że artysta jest dziś samotnikiem i dziwolągiem. Oba te wydarzenia traktujemy jako metaforę bycia artystą. Bo z jednej strony to niezwykłe szczęście – wykonywać tak piękny zawód. A z drugiej – wymaga on niebywałego poświęcenia.

Od dawna pracujecie nad festiwalem?

Od pół roku mamy regularne spotkania. Od pół roku co tydzień. Poza normalnym trybem pracy i pozadziałowo. Bo festiwal nie ma jednego szefa. O wszystkim dyskutujemy, podejmujemy decyzje wspólnie. Dopiero po akceptacji wszystkich ogniw ruszamy dalej.

Dlaczego to jest takie ważne dla Pani?

Dla nas. Bo to przedsięwzięcie nie będzie miało sensu, jeśli nie będziemy go tworzyć razem. Mamy z jednej strony człowieka, który pracuje w edukacji, a jest kompozytorem, mamy dziewczynę, która jest animatorką, współpracuje z NGO-sami, a zajmuje się sprawami wizualnymi: mapowanie, oświetlenie praca z samochodami…

Z samochodami? W filharmonii?

To będzie piękne! Radek Kurzaj ułożył trasę po mieście dla naszych festiwalowych samochodów, że stworzyła ona kształt filharmonii. Trasę rejestrowano i kodowano muzycznie. Zobaczymy, jak zabrzmi podczas festiwalu. Mamy do tego Agatę Kolasińską, która jest szefową działu edukacji a fascynuje się improwizacją. Kamila Sędzicka zajmuje się innymi działaniami wizualnymi, dopieszcza meble mi wystawy dotyczące designu. Zgarnęłam ją z Warszawy, z ministerstwa kultury, też jest szczecinianką, jak ja. Do tego Kinga Rozkrut, nasz najbardziej kolorowy ptak, dyrygentka z duszą. Maciek Cybulski, filozof, który zawsze nam mocno namiesza i pyta: „tak, ale?” – jeszcze szefem promocji, więc racjonalizuje – a czy to się aby sprzeda, czy będzie atrakcyjne dla odbiorcy. To sprawdzian dla zespołu ale i sporo zabawy. I nawet jeśli utkniemy podczas spotkania w bólu twórczym, to zawsze wydarzy się coś, co sprawi, że przełamujemy kryzys i idziemy dalej!

Śni się już Pani MDF? Czy jeszcze nie?

(śmiech) Jeszcze nie, ale już za chwilę zacznie.

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Komentarze

Może i "oswajają" melomanów.

Może i "oswajają" melomanów. Ale dobrze by się stało gdyby pani dyrektor była zdolna też do oswajania się z różnorodnością świata wokół instytucji, którą kieruje. A z tym jest chyba pewien problem.

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów