Dźwięki ciszy, cudowny świat i mecz piłki nożnej [relacja z koncertu]

Fot. Paweł Czarnecki / www.lazienki-krolewskie.pl

KINGA A. WOJCIECHOWSKA: Długo musiał czekać na relację koncert Włodka Pawlika w Teatrze Stanisławowskim na finał Festiwalu Jazz w Łazienkach Królewskich, którego dyrektorem artystycznym jest pianista. Długo, ponieważ chciałam zachować profesjonalizm i pozostać obiektywną wobec tego wydarzenia. Niniejszym ogłaszam kapitulację. Nie dam rady.

Po namyśle stwierdzam, nawet z niejaką przyjemnością, że mój emocjonalny i bardzo pozytywny stosunek do recitalu „Songs without words” jest całkowicie uzasadniony. Jest kwintesencją tego, co powinna robić ze słuchaczem muzyka, jest kwintesencją relacji koncertowej: artysta-publiczność.

Dlatego nie będę ukrywać, że od pierwszych dźwięków Włodek Pawlik ponownie mnie zaczarował. Już raz to zrobił, gdy dostałam płytę „Songs without words”, siódmy solowy album artysty. Na kilkadziesiąt minut całkowicie zawładnęła mną muzyka. Ale – nie zawłaszczyła sobie mojej świadomości. Improwizacje Włodka Pawlika do największych szlagierów jazzu i muzyki popularnej dają słuchaczowi przestrzeń do przeżywania nie tylko zgrabnie poukładanych dźwięków, ale także do pojrzenia gdzieś w głąb siebie, dają pretekst, aby być ze sobą sam na sam w idealnej harmonii.

Podobnie było tego piątkowego wieczoru w Teatrze Stanisławowskim. Każdy utwór migotał, niczym marynarka pianisty (Ten prosty wizualny zabieg bardzo mi się podoba. Artysta przy fortepianie przestaje być tylko przedłużeniem instrumentu, kolejnym elementem wprawiającym w ruch mechanizm młoteczkowy, ale przenosi na nas każdy dźwięk także działając na zmysł wzroku.).

A czego nie było tego wieczoru w programie! „Imagine” Johna Lennona i Yoko Ono przetworzone tak pięknie, jakby każdy dźwięk miał oddać nie tylko oryginał muzyczny, ale przede wszystkim treść piosenki – o miłości, wolności, jedności i pokoju na świecie. Utopia zamknięta w muzyce. Albo „What A Wonderful World” śpiewana oryginalnie przez Louisa Armstronga. Tu Pawlik zastosował podobne zabiegi improwizatorskie i interpretacyjne. Albo piosenka „Sound of silence” duetu Simon&Garfunkel, w opracowaniu Pawlika bardziej świetlista, choć nie jest pozbawiona mocnych akcentów, jak jej oryginał i także wywołuje przyjemne ciarki na ciele. Każdy znany mniej lub bardziej szlagier pianista potraktował bardzo indywidualnie. Czasem słychać było, że przetworzeniu poddał cały utwór, a czasem improwizował tylko do podstawowego tematu.


Fot. Paweł Czarnecki / www.lazienki-krolewskie.pl

Jazzowe i popowe przeboje to nie wszystko, bo przecież Włodek Pawlik to także kompozytor. Umiejętności te pozwoliły mu dać upust emocjom związanym z… meczem piłki nożnej i sromotną porażką FC Barcelona podczas ważnych rozgrywek (proszę mi darować brak szczegółów w tym temacie, w odróżnieniu od Włodka Pawlika, żaden ze mnie znawca footballu…). I tu pianista wyraźnie dawał nam do zrozumienia, że muzyka to język komunikacji, pretekst, by wyrazić uczucia, opowiedzieć o świecie, o uniwersalnych i ważnych dla każdego wartościach. Zresztą każdy mógł zrozumieć ją, jak chciał a z każdym kolejnym utworem czuliśmy się coraz swobodniej.

Do tego oszczędne i trafne, momentami dowcipne, momentami refleksyjne komentarze artysty sprawiały, że zaprzyjaźnialiśmy się z Włodkiem Pawlikiem coraz bardziej. Nic dziwnego, że po kilkudziesięciu minutach koncertu publiczność nie miała dość a bisów z pewnością było nam za mało. Na szczęście mogliśmy zabrać kawałek koncertu do domu – w postaci płyty „Songs without words”, oczywiście z autografem od pierwszego w historii polskiego jazzu zdobywcy nagrody Grammy.

Recital odbył się 13 kwietnia 2018 roku

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów