Ennio Morricone: Metafizyczny dotyk piękna [relacja]

X. ADRIAN NOWAK: Piszę tę relację prawie dobę po koncercie, bardziej dlatego, by ostudzić swoje emocje, niż z braku czasu. Jednak trudno jest to zrobić, gdy w uszach wciąż brzmi wczorajsza muzyka mistrza Ennio Morricone. Nikogo pewnie nie trzeba zapewniać, że jest to muzyka genialna od początku do końca. Co zresztą potwierdziła licznie przybyła do Tauron Areny w Krakowie publiczność zbierająca się w hali jeszcze na długo przed rozpoczęciem koncertu. Planowany dwa lata wcześniej nie odbył się z powodu choroby mistrza. Warto było czekać.

Ennio Morricone, zgodnie z tym, co zapowiadał wcześniej, zafundował fanom przekrój przez praktycznie całe 60 lat twórczości. Zastosował przy tym bardzo wymowny zabieg i z tematów do swych najstarszych filmów stworzył suitę, czy może bardziej – mini-symfonię. W kolejnym utworze wiązał ze sobą motywy z różnych dzieł filmowych pokazując ich podobieństwo mimo lat, które dzieliły jedną ścieżkę dźwiękową od drugiej. Od początku dało się zauważyć, że program koncertu jest dokładnie przemyślany i świetnie zaprojektowany przez mistrza.

Mimo iż był to jubileuszowy koncert upamiętniający 60 lat pracy artystycznej Morricone, w pierwszej części maestro postanowił odsunąć uwagę od siebie i złożyć hołd trzem reżyserom: Giuseppe Tornatore, Mauro Bologniniemu, oraz Sergio Leone, z których to filmów utwory zabrzmiały w świetnym wykonaniu Czeskiej Orkiestry Narodowej. Były więc tematy z "Zawodowca" (1981), "H2S" (1969), "Miłosnego kręgu" (1969) i "Cinema Paradiso" "Dobry, zły i brzydki" (1966), "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie" (1968) oraz "Garści dynamitu" – niektóre tytuły może mało znane, jednak tak samo urokliwe jak wielkie hity mistrza.

Druga część koncertu rozpoczęła się od mocnego akcentu – „Nienawistna ósemka” – oscarowa muzyka z tego filmu w reżyserii Quentina Tarantino – otworzyła worek z przebojami. Maestro, niezwykle umiejętnie dobierając utwory, dawkował emocje, od niepokoju po wzruszenie, gdy zabrzmiały tak dobrze znane tematy z „Misji”, na które chyba czekali wszyscy zebrani w Arenie. Świetnie wykonane partie chóralne i równie niesamowite wykonania wokaliz przez śpiewaczkę Susannę Rigacci dopełniły tę muzyczną ucztę. Trudno się więc dziwić, że publiczność długo nie chciała pozwolić Ennio Morricone zejść ze sceny. Wielominutowa, powracająca po każdym bisie owacja na stojąco wymusiła na mistrzu powtórzenie niektórych tematów, by wreszcie jako ostatni mógł zabrzmieć powtórnie potężny chór z modlitwą „Ojcze nasz…” z filmu „Misja” – utwór, który mógłby być zaliczony do wybitnych z gatunku muzyki sakralnej, gdyby nie był integralną częścią filmu.

Koncert, który niewątpliwie przeszedł do historii Tauron Areny dostarczył wielu niezapomnianych chwil. Wzruszenie, czasem okraszone łzami, metafizyczny dotyk piękna muzyki i wdzięczność – to uczucia i emocje, które dziś wciąż są w mojej świadomości, gdy wracam myślami do tego wieczoru. I choć media wróżą, że z racji wieku mistrza może to być już jego ostatnia trasa, wciąż mam nadzieję, że wieczór ten uda mi się jeszcze kiedyś powtórzyć, może w innym miejscu, może z innymi utworami, ale w tak samo niebiańskim wręcz klimacie.

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów