Francesca Dego: W dzieciństwie wszystko przychodzi naturalnie

fot. arch. artystki

Kogo mam pytać o POCZĄTEK, jeśli nie ludzi, którzy są młodzi? „Wtedy wszystko przychodziło tak bardzo naturalnie!” To zdanie, co prawda, moja rozmówczyni odniosła do początku w absolutnym rozumieniu: do czasu swojego dzieciństwa. Ale myślę, że można je rozciągnąć na cały czas młodości. Francesca Dego jest młodą, bardzo zdolną i już sławną skrzypaczką. Na dodatek cechuje ją coś, co nie jest tak częste: lubi poznawać to, co jeszcze nieznane lub zapomniane. Czyniąc tak, Francesca Dego wzbogaca to, co już znamy.

Władysław Rokiciński: Jak to jest, kiedy jest się tak młodą artystką i już ma się tyle nagranych płyt, i to w tak renomowanym wydawnictwie płytowym?

Francesca Dego: Nigdy nie miałam uczucia, że którykolwiek z etapów mojej kariery nadszedł zbyt wcześnie. Nie czuję też, żebym była aż tak młoda. Gram przez całe moje życie i w jakiś sposób dotyczy to zdolności wczuwania się, uchwycenia czegoś z duszy kompozytora, a potem opowiedzenia historii. Interpretuję zapis nutowy, mam więc naprawdę silne poczucie odpowiedzialności, co przekazuję, kiedy gram, kiedy – będąc „głosem” kompozytorów – sprawiam, że widownia może ich usłyszeć. Nie sądzę, by ktokolwiek mógł kiedykolwiek czuć, że „już jest” w tym zawodzie. To, co jest tak porywające, jest zawsze „za rogiem”. I ta ciężka praca, na którą trzeba być przygotowanym, by tam dotrzeć. Po tych uwagach, chcę powiedzieć, że nagrywanie dla Deutsche Grammophon to dla mnie niesamowity zaszczyt, za który jestem bardzo wdzięczna i każdego dnia staram się na niego zasłużyć, ćwicząc i występując na scenie.

Czy to tylko cieszy, czy też czuje Pani także ciężar odpowiedzialności: co dalej?

Myślę, że najbardziej zadziwiającą rzeczą w tym zawodzie – która czyni mnie prawdziwie szczęśliwą – jest otaczanie się ludźmi, o których wiem, że mogą mnie uczynić bogatszą wewnętrznie, dzięki którym mogę stać się lepszym muzykiem. To jest moim dążeniem, kiedy planuję współpracę i nowe projekty. Nigdy nie pożądałam kariery dla niej samej, ale jako środek do osiągnięciach możliwie jak najlepszych efektów muzycznych. Moim marzeniem jest, bym zawsze była w stanie pracować z orkiestrami i kolegami, którzy mnie inspirują i pozwalają stworzyć na scenie coś wyjątkowego.

Którą z nagranych płyt Pani sama ceni najbardziej?

Wciąż ćwiczę i wykonuję utwory Paganiniego. Wysiłek fizyczny i psychiczny, których wymaga jego muzyka, zawsze stawiały przede mną cel i pozwalały czuć się zadowoloną z siebie po jego osiągnięciu. Moje emocje związane z tym kompozytorem, od miłości do nienawiści, zmuszają mnie do konfrontacji z samą sobą i do przekraczania moich ograniczeń. Nagranie i intensywne wykonywanie wszystkich jego 24 kaprysów było jednym z najtrudniejszych, ale i najbardziej satysfakcjonujących wyczynów w moim życiu. Ostatnio wykonywałam, koncertując po świecie, praktycznie nieznany koncert Wolf-Ferrari’ego, a także nagrałam go na żywo dla Deutsche Grammophon, z City of Birmingham Symphony Orchestra. Zagranie – i nagranie – brytyjskiej premiery koncertu w sali symfonicznej miasta Birmingham było niezwykle ekscytujące, takie też było wykonanie utworu w weneckim Teatrze La Fenice. Wolf-Ferrari był dumny ze swojego weneckiego pochodzenia, było więc zaszczytem powrócić do jego ukochanego miasta z utworem po 73 latach od jego napisania.

Może więc to są właśnie te dwa nagrania, które mają dla mnie najbardziej doniosłe znaczenie i wiążą się z takimi też wspomnieniami.

Wydaje się, że ma Pani naturę odkrywcy i że lubi Pani poszukiwać repertuaru, który jest mało znany, a nawet nieznany, kompozytorów, którzy są zapomniani? Czy może nam Pani powiedzieć o tym coś więcej, dlaczego czuje Pani, że to jest ważne i wartościowe?

Uważam, że na dzisiejszym rynku muzycznym decydującym dla solisty jest, by zachować właściwą równowagę pomiędzy kompleksowością repertuaru, który musi obejmować większość głównych koncertów, a wartościowymi – powiedzmy – znaleziskami, utworami mniej oczywistymi, które jednak odzwierciedlają tego solisty smak, zaplecze i najlepsze muzyczne kwalifikacje. Staram się myśleć o tym, kiedy układam moje listy życzeń pod kątem repertuaru, a jeszcze bardziej konkretnie – dla których orkiestr może to być programowo interesujące. Sprawia mi ogromną radość, kiedy wychodzę z propozycjami oryginalnych zestawień utworów dla recitali, wszędzie tam, gdzie dane mi jest więcej swobody wyboru pod kątem programów. Upewniam się, by wszystkie „wielkie” koncerty były zawsze „pod parą” z sezonu na sezon (trzeba być w stanie „wskoczyć” w Brahmsa, albo Czajkowskiego z dnia na dzień, jeśli pojawi się taka konieczność!), ale staram się także co roku przygotować i zadebiutować z paroma nowymi koncertami. Są to właśnie utwory, które wyszukuję i oceniam jako interesujące, z różnych przyczyn.

Czy może Pani powiedzieć nam parę słów więcej o tamtych kompozytorach, takich jak Wolf-Ferrari i Mario Castelnuovo Tedesco? Dlaczego zainteresowała się Pani ich muzyką?

Zakochałam się w koncercie skrzypcowym Wolf-Ferrari’ego prawie przez przypadek, po tym, jak w 2013 roku skontaktowała się ze mną jedna z rosyjskich orkiestr, zainteresowana dogłębnym poznaniem XX-wiecznego, włoskiego repertuaru symfonicznego. Zasugerowali, żebym wykonała jakiś mniej znany utwór, a jeden z przyjaciół podpowiedział, bym rozważyła Wolf-Ferrari’ego. W ciągu następnych kilku tygodni poświęciłam się poznawaniu mniej znanych, ale wspaniałych, włoskich kompozytorów, często ignorowanych z zupełnie niewłaściwych powodów, włączając w to politykę, współczesny smak muzyczny, czy wręcz pech. Proces był fascynujący, znalazłam się w sytuacji odkrywcy muzyki kompozytorów, o których uczyłam się tylko na lekcjach historii muzyki, ale wiele o nich nie wiedziałam, a mniej jeszcze znałam. Byłoby mi bardzo trudno samej ocenić tę pracę, bez pomocy Casa Musicale Sonzogno, wydawcy utworów Wolf-Ferrari’ego w okresie ostatnich lat jego życia, którzy po części od razu zaopatrzyli mnie w nuty i byli dla mnie niesamowitym wsparciem w trakcie tej mojej muzycznej podróży w czasie.

A jak było z Mario Castelnuovo-Tedesco?

Z Mario Castelnuovo-Tedesco było podobnie. Wykonując jego żartobliwą kompozycję „Figaro”, nawiązującą do „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego i dedykowaną Jaschy Heifetzowi, po raz pierwszy poczułam się odkrywcą tego kompozytora.

Po usłyszeniu w radio, jak wykonuję tę wspaniałą parafrazę operową, skontaktowała się ze mną Diana, wnuczka Castelnuovo-Tedesco. To ona pomogła mi potem uzyskać z Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie niektóre z jego jeszcze niepublikowanych i jeszcze nigdy niewykonanych utworów. Jestem Włoszko-Amerykanką o żydowskich korzeniach, czuję się więc także silnie związana i wyjątkowo poruszona tłem historycznym losów tego wspaniałego kompozytora. Castelnuovo-Tedesco uciekł do USA w 1939 roku, w następstwie wprowadzenia ustaw rasowych we Włoszech i musiał rozpocząć tam życie od nowa, szybko stając się odnoszącym sukcesy twórcą muzyki filmowej i nauczycielem niektórych z najbardziej dziś znanych kompozytorów, w tym Johna Williamsa.

Zmieńmy temat. Czy lubi Pani grać przed publicznością? Nie wyobrażam sobie, żeby nie. W jakiej sali koncertowej na świecie najbardziej chciałaby Pani wystąpić? Takie marzenie młodej, ale już sławnej skrzypaczki.

Kocham w muzyce klasycznej to, że łączy tak różnych ludzi. Spotykanie różnych audytoriów, różnej publiczności, gra dla nich, jest bardzo wzbogacające, a energia, którą się czuje na scenie, zmienia się z koncertu na koncert i pomaga kształtować wykonanie! Uwielbiam być na scenie i nigdy nie odbierałam tego jako negatywnego doświadczenia, nawet na koncertach, na których byłam zdenerwowana. Wśród moich doświadczeń, koncert w Wielkiej Sali Konserwatorium Moskiewskiego im. Czajkowskiego pozostaje do dziś jako niezapomniany. Jeśli wziąć pod uwagę wspaniałą, wręcz onieśmielającą historię występów (wystarczy pomyśleć tylko o tych, którzy wchodzili na tę scenę!), jeśli zastanowić się nad magiczną akustyką, wyróżniającą najsławniejsze sale filharmoniczne, to otrzymujemy wręcz przytłaczającą sumę doświadczeń koncertowych. Muszę przyznać, że marzeniem, które jeszcze się nie spełniło, jest dla mnie występ w Teatro alla Scala w Mediolanie, w mieście, gdzie studiowałam i dorastałam.

Może powinienem był zacząć od tego pytania, a nie zostawiać go na koniec: była Pani cudownym dzieckiem?

Byłam bardzo zdeterminowana już w bardzo wczesnym wieku, a mama zwykła mi mówić, że jeśli rzeczywiście chcę być skrzypaczką, muszę być odpowiedzialna i ćwiczyć. Zdarzało mi się płakać z tego powodu, ale potem się zgadzałam. Zaczęłam grać w wieku 4 lat, dzięki mojemu tacie, który właściwie jest pisarzem i profesorem akademickim, a gra na skrzypcach tylko dla przyjemności. Robiłam zdecydowanie szybkie postępy i po raz pierwszy zagrałam jako solistka z orkiestrą w wieku 7 lat. Myślę więc, że mogłam być uważana za cudowne dziecko, ale wtedy wszystko przychodziło tak bardzo naturalnie! Uważam, że dopiero z wiekiem zaczynamy uświadamiać sobie, jak wielką odpowiedzialnością jest być na scenie. Podjąć wyzwanie, ale jednocześnie utrzymać to świeże podejście jest czymś zdecydowanie wartym dążenia i tak bardzo trudnym do osiągnięcia.

Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i rozmowę.

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów