Gdy krew się leje, orkiestra szaleje.

Piękna muzyka zwykle współtworzy wspaniałe, zapadające w pamięć sceny - przebudzenie załogi statku kosmicznego Nostromo, przylot protagonistów do Parku Jurajskiego, finałowe wejście Patricka Swayze w niebiańskie zaświaty na oczach wzruszonej Demi Moore czy… naturalistyczne odrodzenie szkieletu, mięśni, wnętrzności i płynów ustrojowych Franka Cottona w bardzo ważnym dla gatunku horrorze „Hellraiser” (1987).

- pisze Łukasz Jakubowski -

przeczytaj lub wróć do rubryki Batutą po ekranie.

Muzykę zamówiono u mało wówczas znanego, do czasu premiery rzeczonego filmu, Christophera Younga. „Hellraiser” odniósł sukces, temat główny rychło zaczął gwizdać świat, a kompozytora zaszufladkowano jako mistrza mrocznych partytur. Faktem jest, że ilustracje muzyczne Younga do „Gatunku”, „Psychopaty” i kolejnego „Hellraisera” nie mają sobie równych. Ale faktem jest również, że podobną siłę oddziaływania mają jego „Kroniki portowe” czy mniej znany „Darwin. Miłość i ewolucja”. No, ale łatkę przyczepiono nie bez powodu, o czym można się przekonać na własne uszy podczas seansu z „Wrotami piekieł” (2009). Finałowa suita pod napisy końcowe ma jakże wymowny tytuł: „Concerto to Hell”. Jeżeli tak koncertują tam, dokąd ostatecznie nikt chyba nie chce trafić, to ja właśnie tam rezerwuję sobie miejsce. W pierwszym rzędzie.

http://www.youtube.com/watch?v=JZ1OgMjzMoo

Casus Younga to niestety wyjątek w tym wspaniałym przecież i jakże wymagającym dla twórców gatunku filmowym. Zwykle gonitwom, śmiertelnym ciosom w piwnicach i masakrom na odludziu towarzyszy lejąca się z kinowych głośników muzyczna jatka. Nie będę lamentować, że za moich czasów do horrorów pisało się arcygenialnie: „Dracula” i „Dziewiąte wrota” Wojciecha Kilara, „Wywiad z wampirem” Eliota Goldenthala, „Dziecko Rosemary” Komedy, „Omen” Goldsmitha” czy „Poltergeist” tegoż. Po pierwsze moje czasy wciąż trwają, a po drugie to nie kwestia czasów, ale częstotliwości, z jaką Hollywood produkuje wielkie filmy. Wymienione tytuły powstały przecież w okresie ponad 30 lat.

Przyznam jednak, iż od około dekady odnoszę coraz silniejsze wrażenie, że w horrorach to nie postaci z krwi i kości, ale manekiny biegają po ekranie, wierzgając kończynami. I krzycząc rzecz jasna. A my na to ziewamy i czekamy, aż wreszcie padną, zamaszyście rozrzuciwszy wnętrzności. Brak wiarygodnych relacji między bohaterami czy subtelniejszych emocji na twarzach aktorów skutkuje brakiem potrzeby pisania poruszającej muzyki. Kompozytor po tygodniu oddaje producentowi gotową partyturę, ten wynajmuje studio, przychodzi dyrygent, unosi batutę:

Talerz, puzon, kocioł – powtórz.

Talerz, puzon, kocioł.

Przerwa.

Zaniechanie budowania postaci, ciekawej historii, a przede wszystkim klimatu, który to dużo skuteczniej potrafi przerazić od niespodziewanego błysku siekiery, tnie kompozytorom skrzydła. Tępym nożem. A przecież może być tak pięknie. Wyreżyserowany przez Gore’a Verbinskiego ze wspaniałym wyczuciem horror „The Ring” wymagał równie wyjątkowej muzycznej oprawy. I taką otrzymał od… Hansa Zimmera – speca od piratów, helikopterów i Batmana. Cesarz kina akcji niespodziewanie zaserwował nam gęsty, soczysty, podskórnie niepokojący temat w różnych aranżacjach. Temat, który co wyjątkowe we współczesnej kinematografii, można zanucić. Na przykład podczas wieczornej wizyty na cmentarzu. Dobranoc.

http://www.youtube.com/watch?v=ARANSQ15Vrk

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów