Gotham może być wszędzie

Joaquin Phoenix w roli Jokera jest co najmniej poruszający. Jego śmiech, który jest wyrazem zarówno szaleństwa, jak i rozpaczy, niejednego by przeraził, ale reżyser Todd Phillips tak prowadzi opowieść, że naprawdę chcemy ratunku dla zbrodniarza.

I to uczucie może być bardzo niebezpieczne. Albo zarazem uzdrawiające. „Joker” w co wrażliwszym widzu może wzbudzić wielkie współczucie, a nawet poczucie misji wobec tzw. marginesu społecznego. Po seansie ma się chęć zweryfikować istniejące systemy i stworzyć nowe – resocjalizujące, chroniące, leczące, zabezpieczające. Nie pałamy do Jokera gniewem, współczujemy mu, próbujemy go zrozumieć. Płaczemy nad jego losem, niefartem i chorobą. Instynktownie zaczynamy szukać usprawiedliwienia dla jego morderstw. Tylko co się stanie, gdy zaczniemy wybaczać zbrodniarzom takim jak on? Oczywiście to pytanie zawiera w sobie pewną prowokację. Mówi się o tym, że przebaczenie przede wszystkim wyzwala obwiniających od negatywnych, obciążających emocji, które szybko mogą się przerodzić w objawy psychosomatyczne. Mówi się też, że człowiek obciążony z kolei poczuciem winy może mieć trudności ze znalezieniem w sobie dobra, z wiarą w to, że potrafi je wyrazić. Choć wybitny myśliciel Sri Sri Ravi Shankar ujął ten problem jeszcze inaczej: „Prosisz o wybaczenie, bo czujesz ukłucie bólu i chcesz się od niego uwolnić, prawda? A niech sobie ten kolec pozostanie tam, gdzie jest, ukłucie nie pozwoli na ponowne popełnienie błędu. Przebaczenie usuwa kolec i znowu, raz po raz powtarzasz ten sam błąd”. Jednak tego rodzaju rozważania mają rację bytu jedynie w sytuacji, w której „oskarżony” pragnie przebaczenia lub chociaż rozumie, co uczynił. Tymczasem w wypadku jednostek patologicznych nie ma winy, nie ma błędu. Nie ma skruchy, żalu lub wspomnianego pragnienia czyjegoś przebaczenia. Taki jest właśnie Arthur Fleck, używający pseudonimu „Joker”. W jednej ze scen w filmie przyznaje się, że zabicie trzech ludzi go nie ruszyło, choć sądził, że będzie inaczej. Że w gruncie rzeczy zasłużyli na śmierć – cóż, bez wątpienia za znęcanie się nad Fleckiem powinni zostać przez odpowiedni wymiar sprawiedliwości ukarani, ale prawdziwym dramatem jest to, że Arthur, który dotąd powstrzymywał się od przemocy, nie widzi różnicy pomiędzy wymierzeniem sprawiedliwości na własną rękę i brutalnym morderstwem, a oddaniem sprawców w ręce państwa z możliwością odkupienia przez nich ich win i szansą na ewentualną poprawę. A my patrzymy na to wszystko i nie czujemy lęku albo odrazy! „Na ekranie jest pokazany głęboko nieszczęśliwy człowiek – myślimy – chory psychicznie, pozbawiony leków, boleśnie dotknięty przez los, poniżany”. To odczucie otwiera nasze serca na inny punkt widzenia. W pewnym sensie obserwacja stopniowej przemiany Arthura Flecka w potwora, Jokera, uwrażliwia nas czy wręcz uszlachetnia, pogłębia rozumienie dysonansów społecznych i złożoności problemów współczesnego człowieka. Tak naprawdę takie miasto Gotham mogłoby być wszędzie.

Problem w tym, że po godzinie seansu możemy złapać się na myśli, że chcemy, aby Arthur-Joker uniknął kary. Kibicujemy mu jak każdemu głównemu bohaterowi. To podobny przypadek do Anakina Skywalkera z „Gwiezdnych wojen”. Czujemy rozpacz, że ktoś, dla kogo chcieliśmy jak najlepiej, upada tak nisko. Tyle że tym razem stoi przed nami postać na wskroś realistyczna. Tu nie ma Jasnej i Ciemnej Strony Mocy, jest za to pomieszany umysł „zwykłego” człowieka. „Joker” to w żadnym wypadku nie jest film w swojej konwencji komiksowy. Reżyser pozwala nam zrozumieć psychikę Arthura Flecka, który jako Joker urasta do rangi bohatera społecznych nizin. Widzimy wprawdzie, co go doprowadziło na skraj – w naszym rozumieniu – nieszczęścia, ale przeczuwamy również, że dla niego nie ma już ratunku, a mimo to przecież chcielibyśmy go uratować. Cóż, może to zasługa Phoenixa – w końcu w chwili realizacji filmu miał już na swoim koncie rolę zaburzonego despoty, cesarza z „Gladiatora” w reżyserii Ridleya Scotta, który w głębi serca po prostu desperacko poszukiwał akceptacji ojca i miłości. A może to Phillips aż nazbyt śmiało ukazał genezę zła i rzeczywistość, w której przestępcy stają się idolami mas uciśnionych. Niczego nie wybiela, każdą stronę obwinia i jednocześnie dla każdego znajduje usprawiedliwienie. W „Jokerze” wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za jednostki ubogie, poszkodowane, chore psychicznie lub fizycznie. A wszystko, co zaniedbamy, prędzej czy później obróci się przeciwko nam. W „Jokerze” niestety obserwujemy ten proces z rosnącą ekscytacją, niemal chcąc, aby Gotham zostało ukarane. Szczęście w nieszczęściu, że nie jesteśmy na cierpienie nawet najtrudniejszych jego obywateli obojętni, że Jokera do końca mamy za chorego psychicznie, a Jokermanię traktujemy jako chorobę miasta.

Maja Baczyńska

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów