Jakub Kopczyński: Jednej właściwej wersji nie ma [wywiad]

Mój rozmówca na zdjęciu stoi po prawej stronie.

Spotykam Jakuba Kopczyńskiego w kościółku Św. Barbary przy ul. Wspólnej w Warszawie. Za kilkanaście minut rozpocznie się nabożeństwo w obrządku ormiańskim, kaplica powoli się zapełnia. Mój rozmówca będzie służył do mszy. Zapytam go, czy w liturgii ormiańskiej też używa się terminu „ministrant”. Ale nie tylko dlatego będziemy rozmawiać o ormiańskiej muzyce religijnej. Jakub interesuje się tą muzyką i napisał pracę licencjacką o niej. Ponadto jest redaktorem naczelnym gazety „Awedis”, która jest czasopismem ormiańskim, wydawanym w Polsce i rozprowadzanym bezpłatnie przede wszystkim w środowisku polskich Ormian. Czy Polaków o ormiańskich korzeniach?

Władysław Rokiciński: No właśnie. Dla kogo redaguje Pan „Awedis”?
Jakub Kopczyński:
Dla wszystkich, których interesuje tematyka ormiańska, a w większej części są to rzeczywiście Ormianie lub osoby z ormiańskimi korzeniami. Nie brakuje też sympatyków tego środowiska wśród Polaków, a także naszych przyjaciół za granicą, dokąd również dociera „Awedis” w formie papierowej lub elektronicznej.

Przejdźmy do muzyki: gdyby ktoś chciał posłuchać ormiańskiej muzyki sakralnej w praktyce liturgicznej, to gdzie może to zrobić?
W Polsce jest to trudne do osiągnięcia, aczkolwiek na naszych mszach śpiewamy wspólnie z parafianami niektóre pieśni z mszy św. Niekiedy, na wyjątkowe uroczystości, organizujemy też profesjonalny zespół, który wykonuje części mszy św. wielogłosowo. Ale gdyby ktoś chciał wysłuchać mszy z pełną obsadą chóralną, to najbliżej chyba jest do Lwowa. Tam w Katedrze Ormiańskiej działa chór wykonujący całą liturgię na głosy. Obecnie Katedra znajduje się w posiadaniu Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, jednak liturgia w porównaniu do naszej, ormiańsko-katolickiej, różni się tylko w szczegółach, zarówno w sferze tekstowej, jak i muzycznej.

Szaty liturgiczne, które miałem okazję zobaczyć w czasie nabożeństwa – a miał je na sobie i kapłan, i… Właśnie: ministranci? Pan i Pana kolega. Miałem o to zapytać.
Myślę, że można tak nazwać naszą funkcję (ministrant po ormiańsku to spasawor), chociaż w trakcie mszy czytam lub śpiewam głównie kwestie przeznaczone dla diakona. Ogólnie teksty mszy św. są podzielone na trzy grupy: te należące do księdza (kahana), do diakona (sarkawag) i wreszcie do chóru (dypirk). Od wiernych nie jest wymagane aktywne uczestnictwo, jednak u nas tzw. „lud” najczęściej czyta lub śpiewa wszystkie odpowiedzi przeznaczone dla chóru.

Te szaty są kolorystycznie pełne słońca. Są czerwono-złote. Pomyślałem sobie, że to dlatego, iż Armenia jest krajem górzystym i tym samym leży bliżej Słońca. Jak głęboko w przeszłość i tradycję historycznej Armenii sięga ormiańska tradycja kościelna i ormiańska muzyka sakralna?
Tak naprawdę kolor szat może być bardzo różny i nie jest związany z okresem w roku liturgicznym, inaczej niż w Kościele rzymsko-katolickim. Szaty mogą być złote, czerwone, niebieskie, białe itd. Natomiast co do historii ormiańskiej muzyki sakralnej, to niewątpliwie sięga ona korzeniami starożytności (IV-V w.), chociaż niestety do naszych czasów nie zachowały się żadne źródła muzyczne z tamtego okresu. Pierwsze listy autorów poszczególnych pieśni kościelnych pochodzą dopiero z XIII wieku. Co do tekstów liturgicznych, to oczywiście podstawą jest Pismo Św., a zwłaszcza Psalmy. W tradycji ormiańskiej powstał również pokaźny zbiór pieśni z tekstami pozabiblijnymi, czyli hymnów, po ormiańsku szarakan. Szarakany są pogrupowane (w uproszczeniu) w osiem głosów, co jest nieco zbliżone do tradycji greckiej, jednak głosy ormiańskie mają inne brzmienie. Oprócz tego istnieje wiele innych gatunków ormiańskiej muzyki religijnej. Trudno je tu wszystkie wymieniać, podobnie jak trudno przedstawić wszystkich wybitnych twórców poezji i muzyki religijnej spośród Ormian. Wspomnę może tylko o jednym z najważniejszych – katolikosie Nersesie Sznorali, który żył w XII wieku.

Dziękuję, że umożliwił mi Pan przeczytanie wywiadu, który rok temu przeprowadził Pan dla „Awedis” z wybitnym muzykiem i muzykologiem ormiańskim z Paryża, Aramem Kerovpyanem. Jego tytuł – i chyba główne przesłanie – to „Największą stratą była różnorodność”. Rozmowa dotyczyła ormiańskiej muzyki sakralnej w kontekście niebywałej tragedii, jaka spotkała naród ormiański w roku 1915 w Turcji. Ale jednocześnie ten tytuł i ten przekaz były jak miód dla mojej duszy, choć tak bardzo gorzki w swym kontekście, bo… Bo uwielbiam różnorodność. Jak jest z nią w muzyce sakralnej Ormian dziś w Polsce? A może nie tylko w Polsce?
W tej chwili niestety dominującym poglądem na ormiańską muzykę religijną, zwłaszcza w Armenii, jest punkt widzenia, zgodnie z którym istnieje jedna słuszna wersja tej muzyki i należy się do niej dostosować. Reszta jest uznawana za muzykę ormiańską „skażoną wpływami obcymi”. Z tego m.in. powodu nie zezwolono na sprzedaż płyt Arama Kerovpyana w Eczmiadzynie – stolicy Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego. Według Arama Kerovpyana, który uczył się u mistrza śpiewu pamiętającego czasy sprzed 1915 r., takie podejście świadczy o poważnym oderwaniu tradycji muzycznej dzisiejszej Armenii od tego, co istniało przed Ludobójstwem. Trzeba pamiętać, że w Ludobójstwie przepadły tradycje ustne ogromnej liczby ośrodków, zwłaszcza klasztorów, a to, co zostało na piśmie, nie zawsze pozwala odtworzyć dawny sposób śpiewu. Do tego żyje coraz mniej ludzi, którzy mogliby przekazać tradycję ustną ze zniszczonych ośrodków. W tej chwili, w przypadku mszy św. ormiańskiej najczęściej wykonywaną wersją jest wielogłosowe opracowanie na chór mieszany z towarzyszeniem organów, zatwierdzone do użytku dopiero w 1895 r. Wcześniej wielogłos w Kościele ormiańskim występował tylko okazjonalnie, ponieważ jednogłosowa muzyka modalna nie poddaje się polifonii tak łatwo, jak muzyka pisana we współczesnych skalach europejskich.

Aram Kerovpyan jest wielkim autorytetem, ale proszę o nim na chwilę zapomnieć. Zapytam, co myśli Jakub Kopczyński o różnorodności w muzyce sakralnej. Jest? Nie ma? Powinna być? A może lepiej, żeby nie?
Moim zdaniem kluczowe znaczenie ma edukacja muzyczna, która może przed nami otworzyć szersze horyzonty i pozwolić na przynajmniej tolerowanie innych tradycji muzycznych. W każdym razie proponuję nie wierzyć, gdy ktoś mówi, że jakaś melodia, powstała tysiąc lat temu, ma tylko jedną właściwą wersję.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Oceń zawartość: 

Brak głosów