Jan Kulma: Żyjemy na pograniczu dwóch światów

fot. arch WOK

WOLNOŚĆ

Jan Kulma: Mąż jest? Dziecko jest?

Kinga A. Wojciechowska: Jest.

Przepadło.

Ale co przepadło?

Jak dziecko jest, to przepadło.

Ale dlaczego? Nie przepadło...

Dobrze, że pani tak tego nie czuje, ale przepadło. My byśmy tak nie mogli. Dziecko staje się szkołą. Zapewnienie mu zdrowia, zapewnienie mu wszystkiego. W puszczy tego się nie da zrobić. Ja to dobrze wiem.

Jednak próbuję z tym dzieckiem...

A gdzie pani mieszka?

Na Ursynowie.

To jak pani próbuje, to jest przecież miasto. Mieszka pani pod opieką miasta. Wszystko ma pani zapewnione: gaz, łazienkę, wszystko. Pani nie rozumie, że na wsi nie ma nic. Woda bez przerwy się psuje i trzeba nosić 400 metrów. Gaz się wali przy pierwszej burzy, a nasza wieś zawsze na końcu.

To jak to możliwe, że ja się czuję wolna, z tym dzieckiem, z tym miastem i Pan się czuł wolny gdzieś na wsi, czasem bez wody i prądu?

Myśmy byli naprawdę wolni. Bo pani ma etat...

Nie... To jest moja działalność. Żadnego etatu, wynagrodzenia regularnego też nie...

Jeżeli czuje się pani wolna, to dobrze...

To ciekawe. Żyjemy w zupełnie innych realiach i oboje mamy w sobie poczucie wolności. Z czego to wynika?

Na świecie jest siedem miliardów ludzi. I każdy jest oddzielny. Jak pani to przeliczy, to zobaczy, że ja jestem wolny na jedną cząstkę siedmiu miliardów, a pani jest wolna na inną cząstkę siedmiu miliardów i w porządku. Uzgodniliśmy, wyliczyliśmy.

Matematyka jest jedną z Pana ulubionych dziedzin.

Tak, ja jestem chory na tym punkcie. Matematyka mi otworzyła oczy na świat.

Dlaczego?

Dokładnie zrobił to profesor Warzewski. Był matematykiem.

Matematyka to tylko liczby. Gdzie tu jakiś klucz?

To jest proste. Proszę mi pokazać swoją połowę. (pan Jan pokazuje grzbiet Presto, chodzi o skończony odcinek)

Tu. (pokazuję palcem mniej więcej pośrodku)

Mamy zbiór nieskończony od prawego brzegu do palca, i drugi zbiór nieskończony od lewego brzegu do palca. A palec do którego zbioru należy?

Do żadnego. A może do obu?

Nie może, bo zbiór jest jeden, nie ma podzielności punktu. Palec jest niepodzielny. Trzeba się zdecydować. Do czego należy?

Do zbioru po prawej stronie.

To z lewej strony musi się skończyć przed palcem. I pomiędzy tym, gdzie on się kończy a palcem robi się luka Dedekinda. Wpada się w nią jak Alicja i się leci. Otóż ja w taką lukę Dedekinda wpadłem w 1946 r. i całe życie lecę.

 

ŚPIEW JOANNY

Muzykalną miał Pan żonę?

Jan Kulma: Joanna była ułożona przez mamusię: „Córuś moja, ty fałszujesz”. Mówiła jej, że nie ma głosu. A dlaczego? Bo nie lubiła tatusia. A tatuś fałszował. W związku z tym mamusia odbijała sobie jak nie na tatusiu, to na córeczce. I ona weszła w życie z myślą, że fałszuje. Ja ją poznaję, ona śpiewa u Schillera w jego spektaklu „Kram z piosenkami”. Idę na to przedstawienie i mówię: zaraz, zaraz, kto tu fałszuje?

Nie fałszowała?

Ustawienie głosu na mowę to jest zupełnie coś innego niż ustawienie na śpiew. Taki Piotr Fronczewski śpiewa. A to jest totalny fałsz. Bo on jest aktorem. Z kolei Bogna Sokorska, jak umierała w „Traviacie”, ładnie to robiła, ale potem musiała powiedzieć dwa słowa: „e morta” – i to było straszne. Bo po śpiewie musiała powiedzieć.

W ogóle szkoda, że dziś śpiewa się biernie. Ludzie tylko chodzą i patrzą, jak inni śpiewają. To smutne.

Myśmy śpiewali. Jak przyjeżdżał do nas Turski, ten kompozytor, to mówił: Wy jesteście ostatnim domem, w którym się śpiewa. Ja śpiewałem drugim głosem, ona śpiewała pierwszym, Turski przyjeżdżał i też z nami śpiewał. A potem, to już był przypadek, kierownik muzyczny radia szczecińskiego, pan Pieńkow, dostał mieszkanie w Warszawie, a to mieszkanie było zdecydowanie za małe na jego koncertowego bechsteina. Nie można było nijak wstawić, ścianę by trzeba wybić... Ale przywiózł go i razem z nim całego Schuberta i Chopina, którego ja grałem, i Mozarta, którego nagle zacząłem sobie przypominać. I wtedy myśmy z Joanną zaczęli śpiewać już naprawdę. Piętnaście kolejnych pieśni Schuberta umieliśmy po niemiecku bez pudła. A to nie był sielski akompaniament, ja musiałem wkuwać nuty, ona tekst. I potem przyszło oczywiście „Ave Maria”, bo ja byłem organistą. Zarabialiśmy na tym. Miała do wyboru Gounoda albo Schuberta. Czasem pytałem: „Co chcesz dziś zaśpiewać?”, „A, to weźmiemy Schuberta”.

Ambitna była ta Pańska Joanna.

A jak. „Ave Maria” Schuberta jest strasznie trudne, tylko nikt tego nie respektuje. Przyjechała kiedyś do nas sopranistka koloraturowa, solistka z Bolszoj. Przyjechała z akompaniatorką. I ja mówię: „Jak trudno w Schubercie te ćwiartki zaśpiewać...”. A ona: „Jakie ćwiartki?” Wszyscy śpiewają na trzy, a naprawdę tam ćwiartki są. Zaśpiewała – cudo. Ale trójkami. I ja się pytam: „Ale dlaczego trójki?” a pani profesor, która jej akompaniowała, mówi: „Bo taka jest tradycja, że tak się śpiewa”.

Joanna te ćwiartki śpiewała?

Śpiewała. A jak jej ustawiłem głos, to okazało się, że nie tylko ma czystą emisję, ale i niesamowitą pamięć muzyczną. Jak stał przede mną mój chór, 80 osób, to ja dokładnie wiedziałem, kto fałszuje. Wszystko słyszałem. Ale nie mam jednej umiejętności. Gdyby mnie postawić w chórze i kazać śpiewać, to tego nie zrobię. Bo mnie zagłuszą, bo nie mam całości. A Joanna to potrafiła, znała na pamięć wszystkie głosy. Nagle podczas próby, jak trzeba było czwarty głos dośpiewać, to ona biegła i śpiewała.

Zdolna jak diabli.

To opowiem pani anegdotkę z Szymborską. Wisława przyniosła kiedyś dobry koniak. Siedzimy, rozmawiamy o tym, co Joanna tłumaczy, że ostatnio z hiszpańskiego „Lalki mistrza Piotra”. Szymborska ją pyta: „To z ilu ty języków tłumaczysz?”. Joanna odpowiada, że z siedmiu. „Bo wiesz, ja z jednym językiem mam problem” – mówi Szymborska. A Joanna jej na to: „Tak, ale dostałaś Nobla, więc masz spokój.” I nadal siedzimy. Nagle Joanna zaczyna śpiewać, a Szymborska na to: „No nie, ty nawet śpiewać potrafisz!”. Wesołe mieliśmy życie.

Życie to mieli Państwo chyba nie tylko wesołe, ale bardzo mądre.

Ma pani rację, myśmy w bardzo mądry sposób je urządzili. Kłóciliśmy się strasznie. To nie było tak, że mój ideał był jej ideałem. Ale w wyniku tych kłótni uzgodniliśmy coś, co było cudownym rozwiązaniem.

Mówił Pan, że to nie była miłość, tylko przystosowanie. Że Państwo się siebie nauczyli.

Joanna i ja mieliśmy tak różne psychiki, że to przechodzi ludzkie wyobrażenie. Ona widziała świat, kwiaty, niebo ludzi. A ja – widziałem abstrakcję. Ona rozumiała słowa, które mówiłem, ale nie rozumiała mnie. Bo to jest matematyka. Abstrakcja matematyczna to jest przymus oderwania się. Trzeba mieć do tego skłonności. Notabene to nie jest bezpieczne. Wielu największych matematyków zwariowało.

Skoro byli Państwo tak różni, to jak się Państwu udało wytrzymać ze sobą tyle lat?

Nas łączyło jedno: myśmy razem chodzili po świecie. Obeszliśmy całe Beskidy. Zdobyliśmy górską odznakę brązową, srebrną, złotą.

Wyjazd do Strumian, pod Szczecin, to efekt tego wspólnego chodzenia?

To było moje marzenie: las, samotnia. Ale Joanna nie była za wyjazdem. Ona była kawiarniana. Chodziła codziennie do Marca, do Szpilki, na Wiejską 14 – Czytelnik, na Foksal 8, no i do Związku Literatów Polskich – na pierogi ruskie. Ona to lubiła.

Ale siłą jej Pan do Strumian nie wywiózł.

Pojechała i tam się odnalazła. Pokochała to. Koziołki, które czekały w czerwcu. Jelenie, które wyły jesienią. Wytyczyła sobie szlaki. Znalazła swój świat.

 

SENS ŻYCIA

W 1942 r. zadręczał się Pan pytaniem o sens życia. Pan go w końcu znalazł?

Napisałem pracę filozoficzną, którą wydał Uniwersytet Szczeciński. Bardzo jest mądra, nikt jej nie rozumie.

To proszę powiedzieć czytelnikom, gdzie szukać sensu życia?

Jedynym sensem życia, który zresztą jest tak nieosiągalny jak nieosiągalna jest modlitwa „Ojcze nasz” i nigdy pani tej modlitwy nie zrealizuje, jest całkowite odcięcie się od zgniłej cywilizacji, w której żyjemy.

To naprawdę jest nie do osiągnięcia?

A „Ojcze nasz” jest do osiągnięcia?

Musiałabym ją sobie teraz dokładnie przypomnieć.

To ja pomogę: „I odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy” – nie do osiągnięcia. A „przyjdź królestwo Twoje”? To jest to powtórne przyjście, czyli zniszczenie świata. Przecież tego nie chcemy. I wreszcie: „nie wódź nas na pokuszenie” Czy pani to rozumie? Kto kusi? Bóg??

No nie Bóg...

A przecież do niego się modlimy.

Faktycznie. Powinno być – chroń nas od pokuszenia.

A tego nie można zmienić. To jest modlitwa, którą możemy mówić, ale nigdy jej nie osiągniemy. Ale możemy mieć marzenia. Ja na przykład na starość mieszkam w pokoju, w którym umarła żona. I ja tu umrę, czekam już w kolejce. Jestem bliski ideału. Wszystko, co zostało mi podarowane, odrzuciłem. Jestem już wolny od tego wszystkiego.

To pocieszające, że jest taki moment w życiu, kiedy człowiek rzeczywiście czuje się wolny.

Był jeden taki moment w życiu, który przeżyliśmy oboje z Joanną głęboko. Mianowicie w 1968 r. byliśmy wyrzucani ze Strumian.

Skutecznie?

Pani posłucha. Lechicka się dowiedziała i powiedziała swojemu mężowi Kuśniewiczowi, a pan Kuśniewicz powiedział Putramentowi, a Putrament zatelefonował do KC do Kraśki, a Kraśko zatelefonował do Szczecina, a sekretarz wojewódzki w Szczecinie powiedział: „Kulmów? Nie wyrzucamy...” Ale myśmy to serio wzięli. Był taki słynny profesor Aleksandrowicz w Szczecinie, lekarz. Dowiedział się o naszej trudności i załatwił nam wieżę w klasztorze z XIII w. pod Skarżyskiem w Wąchocku. Myśmy wzięli dwie duże walizki i powiedzieliśmy sobie: co nam jest do życia potrzebne? Nic. I na tych dwóch walizkach usiedliśmy na korytarzu. Wolni byliśmy. No, ale w końcu nic nie wyszło z przeprowadzki, bo Warszawa wszystko pozałatwiała.

 

OPERA KONTRA TELEWIZJA

Panie Janie, po co robi się opery dla małej publiczności? Nie lepiej wielkie, narodowe?

Zaprosili mnie kiedyś do Anglii, więc powiedziałem, żeby mnie zawieźli na operę. W Kent to chyba było. Każdy lord czy magnat, który ma pałac, a jest ich tam do licha – ma ambicję, żeby mieć teatr. Na dworze, pod namiotami, w sali. I tam najczęściej szła opera. Mówili się, że to nie jest miejsce dla teatru. Teatr wymaga swojej sceny, reflektorów, zaplecza. A opera jest wolna. Można wyjść i zaśpiewać. I ładne widowiska robili. I wszyscy z okolicy się zjeżdżali. Była mała estradka, wszyscy mieli kostiumy. To chyba było „Uprowadzenie z seraju”. Skromnie zrobione. Proszę pamiętać o jednym, że zespoły w dawnych czasach były kameralne. Jak pani patrzy na układ nut, to wszystko się w sekstecie mieści. Potem się to rozpisuje, rozbudowuje. Ale orkiestra kameralna jest stworzona do takich rzeczy. Takie widowiska są tanie.

A od czego zaczęła się Warszawska Opera Kameralna? Pamięta Pan?

Poszliśmy do Śliwińskiego (Zdzisława, dyrektora Filharmonii Narodowej w latach 1958–1969 – przyp. red.) we czwórkę – Stanisław Nowak, Stefan Sutkowski i Kulmowie – i przedstawiliśmy mu sprawę. Powiedzieliśmy, że bazą dzisiejszych przedstawień powinna być opera kameralna, dla małej publiczności. Tym bardziej że coraz bardziej idziemy w kierunku telewizji, która zagarnia nam wszystko. Śliwiński nam powiedział: „Dobra, daję wam scenę kameralną Filharmonii Narodowej. Zapewnię wam minimum finansowe, będę o was dbał, ale nie wymagajcie ode mnie, żebym się martwił o repertuar”. Przez 14 lat tworzyliśmy kolegium artystyczne, w którym kierownikiem organizacyjnym był Stefan Sutkowski, a muzycznym bogiem, odpowiedzialnym za układy muzyczne, aranżacje – Dobrzański, Joanna – literatura, ja – reżyser. Proszę mi wierzyć, to był ideał.

I od początku chcieliście grać Mozarta?

Nie. Myśmy mieli ideę odtworzenia muzyki polskiej. To się działo tak. Jechałem sobie za granicę i z np. muzeum manuskryptów w Berlinie ściągnąłem bardzo zabawną operę Poniatowskiego z 1930 r. „Libra”. Bardzo ładna. Albo pan od układów muzycznych przysyłał do Joanny projekt oparty na Zielińskim i innych starych kompozytorach. Brał fragmenty i proponował układ arii. Joanna wymyślała temat, pisała sztukę i do tych tekstów podkładała arie. Największy sukces odniosła Carmaniola. Była wystawiana w operetce w Gliwicach, w Teatrze Muzycznym w Gdańsku – u Matuszkowej. Po którejś premierze siedzimy: Waldorf, Matuszkowa, ja i Joanna, a Waldorf mówi: „Oj, Matuszkowa, gdybyś ty nie była kobietą, to ja bym cię przejebał”. To było urocze. Ten jego sposób mówienia wszystko tłumaczył. No ale wracając do tematu – ta sztuka żyła przez lata. Miała siedem prapremier i za każdym razem inny sens. Bo Joanna sobie wymyśliła, że rzecz się dzieje we Francji i są tam zwolennicy Leszczyńskiego – Las, oraz Sasów – Sas. Stąd jest: „Od Sasa do Lasa”. I wnuczce Lasa należy się korona Polski, więc ci od Sasa chcą ją zamordować. Była tam taka scena, gdy ona zasypia, a nad nią pojawia się jej wróg i mówi: „Śpij, śpij, zaśnij powieki, niebawem zaśniesz na wieki...”. Kurtyna. To była naprawdę zabawna sztuka do muzyki Moniuszki. On ma taką miłą, słodką muzykę. Ona nie przeczyszcza. Ona nie robi awantury. Uważam, że my go za mało lubimy.

W przyszłym roku będziemy go lubili, nie mamy wyjścia. Będzie Rok Moniuszkowski.

Pani słucha dalej. Hrabia chce ją wziąć za żonę. Sasi chcą ją ukatrupić, ale Leszczyńscy chcą ją sprowadzić na tron. Tam była genialna scena. Jechali wózkiem z lewa na prawo i ci, co pchali ten wózek, śpiewali: „Ciężka ta praca”. Przejechali, zaśpiewali. A po chwili ten sam wóz wraca i wszyscy ci sami stoją, tylko bez głów. I to oni chcą wrócić do Polski. W Szczecinie cała Solidarność śpiewała: „Duch w nas jeden, jedno ciało. Tylko tyle w nas zostało. Oby naród uszedł cało, by ocalał przed niewolą”.

Mocne...

No... Albo to: „Ach, przepiękna to perspektywa, na myśl o tym serce bije żwawiej, skoro będzie przeżywał nasz lud rzecz niesłychaną u nas prawie. Pierwsze ścinanie głów w Warszawie.

To można co dekadę rozumieć inaczej.

To zasługa Warszawskiej Opery Kameralnej, że takie teksty powstawały. A skoro mówimy o muzyce, to trzeba to powiedzieć. Prawda? Alicja (Węgorzewska-Whiskerd, obecna dyrektor WOK – przyp. red.) wpadła na pomysł, żeby tam we foyer zrobić takie muzeum Joanny. Z jej zdjęć. Tytuły to strasznie głupia rzecz. Ja z moich tytułów i orderów cenię tylko trzy, wojskowe, bo wtedy za te ordery się umierało, to coś znaczyło. Ale żeby to dzisiaj ładnie wyglądało, to Alicja musi ściągnąć wszystkie ordery Joanny, a ma tych odznaczeń Joanna mnóstwo. Sam spis robiłem. Ja jestem kujon.

 

DWUŚWIAT

A jak to było z tym Mozartem, który do Pana przyszedł?

Było to o dwunastej. Robiłem opis, jak Mozart umiera. Drzwi się otworzyły, włosy się zjeżyły, psy zaczęły warczeć, koty uciekły. Podchodzę do drzwi. Nic. Pogłaskałem psy, poszły spać. Koty wylazły spod łóżka. Idę do Joanny i mówię: „Wiesz co? Mozart był u mnie”. A ona na to spokojnie: „Do nas umarli lubią przychodzić”. Bo my żyjemy na pograniczu dwóch światów. Ja nawet w mojej filozofii ukułem słowo, że my żyjemy w dwuświecie. To wszystko, co wokół nas ma dwa światy, tylko my tej drugiej połówki nie widzimy.

Dlatego tak trudno nam w tę drugą połowę uwierzyć? To na tym tle?

Te wszystkie rzeczy niezwykłe, które się dzieją, bo przecież się dzieją, to jest właśnie dwuświat.

Ja się kiedyś nad tym zastanawiałam nad tym. To jest jednak trudno uwierzyć w ten drugi świat.

Ależ my nic o tym nie wiemy. Na tym to polega. My tylko wierzymy, że to jest. Ja mogę powiedzieć, że darzę to zaufaniem, bo nie mam innego wyjścia.

Można jeszcze odrzucić ten pomysł.

To co pani zostaje?

Tu i teraz.

Krótkie to.

Bardzo. Ale można się na tym bardziej skupić, a nie zawracać sobie głowę urojeniami o zaświatach.

Człowiek się zawsze skupia na tym, co tu i teraz. Ale dla mnie te światy są wymieszane. To, co niepoznawalne, też jest tu i teraz. W czasie wojny robiłem eksperymenty z talerzykiem.

No i?

Nie wytłumaczy się tego. Joanna nigdy mi nie wierzyła. „Bzdury gadasz”. „No to chodź, zobaczymy”. „Co mamy zobaczyć?”. Po południu to było. Pytam: „Duchu, czy jesteś? Talerzyk skacze jak głupi. Jak masz na imię? Pada litera A”. I Joanna zabiera ręce. Zbladła. Pomyślała, że Alfred przychodzi. Jej ojciec. Oczywiście nic to nie znaczy.

Joanna też nie wierzyła w ciąg dalszy?

Po jej śmierci zadzwonił do mnie ks. Michał Czajkowski, który mówi, że dostał książkę i tam jest wiersz Joanny, na którym odprawia własne rekolekcje:

Nieuniknione

Dalszego ciągu nie znaleźć nam nigdzie / Przyszło urodzić się, no i umrzeć przyjdzie / Nie ujść nam dojrzewaniu niezawinionemu. / Na cóż łudzić się próżno? / I ukrywać czemu? / Bo wzejdzie i upadnie / Osypią się źdźbła / Chcesz inaczej istnieć / To rozgorzej / By spłonąć do dna.

Czajkowski powiedział mi, że ten wiersz i ta puenta to jest sens życia każdego mądrego księdza i każdego człowieka. To wszystko jest na nic, a jeżeli naprawdę chce się być: „To rozgorzej, by spłonąć do dna...”.

[...]

Dokończenie wywiadu znajdziecie w Presto #22

* Jan Kulma - wybitny reżyser teatralny i telewizyjny, muzyk, filozof i pisarz; żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego; mąż poetki Joanny Kulmowej, współzałożyciel Warszawskiej Opery Kameralnej. Zmarł 30 sierpnia tego roku. W piątek 06.09.2019 o godz 14:00 na Cmentarzu Wolskim odbędzie się pogrzeb Artysty.

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów