Klasyczna opera w stolicy awangardy

Samson et Dalila, © Matthias Baus

Berlin to miasto alternatywnej kultury oraz wyklętych artystów. To miejsce transgresywne, w którym podobno wszystko jest możliwe. Być może jednymi z nielicznych klasycznych obiektów w tej stolicy awangardy są opery oraz sale koncertowe. Tutaj nieprzerwanie od XVIII w. króluje kultura wysoka.

Kilka lat temu Staatsoper unter den Linden została przebudowana i znów przypomina styl rokokowy, w którym pierwotnie była zaprojektowana. Szef artystyczny tej placówki Daniel Barenboim dba o to, aby program był różnorodny. Pojawia się tutaj klasyka, w tym barok, ale także dzieła współczesne. Ostatnio swoją premierę miała nowa inscenizacja „Samsona i Dalili” Camille’a Saint-Saënsa.

„Samson et Dalila” to bezsprzecznie jeden z najwybitniejszych przykładów francuskiego stylu określanego mianem grand opera. Są tutaj piękne, melodyjne arie, ale także muzyka baletowa. Orkiestracja Saint-Saënsa jest gęsta i bogata tak, że jego fragmenty baletowe śmiało można określić symfonicznymi. W porównaniu z wieloma innymi kompozytorami epoki, oprócz charakterystycznego francuskiego zmysłu rytmicznego, taneczności tworzy on intensywny dramatyzm przypominający często niemiecką muzykę romantyczną.

Daniel Barenboim w swojej interpretacji skupia się na ekspresyjnych elementach „Samsona i Dalili”. Pod jego batutą muzyka Saint-Saënsa przypomina raczej dramat muzyczny niż grand operę. Muzyka jest tutaj wyrazista, mocna, a chwilami nawet nieco mroczna. Orkiestra Staatsoper unter den Linden ma zwarte, trochę ziemiste brzmienie, które często kojarzy się z Wagnerem.

W tytułowych rolach wystąpili Brandon Jovanovich oraz Elīna Garanča. Towarzyszył im Michael Volle. Był to prawdziwy operowy dream team. Arie „Printemps qui commence” oraz „Mon cœur s’ouvre à ta voix” to zapewne jedne z najważniejszych utworów napisanych na mezzosopran/alt. Dziś chyba nie ma śpiewaczki, która mogłaby wykonać te kompozycje lepiej niż Elīna Garanča. Jej śpiew był pewny, mięsisty, a co najważniejsze pełen emocji. Momentami przyprawiał o gęsią skórkę. Brandon Jovanovich jako Samson był dynamiczny i ekspresyjny. Jego głos ma piękną barwę, a zarazem siłę. Volle natomiast śpiewał w stylu wagnerowskim, mocno i dramatycznie.

Barenboim stworzył prawdziwie ekscytujące przedstawienie, czego niestety nie da się powiedzieć o reżyserze. Argentyńczyk Damián Szifron, znany przede wszystkim ze swojego filmu „Wild Tales”, debiutuje w świecie opery. To niestety widać w każdej scenie. Jego wersja „Samsona i Dalili” to bardzo tradycyjna produkcja, która nie tylko nic nie wnosi do samej opery, ale momentami wręcz przeszkadza pasjonującej muzyce. Szifron stworzył sztampowe przedstawienie rodem z akademii szkolnej. Chwilami po prostu zamykałem oczy i cieszyłem się wspaniałą muzyką.


Tristan i Izolda, © Bettina Stoess

Następnego dnia wybrałem się do Deutsche Oper obejrzeć tutejszą klasykę – spektakl „Tristan i Izolda” przygotowany przez Grahama Vicka. Miał on swoją premierę w 2011 r. i regularnie powraca na deski teatru. Vick uwspółcześnił operę Wagnera i odczytał ją przez pryzmat psychoanalizy. To oryginalne, spójne i bardzo profesjonalnie zrobione przedstawienie, jednak interpretacja Vicka nie do końca mnie przekonała. Reżyser z potężnego dramatu o miłości zrobił historię symbolicznie wykastrowanego Tristana, który za sprawą narkotyków chce choć przez chwilę poczuć coś wyjątkowego. Vick w zasadzie ukazuje nam niemożność doświadczenia miłości. Jego bohaterowie są samotni i puści. Nie są w stanie nawiązać ze sobą kontaktu. To mroczna egzystencjalna wizja, która na swój sposób była poruszająca i oddawała atmosferę muzyki Wagnera, ale było to też przedstawienie duszne i ciężkie. Trochę brakowało mi tam zwykłej, choćby nawet sentymentalnej miłości.

Muzycznie temu przedstawieniu nie da się wiele zarzucić. Orchester der Deutschen Oper Berlin brzmiała przejmująco pod batutą Donalda Runniclesa. Dynamika i ekspresja dyrygenta były niezwykle bogate, chwilami bardzo wolno celebrował każdy dźwięk z partytury, a momentami jego tempa były zawrotne.

Dla mnie przedstawienie to będzie niezapomniane z jednego powodu. Jest nim Nina Stemme. Ona nie interpretowała swojej roli, ona była Izoldą. Jej śpiew był unikatowy, dramatyczny, a zarazem cały czas miał pełne, piękne brzmienie. Stemme była w stanie zawrzeć w swojej roli taki ładunek emocjonalny, jakiego rzadko można doświadczyć. Stephen Gould był wytrawnym Tristanem. Jego interpretacja była bogata w detale, głos jednak już nie ma młodzieńczej świeżości. Ante Jerkunica był wyrazistym Królem Markiem. Świetnie również spisał się Martin Gantner w roli Kurwenala.

Berlin to niewątpliwie jedna ze światowych stolic opery. Tutaj można zobaczyć i doświadczyć chyba niemal wszystkiego w operze i poza nią.

Dr Jacek Kornak

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów