Maciej Zakrzewski: zrzućmy z oczu klapki tradycji

Z Maciejem Zakrzewskim - organistą, kompozytorem, blogerem, asystentem w klasie organów Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku rozmawiają Kinga Wojciechowska, Maja Baczyńska i Maria Napieraj

Skąd u Pana fascynacja organami?

Być może wszystko wzięło się stąd, że pochodzę z małej miejscowości, w której kontakt z muzyką możliwy był tylko w kościele. Fascynowało mnie piękno brzmienia instrumentu jak i wspólny śpiew wiernych. Myślę, że to doświadczenie ugruntowało moje pojmowanie sztuki w dorosłym życiu. Wciąż wierzę w mistycyzm muzyki pomimo panującej wokół racjonalizacji. Moje pierwsze kroki stawiałem pod okiem miejscowego organisty, któremu zawdzięczam przede wszystkim to, że nie zabił we mnie zdolności improwizacyjnych. Uczyłem się grać, tak jak małe dziecko uczy się mówić – powtarzałem różne melodie, struktury, a także pochody harmoniczne, by później tworzyć małe utwory. Nauka pisania i czytania nut rozpoczęła się dużo później, podobnie jak w przypadku przedszkolaków. W efekcie, potrafiłem improwizować małe formy w różnych stylach, zanim dowiedziałem się, że istnieje taka dziedzina sztuki muzycznej. Wybierając fortepian jako instrument główny w szkole muzycznej I stopnia, wiedziałem, że następnym krokiem będą organy. I tak też się stało...

Za co lubi Pan ten instrument?

Trudne pytanie. Dziś myślę, że instrument jest tylko narzędziem do przekazania pewnych idei. Muzyka rodzi się we wnętrzu, wyobraźni wykonawcy niezależnie od samego tworzywa. Dla wykonawcy, instrument jest rodzajem alter ego, które wytycza granice poznania. Przekraczanie tych granic odbywa się poprzez poszukiwanie nowych środków wyrazu.
Oczywiście organy kocham za różnorodność. Dotyczy to przede wszystkim brzmienia, ale także rozmiarów instrumentu, stylistyki w jakiej jest utrzymany czy wreszcie samej akustyki w którą jest on wkomponowany. Organy różnią się także znacząco trakturą – dlatego też brzmienie, którego poszukujemy podczas ćwiczenia, musi być w nas zakodowane, na nic zda się tu pamięć palcowa. Technikę gry dostosowujemy każdorazowo do nowo poznanego instrumentu. Od organów zależy dobór repertuaru, który w naszym przypadku jest naprawdę szeroki – bez mała 700 lat muzyki! Staram się być daleki od specjalizacji, dlatego z wielką radością i zaangażowaniem podejmuję się koncertów na instrumentach historycznych jak i na współczesnych organach, które dają duże możliwości zwłaszcza na płaszczyźnie improwizacji. Lubię tą wolność, płynącą z zanurzania się w zupełnie inne światy – od renesansowych polifonii, przez romantyczną emocjonalność, aż po współczesną ekspresję. Nie mógłbym być niewolnikiem jednej epoki.

Ostatnio pojawia się wiele doskonałych nagrań muzyki organowej dawnej i współczesnej. Skąd to zainteresowanie młodych muzyków tym instrumentem?

Mam nadzieję, że to nie „moda”, gdyż one szybko przemijają! Jest wiele powodów tej popularności. Przede wszystkim o organach dużo się mówi w związku ze wspaniałymi rekonstrukcjami zabytkowych instrumentów, które prowadzone są w całej Polsce. Odkrywamy stale nowych kompozytorów, którzy tworzyli wspaniałe dzieła organowe, w tym twórców lokalnych, jak ma to miejsce chociażby w Gdańsku. Ważna jest też ilość letnich festiwali muzyki organowej i kameralnej, które dla wielu są jedyną możliwością kontaktu z muzyką klasyczną na żywo. Myślę jednak, że zainteresowanie młodych muzyków tym instrumentem, bierze się przede wszystkim z legendarnej tradycji improwizacji. Dowodem tego przypuszczenia jest ilość uczestników podczas Akademii Improwizacji organizowanej przez moją macierzystą Uczelnię. Improwizacja wciąż jest tematem tabu w naszym systemie edukacji, a wielu uczniów chciałoby poznać jej tajniki, bo daje ona prawdziwą wolność artystyczną.

Pokutuje opinia, że organy to instrument z pewnymi ograniczeniami jeśli chodzi o dynamikę, artykulację, możliwości ekspresyjne. Wpływ ma się głównie rejestrację, dobór poszczególnych brzmień, ewentualnie na szafę ekspresyjną. Czy zatem to „martwy” instrument, bardziej maszyna...?

Myślę, że Bach, Mendelssohn, Franck, Liszt nie poświęcaliby swego czasu dla martwego instrumentu. Wszystko zależy od detali. Zawsze powtarzam studentom, że muszą słuchać jak najwięcej muzyki nieorganowej. Bombarduję ich nagraniami fenomenalnych skrzypków, pianistów, wokalistów a przede wszystkim różnymi wykonaniami dzieł symfonicznych. Aby przekroczyć ową barierę „maszyny”, trzeba najpierw zgromadzić w swojej wyobraźni całą paletę różnych odcieni brzmieniowych, kolorystycznych, ale i emocjonalnych. To czego teoretycznie nasz instrument nie posiada, trzeba stworzyć poprzez swego rodzaju iluzję. Organista musi poczuć i zrozumieć w jaki sposób skrzypek osiąga ekspresję wykonania i starać się odnaleźć nowe możliwości na swoim instrumencie. Dynamikę czy artykulację na organach kreuje się poprzez niuanse oraz intencje. Sposobów wykonania krótkiego czy legatowego dźwięku jest mnóstwo. Trzeba zadać sobie pytanie o funkcję i cel takiego a nie innego sposobu wydobycia dźwięku. W organach kontrolujemy brzmienie tylko w fazie początkowej oraz końcowej brzmienia i to one są decydujące. Wszystko zależy od dotyku. Gdy odnajdziemy tło emocjonalne utworu, jesteśmy w stanie wyczarować tak piękny, ekspresyjny, żywy dźwięk jak to tylko możliwe. Dlatego też wykonanie wykonaniu nierówne. To samo można by powiedzieć o pianistach, którzy w sumie grają na instrumencie perkusyjnym... a jednak niektórzy pianiści to prawdziwi czarodzieje.

Wiele razy słyszałam już współczesną muzykę organową. Robiła nieraz na mnie dużo większe wrażenie niż muzyka – tak tak – Bacha. Czy dziś kompozytorzy niejako lepiej wykorzystują organy, pisząc na nie swoje utwory?

Wiele zależy od instrumentu, bowiem na niektórych organach wbrew pozorom... Bach po prostu brzmi źle. W XVIII wieku organy były utrzymane w innym stroju, przez co wszystkie Bachowskie „smaczki” brzmiały przekonująco. Myślę jednak, że główną przyczyną jest lęk przed przekroczeniem pewnych norm. Prawda jest taka, że i ja w liceum, pomimo miłości do instrumentu, nie przepadałem za organowym Bachem. Nie przekonywało mnie to „pomnikowe” rozumienie tak fenomenalnego twórcy. Bach był Bachem, grało się go równo i dosadnie. Mahler mówił, że tradycja wykonawcza jest zabójcza dla muzyki. Myślę, że owa tradycja wykonawcza wśród organistów uśmierca również samego Bacha. Gdybyśmy pewnego dnia faktycznie uznali, że istnieje tylko jeden sposób wykonania jego muzyki, zapewne byłby to dzień w którym jego utwory zabrzmiałyby po raz ostatni. Dzieło Bacha stało by się eksponatem w muzeum, gdzie ogołocone z całej emocjonalności, skazane zostało by na ślepe uwielbienie (bo Bach wielkim kompozytorem był!). Konieczność odnoszenia się do tradycji wykonawczej, którą wpojono nam w procesie edukacji zabija wszelką kreatywność i wolność artystyczną, a bez nich muzyka przestaje być sztuką. Liczy się tajemnica. Liczy się różnorodność wykonań, dzięki którym Bach jest wciąż żywy. Można porównać ową sytuację do teatru. Gdyby dziś jakiś reżyser postanowił odtworzyć wybraną sztukę Szekspira tylko po to, by zrobić to dokładnie tak jak za jego czasów, efekt byłby przerażająco nudny. Ciekawie jest spojrzeć na dzieło przez pryzmat historycyzmu, jednak prawdziwa sztuka zaczyna się tam, gdzie twórca ma odwagę by poszukiwać. Tam gdzie przesłanie wzrasta ponad samą materię. Dowodem są zadziwiające, porywające wykonania muzyki Bacha przez Rene Jacobsa czy Johna Eliota Gardinera. Ci wspaniali dyrygenci odważyli się ożywić Bacha stojącego od lat na złotym cokole, z podpisem „nie dotykać eksponatów”. Dziś wiem jak wielki potencjał ekspresyjny i dramatyczny drzemie w jego utworach organowych. Z przerażeniem odkrywam ogrom retoryki wpisanej w jego twórczość. Nie odważyłem się nagrać płyty z muzyką Bacha. Stale nagrywam swoje koncerty, analizuję, jednak wciąż nie brzmią one jeszcze tak jak w mojej głowie i w sercu. Nie jest więc tak, że współczesna muzyka organowa daje dużo większe możliwości niż rzeczona muzyka Bacha. Po prostu, pracując nad muzyką współczesną pomijamy punkt konfrontacji z tradycją wykonawczą, która jeszcze nie zdążyła się wykształcić. Roger Scruton pisał, że rozumienie muzyki jest sposobem słuchania, a nie grania. Gdy zrzucimy z oczu klapki tradycji wykonawczej zaczniemy słyszeć prawdziwą muzykę, nie zaś to co o niej powiedziano lub napisano.

Na swoim blogu pisał Pan o odnajdywaniu magii w muzyce. Jaką magię odkrył Pan w utworach Naji Hakima, które wypełniły Pana najnowszą płytę?

Hakim jest niesamowitym twórcą. Powraca do korzeni muzyki. Komunikuje się ze swoim odbiorcą poprzez dźwięk sam w sobie, nie zaś przez ideologię. Jego dzieła wciągają od pierwszej do ostatniej nuty. Skrzą się kolorami. Pełno w nich napięć emocjonalnych, kontrastów, taneczności, śpiewności, a więc tego wszystkiego co ożywia muzykę. W utworach Hakima odnajduję pierwotną radość z muzykowania i to jest ta największa magia. Mam wrażenie, że uczucie radości, spełnienia w akcie twórczym jest dziś traktowane z przymrużeniem oka. Może dlatego, że nie brzmi to zbyt naukowo? Nie da się tego zmierzyć, zweryfikować? Mnie właśnie owa tajemniczość, niepoliczalność najbardziej pociąga. Muzyka Naji Hakima daleka jest od racjonalnego, umysłowego odbierania sztuki. Nakierowana jest na emocjonalność, przez co porusza serca publiczności. Hakim szczerze i z miłością przekazuje swój świat słuchaczowi. Dzieli się dobrem. Pamiętam jego występ w Katedrze Oliwskiej w 2012 roku gdzie wraz z żoną wykonał swoje dwa koncerty organowe. Wprowadził mnie w stan uniesienia, w którym wszystkie przyziemne kategoryzacje sztuki ulegają rozpadowi. Stałem się częścią jego dzieła jako odbiorca, przeżyłem coś nieopisanego co można nazwać magią. Niewiele jest takich koncertów w życiu człowieka, ale przez to zapadają one w pamięć.

Naji Hakim nieraz mówił o swoich utworach jako o muzycznej podróży...

Hakim odnosi się w tych słowach do różnych źródeł inspiracji w swojej twórczości. Jego muzyka to połączenie folkloru libańskiego z tradycją francuską, a także z charakterystycznymi formami zaczerpniętymi z kultury basków. Myślę, że to bardzo intymne, prywatne uczucie kompozytora, epizod z życia artysty, który przeżył traumę wojny oraz problemy bycia emigrantem w Paryżu.
Ja jednak nigdy nie odbierałem jego utworów w ten sposób. Być może dlatego, że grając je czuję, że jestem poza czasem i przestrzenią, dzięki czemu staję się spełnioną całością. Jednak słowa, które Pani przytoczyła kojarzą mi się także z wolnością. Podróż bowiem jest czymś nieskrępowanym, nastawionym na odkrywanie, przeżywanie. W tym kontekście także i dla mnie jego muzyka to wielka podróż. W języku muzycznym Naji Hakima najpiękniejszym aspektem jest właśnie łączenie różnych światów, kultur, wbrew krzywdzącym podziałom. Sztuka umożliwia pokojowe połączenie odmiennych wartości, tam gdzie słowa, polityka, dyplomacja zawodzą...

Naji Hakim powiedział też: „Muzyka mówi o tym, czego nie da się wyrazić słowami”...

To życiowe Credo kompozytora, przypomniało mi jak kiedyś i ja odbierałem muzykę. Intuicyjnie, podprogowo. Wiedziałem, że drzemie w niej tajemnica, której nie można wyjaśnić. Zresztą próby racjonalnego wytłumaczenia dzieła sztuki skutkują ogołoceniem go z mistycyzmu, duchowości, a więc tego wszystkiego co decyduje o wyjątkowości i sile oddziaływania. Można mieć w małym palcu całą historię muzyki i nic nie przeżywać, nic nie doświadczać w trakcie jej słuchania. Pozostawienie przestrzeni niedopowiedzeń wbrew pozorom stwarza możliwość osiągnięcia stanu oświecenia. Muzyka bowiem przedostaje się do wnętrza odbiorcy bez wszystkich społecznych barier. Gdy tylko odpuścimy konieczność posiadania racji i władzy nad dziełem, to wówczas ono wprowadza nas w zupełnie nową, wyższą przestrzeń. Muzyka także przekracza granice, bowiem tam gdzie nieznajomość języka uniemożliwia nam przekazanie emocji, tam wkracza sztuka dźwięków, która potrafi z tym samym natężeniem przemówić do człowieka każdej rasy i kultury. Trudno nie zgodzić się zatem ze słowami Naji Hakima, który w muzyce wciąż pragnie widzieć i słyszeć więcej niż chcieliby od nas niektórzy teoretycy.

Od 2016 roku prowadzi Pan blog pisząc o istocie muzyki. Czy to trudne zadanie?

Niektórzy mogą stwierdzić, że to fanaberia, ale miałem silną potrzebę poruszania różnych tematów związanych ze sztuką. Pisanie krótkich felietonów przychodzi mi z łatwością. Moje blogowe wpisy są owocem wielu przemyśleń, spostrzeżeń, ale także i rozmów z moimi bliskimi, ze studentami. Uważam, że niestety zbyt mało dyskutuje się dziś z młodymi ludźmi. Edukacja ukierunkowywana jest raczej na wpajanie zasad zgodnie z wytycznymi niż na ogólny rozwój jednostki. A w jaki sposób prowadzić młodego artystę gdy się go praktycznie w ogóle nie zna? Poznanie, kontakt z drugim człowiekiem potrafią zdziałać dużo więcej niż kolejna, chwilowa wskazówka wykonawcza. Taki młody muzyk kiedyś sam będzie odpowiadał za swoje poczynania artystyczne. Czym ma się kierować, jeśli nikt nie rozwinie w nim potrzeby poszukiwania? Jeśli nikt mu nie powie, że ma prawo do uczuć, do posiadania własnego zdania... że można inaczej?

Blog to mój sposób radzenia sobie z otaczającą mnie rzeczywistością. Piszę o rzeczach dla mnie ważnych, by nie stracić pasji w tym co robię. Mało dyskutuje się dziś o pozanaukowych aspektach muzyki. Postanowiłem przełamać ten impas i podzielić się wszystkim tym co zaprząta mi głowę. Znawcy mogą uznać to za grafomaństwo, ale jak uczy historia – warto podążać za intuicją.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (9 głosów)