Maciej Zieliński - V Symphony

Maciej Zieliński należy do bardzo niecierpliwych kompozytorów. Zaledwie napisał I Symfonię, w jego dorobku pojawiło się dzieło zatytułowane „V Symphony”. Przy bliższym przyjrzeniu okazuje się jednak, że to, co wydaje się być piątą symfonią, wcale nią nie jest...

 Idee fixe nowego utworu Zielińskiego jest litera V i cyfra 5. Z podziwu godnym wyszukaniem kompozytor tworzy dzieło, w którym większość motywów ma za zadanie przywołać w swoim kształcie literę V – czy to horyzontalnie, czy wertykalnie. Brzmi to zawile, ale słuchając symfonii Zielińskiego, wysilmy uszy i zwróćmy uwagę na rozbiegające się w górę i w dół dźwięki smyczków w trzeciej części, albo na identyczne zabiegi w partii drewna i blachy w pierwszej części. Tak samo ważna jest cyfra 5 – dzieło ma 5 części, dominuje metrum 5/4, a większość części zawiera właśnie tyle epizodów.

Powyższe słowa brzmią jak przepis na twór nieprzystępny i przeintelektualizowany, jednak symfonii Zielińskiego słucha się kapitalnie.

Narracja utworu, przywodząca na myśl muzykę Witolda Lutosławskiego, jest logiczna i zwarta, jednak ta logika nie przesłania emocjonalnej strony muzyki. Wątpię, czy znalazłby się słuchacz, na którym wrażenia nie zrobi gwałtownie urwane zakończenie drugiej części (w którym perkusista w łomotem zrzuca na podłogę różne sprzęty) czy niepowstrzymany pęd trzeciej części. Sporym zaskoczeniem może być zakończenie symfonii. Kiedy narracja powoli wybrzmiewa, na tle cichnącej orkiestry odzywa się... dzwonek telefonu. Podczas prawykonania na ostatnim dźwięku symfonii miało miejsce identyczne zdarzenie i kompozytor postanowił dodać dzwonek do partytury, jako symbol ducha czasów.

Ale nowa symfonia to nie wszystko, co słuchacz znajdzie na płycie. Rolę deseru pełni trzyczęściowy utwór „Elemen T”. Utwór składa się z trzech części, a każda z nich poświęcona jest innym zjawiskom muzycznym - „Melo D”, „Harmo N.Y.” i końcowe „Glissan D”. Każdy z tych krótkich utworów ma słuchaczowi coś ciekawego do zakomunikowania – a to melodia, która przeplata się subtelnie przez całą pierwszą część, a to ostra, dysonansowa harmonia drugiej części, dopełniona przez wybijające się z tła dźwięki trąbki z tłumikiem. Najbardziej efektowna jest jednak część trzecia, dedykowana glissandom. Efekty te pojawiają się w różnych grupach orkiestry, przebiegają w różnych kierunkach, by potem nakładać się na siebie w coraz to nowych kombinacjach, tworząc migotliwą, zmysłową całość.

Płyty słucha się świetnie, ale spora w tym również zasługa wykonawców. Łukasz Borowicz i Polska Orkiestra Radiowa tworzą zgrany, zdyscyplinowany i zaangażowany zespół, którego mógłby Maciejowi Zielińskiemu pozazdrościć niejeden kompozytor. Gorąco polecam!

 

Oskar Łapeta

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów