Marcelina Beucher: Moje życie jest snem

NADIA ATTAVANTI: Z Marceliną Beucher* spotkałam się w niewielkiej restauracyjce w Wilanowie, tuż po próbie do operetki „Księżniczka czardasza” w reżyserii Michała Znanieckiego, realizowanej przez Mazowiecki Teatr Muzyczny, w której Marcelina już 12 i 13 kwietnia zaśpiewa tytułową rolę. Tę pełną pozytywnej energii, piękną i utalentowaną śpiewaczkę (sopran) miałam okazję poznać, gdy występowała w czterech rolach w Opowieściach Hoffmanna w Krakowie – i od tego momentu jestem jej oddaną wielbicielką. Niedawno zachwycała też w tytułowej roli w barokowej operze „Armide” Jeana Baptiste'a Lully’ego w Warszawskiej Operze Kameralnej. A ja bardzo się cieszę, że mimo tak dużej ilości pracy, młoda śpiewaczka znalazła chwilę na rozmowę ze mną. Z przyjemnością informuję też, że na naszej kawie w Wilanowie był obecny Michał Znaniecki; reżyser zbliżającej się premiery „Księżniczki czardasza” (i kolejnej w Operze Śląskiej w Bytomiu – autorskiego spektaklu „Czekając na Chopina” – o przygotowaniach przeczytasz tutaj), który czasami też coś mówił, więc to trochę taka trzyosobowa rozmowa jest, za którą bardzo dziękuję – cała przyjemność po mojej stronie :D

Wywiad pochodzi z bloga Nadia Attavanti Blogerka Klasycznie Muzyczna. Zapraszamy do śledzenia profilu na Facebooku.

Nadia: Witaj, Marcelino. Bardzo dziękuję, że w tym nawale pracy związanej z przygotowaniem premiery Księżniczki czardasza w Warszawie oraz występami w Holandii znalazłaś czas na tę rozmowę i żeby nie przedłużać - od razu przechodzę do rzeczy. Jako pierwsze zadam Ci pytanie, na które odpowiedź zawsze bardzo mnie interesuje - czy pamiętasz ten jeden konkretny moment, kiedy zdecydowałaś, że chcesz być śpiewaczką operową?

Marcelina: Ten jeden moment?

Michał Znaniecki (który siedzi z boku i robi zdjęcia): Przez całe dzieciństwo i młodość chciałaś przecież być śpiewaczką operową!

Marcelina: A właśnie, że nie, nie chciałam, nigdy nie chciałam być śpiewaczką. Może tak: WYCHOWAŁAM SIĘ W RODZINIE MUZYKÓW, babcia śpiewaczka, mama śpiewaczka, tato kontrabasista. Od dziecka zapierałam się i mówiłam rodzicom, że ja nigdy „wyć” nie będę i się tego trzymałam, ale jak to często bywa w życiu, stało się zupełnie inaczej. A ten konkretny moment - miałam gdzieś 20 lat i śpiewałam w zespole rockowym. Ćwiczyliśmy bardzo dużo, już teraz wiem, ze nieumiejętnie śpiewałam, na żywioł wykonywałam znane covery – i po pewnym czasie moja mama zwróciła mi uwagę, że tak nie może być, że muszę poznać tajniki impostacji głosu. Wtedy mieszkałam w Danii i nie było jeszcze możliwości razem ćwiczyć, więc wysłała mi zbiór ćwiczeń - i tak się zaczęło. Powoli się wciągnęłam, spodobało mi się i stopniowo musiałam ściąć dredy, wyciągnąć kolczyki z twarzy…

Kolczyki z twarzy?! :D

Kolczyków bym nie wyjęła, gdyby mi nie haczyły, jak śpiewałam. Oczywiście żartuję, to już nie był mój styl w tym momencie, ja w swoim życiu wyglądałam naprawdę różnie, od dreadów przez jeża na głowie, fioletowe włosy itp. Może dlatego uwielbiam na scenie to, że można być różnorodnym. Ostatecznie zdecydowałam się zmienić kompletnie wygląd i nastawienie, zacząć dbać o higienę głosu... Tak się zaczęło.

A jak wyglądała Twoja edukacja muzyczna?

Zaczynałam oczywiście jako skażona genetycznie przez rodziców muzyką (Mama Marceliny, dr hab. Maria Czechowska-Królicka, wykłada na Wydziale Wokalnym Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Tata pracuje w Narodowym Forum Muzyki). W szkole muzycznej grałam na wiolonczeli, a była to istna kuźnia talentów (Ogólnokształcąca Szkoła Muzyczna im. Karola Szymanowskiego we Wrocławiu), od rana do wieczora w szkole. Później miałam kilka lat przerwy i zaczęłam studia u Mamy w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, wyjechałam na Erasmusa na rok. Wyjeżdżałam też na kursy mistrzowskie, m.in. do Maestry Teresy Żylis-Gary, do coachów za granicę. Do pewnego momentu, gdy nie zaczęłam dużo występować na scenie, maniakalnie jeździłam też na różne konkursy, nawet na kilka w ciągu roku.

Z ogromnymi sukcesami, jak się domyślam?

Zdobyłam około dwudziestu nagród, więc trochę tego nazbierałam przez kilka lat. Konkursy bardzo dużo mi dały. Rozwinęły mnie i oswoiły jeszcze bardziej ze sceną oraz nauczyły radzić sobie z tremą, chociaż już ta szkoła muzyczna i wiolonczela to była duża przeprawa dla młodego człowieka.

 

Strony

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)