Marcelina Beucher: Moje życie jest snem

Niedawno odniosłaś ogromny sukces, występując w Warszawskiej Operze Kameralnej w tytułowej roli w XVII-wiecznej operze Jeana Baptiste'a Lully’ego „Armide”. Co spowodowało, że zdecydowałaś się zaśpiewać tę partię i czym była dla ciebie ta rola, czy była ważna?

Śpiewam coraz więcej zarówno w kraju, jak i za granicą, co mnie bardzo cieszy. W tej chwili występuję w sześciu, niebawem siedmiu teatrach w naszym kraju, śpiewam różne role - i są to w większości bardzo duże partie. Gdy mam jakąś premierę, staram się zapraszać dyrektorów oper, aby mieli szansę posłuchać, jak śpiewam i ewentualnie zadecydować, czy chcą mnie zatrudnić u siebie. To owocuje, podobnie jak moje wcześniejsze udziały w konkursach, które przynoszą mi także i teraz nowe angaże - jak ostatnio w Holandii, gdzie zaśpiewałam w Pasji wg św. Mateusza Bacha. „Armide” była bardzo ważna i było to prawdziwe wyzwanie. Ja żyję każdą rolą, każdym spektaklem. Po Opowieściach Hoffmanna w reżyserii Michała Znanieckiego w Krakowie, gdzie śpiewałam cztery role, myślałam, że już trudniej być nie może, a okazało się, że francuski barok czasów Lully’ego jest bardzo trudny do nauczenia i zaśpiewania; do tego poezja starofrancuska i to, że główna rola naprawdę została tam wyniesiona na piedestał. Spektakl koncentruje się wokół postaci Armidy - jest to można powiedzieć 80-90% całości, trzeba być ciągle w napięciu, ciągle w centrum uwagi, na najwyższych obrotach i głosowo, i aktorsko. Ale to oczywiście było wspaniałe doświadczenie zawodowe! Pragnę dodać, że również twórcy byli wybitni, jak Benjamin Bayl czy Deda Cristina Colonna; to spece od stylu francuskiego baroku (i nie tylko).

A teraz przygotowujesz się do występu w spektaklu z zupełnie innej epoki i bardzo odmiennym, tj. jako tytułowa bohaterka operetki „Księżniczka czardasza” Imre Kalmana [w Mazowieckim Teatrze Muzycznym w Warszawie – przyp. red.]. Czy w Twojej ocenie jest cokolwiek, co łączy te dwie odległe w czasie bohaterki: Sylvię [Varescu] – gwiazdę budapeszteńskiego variete i Armidę – czarodziejkę?

Obie są bardzo waleczne, tak, tak - to takie samice alfa; mogłabym powiedzieć, ale niszczone przez swoje otoczenie, konwencje społeczne, obie szargane, szarpane emocjami, do których doprowadził je mężczyzna, nie oszukujmy się. Obie mają ten sam problem, pojawia się mężczyzna, który burzy wszelki ład i powoduje, że zachowują się nieobliczalnie. Armida każdego przecież mogła zamrozić, zaczarować bądź zabić... Nagle pojawił się Renaud i została oszołomiona, trafiona jakąś straszną strzałą Amora, która ją potem zniszczyła. Tak samo jest w Księżniczce czardasza; Sylwa mogłaby pojechać za ocean, robić ogromną karierę, mieć wszystkich mężczyzn na świecie, ale pojawia się ten Edwin, który... właściwie nie wiadomo, co w nim tak ją zaczarowało…

To jest miłość, po prostu miłość!

Tak, miłość nie wybiera…

Dlaczego one tak bardzo kochały?

Tu nie ma żadnych zasad, czasami nie wiadomo, o co chodzi i skąd to się wzięło, skąd te emocje, tęsknota, nieracjonalność czasami i ta wielka miłość. Po prostu jak ktoś ma szczęście w życiu, to trafi dobrze i amor złączy z taką osobą, że się człowiek nie szarpie, ale jak trafi ten amor tak, że osoba do ciebie nie pasuje albo cię nie chce, to jest ciężko, bo to nie może się udać, a człowiek i tak się oszukuje, że jednak się uda...

A jest w Tobie chociaż odrobina Księżniczki czardasza, Sylwy?

We mnie jest każda rola, ja w każdej się odnajduję, próbuję wejść w nią głębiej. A co do charakteru... Dialogi do warszawskiej inscenizacji napisał reżyser, czyli Michał Znaniecki, który bardzo dobrze mnie zna.

Michał Znaniecki: Napisałem dialogi pod nią, dialogi są zrobione właśnie pod Marcelinę.

Aha, czyli Sylwa jest Marceliną? A Marcelina Sylwą?

Marcelina: Na pewno jest w niej sporo ze mnie, widzowie będą mieli więc szansę poznać fragment mnie spoza sceny, to może być dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie.

Z niecierpliwością czekam więc na tę premierę. Powiedz proszę, jakie są Twoje plany zawodowe na przyszłość, po Księżniczce?

Moje plany na przyszłość, muszę się chwilę zastanowić... Najbliższa jest premiera Księżniczki, koncerty w Gdańsku (Opera? Si! Made by Jerzy Sankowski), właśnie mam za sobą koncert w Filharmonii Podlaskiej ze Stabat Mater Dworzaka. A dzisiaj lecę do Holandii, aby wykonać Pasję według św. Mateusza Bacha, więc latam pomiędzy Amsterdamem a Warszawą przez pierwsze dni, a później już jestem na miejscu. W tym sezonie jeszcze szykuję się do wejścia w dwie nowe role mozartowskie: Paminę oraz Ilię. Wielkie wydarzenie w przyszłym roku - festiwal Opera Tigre, rok Moniuszki i Flis. A teraz jeszcze za kilka tygodni wystąpię w Operze Śląskiej w spektaklu „Czekając na Chopina”, autorstwa Michała, jako Pauline Viardot - ikona operowa XIX-wiecznego Paryża i muza Chopina, która śpiewała mu przed śmiercią arię Casta diva z Normy Belliniego. Wystąpię także na Festiwalu Off Camera w Krakowie.

 

Strony

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)