Marcelina Beucher: Moje życie jest snem

Czy marzysz o jakimś konkretnym teatrze operowym, w którym chciałabyś wystąpić i dlaczego akurat w tym?

Ja bym chciała przede wszystkim pracować z dobrymi ludźmi, dobrymi reżyserami... Oczywiście, że każdy śpiewak marzy o wielkich scenach, ja także mam wiele marzeń. Metropolitan Opera jest wspaniała i tam ja wysyłam wszystkie swoje wibracje czarodziejskie, żeby to marzenie spełnić; oczywiście wiemy, że marzenia się spełniają, a plany mogą ludzie popsuć, więc nie mam planów, mam marzenia. Jeżdżę dużo po teatrach, słucham też innych ludzi, więc widzę, co gdzie mi się podoba, w jakie nurty idą, jakie reżyserie dyrekcja popiera, jakie są negowane. I Metropolitan, Nowy Jork to jest to, o czym naprawdę marzę!

Nowy Jork jest boski!

Nowy Jork to jest moja energia, jak ja tam chodzę po ulicach; jak mówią, że tam wszyscy biegną, tak ja się czuję, że wszyscy idą tak jak ja, nie że biegną. Ja tam odpoczywam, ale i nabieram niesamowitej energii. Ale zawodowo to miasto jest zaborcze i potrzebuje obecności, więc staram się tam bywać. Znajomy tenor Luis Chapa występował w wielu teatrach, jest ceniony, a o Metropolitan mówił, że „ja tam dojdę, dobiegnę”. Co miesiąc był w Nowym Jorku i teraz niedawno zaśpiewał w MET w Turandot. Jego przykład pokazuje, że można, że warto tam bywać. Pracuję z ludźmi z Nowego Jorku, którzy są super i naprawdę bardzo dużo wnoszą do mojego śpiewania, do podnoszenia mojego ego artystycznego, samooceny i dają mi wiele wartościowych rzeczy. Każdą właściwie partię po przygotowaniu w domu z Mamą i pianistami tam jadę pokazać. To jest dla mnie bardzo ważne, nie liczą się wtedy koszty, to jest coś po prostu niewymiernego. To wraca później z podwójną siłą i myślę, że dzięki temu byłam w stanie przetrwać poprzedni sezon, który był mocny z dużą liczbą ról. Nowy Jork napędza mnie do działania i wzywa do siebie, tęsknię za tym miastem każdego niemal dnia.

Marcelina Beucher jako Armida w WOK

Sporo pracujesz z reżyserem Michałem Znanieckim, wiele projektów robicie wspólnie; mówi się o Tobie, że jesteś jego muzą – jak się z nim pracuje?

Marcelina śmieje się: A, co ja będę mówić... Siedzi tu obok... Cudownie się pracuje, bardzo intensywna jest ta praca. Od pierwszej do ostatniej minuty wszystko jest wykorzystane, energia się udziela nam wszystkim. Mimo że to jest mnóstwo godzin, bardzo dużo śpiewania, mówienia tekstów, tańczenia, bo sporo mówimy o tej Księżniczce, rozkładamy ją na najdrobniejsze szczegóły, aby potem złożyć w całość. Operetka wymaga ciągłego skupienia, jak na chwilę się wyłączymy, to robi się chaos, a reżyser nie lubi tego, więc ogólnie wszyscy się wtedy spinamy.

Znaniecki jest surowy? Bardzo surowy?

Jest bardzo profesjonalny, to jest profesjonalizm światowy, nie ma o czym mówić.

Michał Znaniecki: Z tą surowością to po prostu wiem, gdzie mamy się zatrzymać, wiem tylko, dokąd mamy dojść. W momencie, gdy wiesz coś takiego, to się wydaje bardzo suche; wymagam tego, jak ma wyglądać spektakl, nie ma tam żadnego obchodzenia. Z drugiej strony w Tigre na wyspie była w tym roku muzyka barokowa, zupełnie inna niż operetka, i nagle mieliśmy Monteverdiego na środku jeziora...

Marcelina: To było bardzo fajne!

Czyli nie jesteś surowy?

Michał Znaniecki: Nie wiem, jak to z zewnątrz wygląda. Z zewnątrz ludzie się mnie boją, ale ja nie wiem dlaczego, bo ja jestem taki miły miś.

Marcelina: Profesjonalny, wymagający, rzeczowy. Dlatego ta praca idzie bardzo szybko. Jesteśmy w stanie z takim teamem (tzw. Znaniecki team, z którym przyjeżdża) naprawdę wiele zrobić w krótkim czasie; wszystko jest tak przygotowane, że - pomimo krótkich trzech, czterech (najczęściej trzech) tygodni przygotowywania dzieła - mamy spokojny tydzień przedpremierowy, gdzie możemy powtarzać i rozwijać. Lubię pracować z Michałem Znanieckim.

 

Strony

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)