Marcelina Beucher: Moje życie jest snem

Opowiedz o ostatnim Opera Tigre, w którym brałaś udział w Argentynie. Jak wygląda ten Festiwal z bliska? Czy to było ciekawe doświadczenie?

Marcelina: W tym roku występowałam w spektaklu „Nić Ariadny”, który został przygotowany z argentyńskimi tancerzami, aktorami, chórzystami, instrumentami dawnymi i nie tylko. Odbywało się to na wyspie i zostało przyjęte z dużym entuzjazmem. Były ekstremalne wyczyny, z cyklu ekstremalne śpiewanie na drzewie w trakcie owijania się liną-nicią. Samotnie wpłynęłam na środek jeziora, odepchnęłam swój ponton, zaśpiewałam arię na palu, owinęłam się nicią i wszyscy sobie poszli, a ja zostałam na tym palu. Na szczęście zostało mi trochę szpulki, więc rzuciłam ją, trafiając nią do środka pontonu, więc udało mi się przyciągnąć go z powrotem, bo oczywiście nikt nie zauważył, że dziewczyna została na środku jeziora sama! Wskoczyłam do niego, oczywiście woda mi się wlała do środka, rożne dziwne robaki, muszki, komary mnie pogryzły, muszę przyznać, że nigdy tak źle nie wyglądałam po spektaklu, jak wtedy. Dopłynęłam do brzegu, tam mnie wyciągnięto, ktoś mi pomógł na szczęście.

Michał Znaniecki: To były nici Ariadny, czyli labirynt; więc był labirynt na całej wyspie, ludzie mogli się pogubić i taki był pomysł.

Hahahaha, co za historia, tym razem to Ariadna się zgubiła!

Marcelina śmieje się: No, trochę tak. Projekt był bardzo ciekawy, zebrano w nim Ariadny z przekroju historii muzyki od Monteverdiego i Haendla, przez Haydna, Richarda Straussa, Martinu i in., ja śpiewałam dwie z nich. Odbył się także koncert z okazji rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę, w którym wystąpiłam i to było ważne wydarzenie; pojawiło się wielu dyplomatów, publiczność doskonale reagowała. Śpiewałam arie i pieśni Chopina, Moniuszki, Paderewskiego, Szymanowskiego. Była także aria z opery Flis Stanisława Moniuszki, która to opera w przyszłym roku zostanie na wyspie wystawiona w całości, z okazji obchodów roku tego kompozytora. Flis także będzie robiony na wodzie, na dużej barce pływającej pomiędzy wyspami, ale oczywiście, aby Festiwal mógł się odbywać, potrzebne są środki i wymyślono taką bardzo fajną, zieloną akcję, jaką jest adopcja drzew - w Argentynie nie ma takiej tradycji sponsoringu wydarzeń kulturalnych, jak to ma miejsce np. w Ameryce Północnej. Adopcja drzew polega na tym, że każdy, dosłownie każdy może wpłacić określoną sumę; nie jest to duży wydatek i dostaje się swoje drzewo na wyspie, a na nim umieszcza się tabliczkę z nazwiskiem. Wiem, że te środki bardzo pomagają rozwijać się Festiwalowi.

No tak, wiem, widziałam niedawno informację, że jeden z darczyńców przeznaczył na MET 100 milionów dolarów...

Michał Znaniecki: My jesteśmy bardziej skromni, chodzi o to, że można na wyspie wybrać swoje drzewo nawet wirtualnie i stać się jakby częścią festiwalu - mieć powód, żeby tam przyjechać. Kto ma drzewo, ma (myślę) jakiś powód więcej: nie tylko zobaczyć Marcelinę na palu :-) , ale także podlać swoje drzewo, przyjechać. Dobrze wiesz, Nadiu, że na Ciebie czekamy, bo masz już swoje drzewo.

Mam nadzieję, że kiedyś jeszcze uda mi się wybrać do Argentyny i nic nie stanie na przeszkodzie. Ostatnie pytanie – jakiej muzyki słuchasz poza pracą? Dużo klasyki?

Marcelina: Szczerze to mało. Mało słucham muzyki klasycznej. Jak jeżdżę autem, to RMF Classic, ale ogólnie jestem bardzo dziwna muzycznie. Przez to, że miałam taki burzliwy czas nastoletni, jestem zakochana w muzyce elektronicznej z cyklu drum and bass, co jest trochę dziwne, ale ja to lubię.

Ostatnio jak byłam w Sewili, to muszę się przyznać, że poszłam na wyjątkową imprezę. To jest wspaniałe miasto, nie tylko jeśli chodzi o zabytki, ale także o życie kulturalne. Ja akurat wybrałam się chwilę odpocząć i jak tylko dojechałam, okazało się, że w pewnym miejscu wyprawiają lunch electric, co było dosyć ciekawe, bo nigdy nie byłam na czymś takim. Okazało się, że jest to w starym klasztorze, w którym podobno część jest jeszcze zamieszkana przez mnichów, chociaż nie wiem, jak to się wiąże z ich życiem. Na wielkim placu na środku klasztoru rozstawili się didżeje i trwała impreza, po prostu impreza, electro-lunch, który trwał od południa do wieczora; wtedy wszyscy poszli do domu, bo to już nie był electro-dinner :-) Co ciekawe, wiele osób przyszło z dziećmi, niektóre kobiety tańczyły, w międzyczasie karmiąc piersią, ogólnie coś wspaniałego. Mam bardzo dużo znajomych z zupełnie innego środowiska, bo jeżeli chodzi o stronę towarzyską, to dojrzewałam w środowisku trochę innym niż operowe; rodzina to wiadomo, ale moje przyjaciółki i przyjaciele są ze środowiska sportowego, bo przez wiele lat uprawiałam wyczynowo sport i to było moją główną pasją wcześniej. Mam więc taką grupę znajomych, którzy są geodetami, budowlańcami, architektami, PR-owcami, rzeczoznawcami, lekarzami, których poznałam na wspólnych treningach i dalej utrzymujemy ze sobą kontakt; więc oni sprowadzają mnie trochę do takiego świata realnego, co się dzieje, jak ludzie naprawdę funkcjonują, jak żyją; że to nie jest w takim chaosie, jaki panuje w trakcie sezonu.


Marcelina Beucher i Michał Znaniecki

Czy chcesz coś jeszcze powiedzieć na zakończenie o życiu, o przyszłości, o snach?

Marcelina: O snach? Może nie, bo znowu będzie, że czarownica, bo ja dużo śnię. A Ty, Michał, śnisz?

Michał Znaniecki: Ostatnio tak. W jet lagu.

Marcelina: No tak, reżyser jest w wiecznym jet lagu [śmieje się].

Jak już zaczęliśmy ten temat, to powiedz Marcelino, o czym śnisz?

Mam chyba bardzo silną podświadomość, to co mi się marzy to często mi się śni; również to, co bym chciała, często mi się śni. Czasami jest tak, że wstaję i myślę „Eh, już to miałam”, a to był tylko bardzo, bardzo realny sen.

Twoje życie jest snem? 

Tak! Wspaniałym snem o świecie muzyki, którego jestem częścią i z którego nigdy nie chcę się obudzić, bo ja już nie potrafiłabym żyć bez tego wszystkiego, bez tych emocji, wrażeń, bez tej cudownej adrenaliny, jaką dają występy. Jestem od niej uzależniona. Adrenalina – tak jak samo jak śpiewanie – jest super!

* Marcelina Beucher: absolwentka Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej im. Karola Szymanowskiego i Akademii Muzycznej we Wrocławiu, laureatka wielu konkursów wokalnych, w tym prestiżowego The International Vocal Competition's-Hertogenbosch, z sukcesami prezentuje swoje umiejętności na polskich i zagranicznych scenach operowych oraz na koncertach, mając w repertuarze m.in. takie partie, jak: Donna Anna w Don Giovannim, Mimi w La Boheme, Violetta Valery w Traviacie, Micaela w Carmen czy wspomniane cztery role kobiece w arcydziele Jacques’a Offenbacha.

Strony

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)