Martha Argerich, Krzysztof Jabłoński i Muzyka dla pokoju [relacja]

Martha Argerich, po koncercie w Filharmonii Narodowej | fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Dwa koncerty, dzień po dniu. 17 i 18 sierpnia. Trwa Chopin i jego Europa w Warszawie po raz 15. A my czujemy się rozpieszczeni. W sobotę Martha Argerich. Czego można spodziewać się po pianistce, która urodziła się w 1941 roku? Porusza się wolno, droga od schodów do fortepianu na estradzie zdradza wiek. Ale gdy siada przy instrumencie – czas się dla niej cofa.

Może precyzja ciut mniejsza, ale Martha Argerich ciągle ma serce w palcach. A w sercu ogień. W garderobie konkretna, pewna siebie, zdecydowana. Na estradzie – wrażliwa, wsłuchana w orkiestrę, dialogująca, delikatna i silna, gdy trzeba. Połączone siły orkiestr Sinfonia Varsovia i Hiroshima Symphony Orchestra pod wodzą Kazuyoshiego Akiyamy nie są w stanie jej zagłuszyć w I koncercie fortepianowym Es-dur F. Liszta. Martha zmienia program dzień przed wydarzeniem. Dlaczego? – Bo to jest Martha – słyszymy w kulisach. My podejrzewamy, że koncert Liszta jest po prostu krótszy, a jednocześnie doskonale opanowany przez solistkę. Lżej jej tego Liszta grać. Oszczędza się do końca. Tylko jeden bis. A po drugich owacjach na stojąco, zabiera ze sobą orkiestrę, żeby publiczności dać znać: idźcie na przerwę, to już koniec.

W przerwie można z nią porozmawiać, przedstawić swoje super zdolne dziecko. Martha uśmiecha się – To świetna pianistka! – pokazuje na dziewczynkę – A ma dopiero osiem lat! Popatrz na nią! – Czy to szansa dla tej małej? Jeszcze tego nie wiemy. Ale może? Trzeba próbować! W kolejce do Marthy Argerich ustawiają się wybitni pianiści, dyrygenci, po prostu melomani – dla nich wszystkich to idolka. Gwiazda. Spotkanie uwiecznione, zdjęcia w social mediach zdobywają dziesiątki lajków i serduszek. „Gratulacje!”, „Wspaniale!”, „Zazdro” – komentują znajomi. My sobie też „zazdro” tego koncertu.


 Rafał Siwek, IX Symfonia Beethovena | fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

W drugiej części IX Symfonia Beethovena, soliści – wybitni, choćby nasz bas Rafał Siwek. Dla nich, nie tylko dla samej muzyki warto przyjść. Ta symfonia jest tu bardzo ważna. Dzień później z listu burmistrza Hiroszimy do publiczności dowiadujemy się, że to właśnie ta symfonia, ta muzyka, ten kompozytor wspierali emocjonalnie Japończyków podczas odbudowy miasta po straszliwej tragedii z 1945 roku.

Burmistrz nawołuje o pokój, drukując swój manifest w języku polskim i angielskim na pięknym, japońskim papierze, który robi się z papierowych figurek origami. Co roku Japończycy składają tysiące, setki tysięcy kolorowych żurawi – symboli pokoju. Ale w Japonii nic się nie marnuje. Papier ma kolorowe drobinki. Tu wszystko jest symbolem.


 Tatsuya Shimono | fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

Dzień później znów siły łączą Orkiestra Sinfonia Varsovia i Hiroshima Symphony Orchestra. Prowadzi je Tatsuya Shimono. To duży, ważny projekt. „Music for peace” Muzyka dla pokoju. Polscy muzycy jeżdżą do Hiroshimy, japońscy – przyjeżdżają do Warszawy. W tym roku jest dodatkowa okazja, bo obchodzimy stulecie nawiązania stosunków dyplomatycznych między naszymi krajami. Program niedzielnego koncertu jest bogaty, nieco nawet przeładowany, ale dobrze skomponowany. Na start – Uwertura „Bajka” Stanisława Moniuszki. Bo w tym roku jeszcze jedna rocznica – 200. urodziny kompozytora. Trochę mało bajkowy ten Moniuszko. Choć orkiestra brzmi pięknie, soczyście, to jednak momentami zbyt głośno, krzyczy do nas, zamiast opowiadać. Potem odważny skok w XX wiek. Andrzej Panufnik i Procesja dla pokoju. Majestatyczny, trudny w wymowie, piękny utwór. Słychać w nim, że pokój dopiero się wykuwa, przebija przez dźwięki wojny. A może w ogóle ta procesja jest wyrazem buntu wobec krwawej rzeczywistości? Nie szukając w historii utworu, wyobrażamy sobie. Muzyka sugestywna, zagrana przekonująco. Może kontekst, nadany przez oba zespoły, też wpływa na odbiór? Wzmacnia go jeszcze kolejny utwór – Tren Krzysztofa Pendereckiego. Jego dalszy tytuł – „Pamięci ofiar Hiroszimy” – został dodany później, ale dziś już nikt nie ma wątpliwości, że to jest muzyka tamtego dnia – 6 sierpnia 1945 roku, gdy po rozpadzie Little Boya nad miastem siedmiu rzek działa się hekatomba (Amerykanie celowo detonują bombę atomową tuż nad powierzchnią ziemi, żeby dokonać większych zniszczeń). Japonia wciąż przepracowuje swoje trudne doświadczenia, ale to zrozumiałe. Tu jesteśmy podobni, choć nie wiemy, czy motywacja jest taka sama. Bo Japończycy mówią: pamiętamy po to, żeby tego już nigdy nikt nie powtórzył. Pamiętamy, bo troszczymy się o potomnych. Nie wierzą Heglowi, który pisał, że „historia uczy nas jednego – że nigdy nikogo niczego nie nauczyła”. Japończycy chcą wierzyć, że jest inaczej.

I jeszcze „Umi for orchestra”. Japoński kompozytor tego utworu Dai Fujikura jest z nami, słucha, na koniec wywołany przez dyrygenta wstaje, minę ma zadowoloną. I słusznie. „Umi” brzmi pięknie, złowrogo, szlachetnie. To najlepszy utwór tej części programu – nasze subiektywne zdanie. Umi po japońsku znaczy morze. Pierwsze dźwięki i pierwsze skojarzenie – tsunami. To nie naiwne migotliwe morze z „La Mer” Debussy’ego. Ono nie faluje i nie koi. Ono pęcznieje, rośnie, grozi, zabija. I takie jest japońskie umi, które zalewa brzegi wysp kilkaset razy w roku. A raz na parę dekad czyni spustoszenia falami na kilkanaście, kilkadziesiąt metrów. I choć okazuje się, że „Umi” inspirowane było… powieścią Stanisława Lema „Solaris”, to i tak wrażenie tsunami pozostaje. Tak to odbieramy i już. Wolno nam. Tym bardziej, że akurat czytamy polecaną w Presto #25, w relacji z Japonii, książkę Katarzyny Boni „Ganbare! Warsztaty umierania” – o Japończykach, których historię pisze właśnie tsunami.


Krzysztof Jabłoński | fot. Wojciech Grzędziński / NIFC

W drugiej części zmiana klimatu. Chwila wytchnienia przy samych szlagierach. Krzysztof Jabłoński gra z orkiestrą Koncert f-moll Chopina. Próbujemy nie porównywać go z Marthą. Naprawdę próbujemy. Nie jest łatwo. W końcu się wykręcamy – to inne granie, inny pianista, porywa nas inaczej, czym innym. Uff. Piękna część druga, kontrastowa część trzecia, mocny finał. Są owacje, są bisy. I ciągle hity – Polonez As-dur na początek. Aaaale zagoniony. Myślimy – trzeba go grać majestatycznie. Skłania nas to do refleksji na temat tego, jak ważna jest przestrzeń w muzyce – jak oddech u śpiewaka. Poloneza w wykonaniu Jabłońskiego zaśpiewać się nie da. Potem już jest troszkę lepiej. Po trzech bisach – zasłużony koniec.

Dziś kolejne atrakcje. Sprawdzajcie program TUTAJ. I korzystajcie z tego, co przygotowano po raz 15. w Warszawie – jeśli tylko możecie.

{Kinga Wojciechowska, Maja Baczyńska}

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów