Mikołaj Stroiński: Byłem nie najlepszym uczniem

Mikołaj Stroiński, fot. arch. prywatne
Mikołaj Stroiński, fot. arch. prywatne

 

Jest kompozytorem pełnokrwistym, żadnego gatunku filmowego się nie boi. Ani serialu. Nosi brzemię, całkiem pewnie przyjemne, kompozytora muzyki do gry „Wiedźmin”. Możliwe, że już niebawem obejrzymy ekranizację tego dzieła w odcinkach z jego muzyką. Zanim to nastąpi, rozmawiamy z Mikołajem Stroińskim* o rodzinie, samotności, wytrwałości. I o muzyce oczywiście.

rozmawiają Kinga A. Wojciechowska i Maja Baczyńska
współpraca: Adrian Nowak

Część I – RODZINA

Pochodzisz z rodziny o tradycjach muzycznych?
Tak. Część informacji jest na mojej stronie, ale od mojego pokolenia, sięgając wstecz, to tak: mój brat, mimo że jest prawnikiem, gra na gitarze, całkiem nieźle; mój ojciec był trębaczem i pianistą jazzowym, i właściwie dzięki niemu robię to, co robię. Gdy miałem zaledwie sześć lat, wytłumaczył mi bardzo wiele zagadnień związanych z muzyką i ponieważ nimi nasiąknąłem, to później czułem się w pewnych aspektach dosyć silny. Mówię tu głównie o harmonii. Jego brat Wiktor Stroiński był założycielem zespołu „Dzikusy”, równoległego „Trubadurom”. Ludzie ze starszego pokolenia na pewno kojarzą tę grupę. Później wyemigrował do Norwegii. Dosyć silną muzycznie postacią był brat mojego dziadka Marian Stroiński, który był dyrygentem i dyrektorem artystycznym w kieleckiej filharmonii w latach 50.

Miałeś z nim jakiś kontakt? To chyba za duża przestrzeń czasowa...
Dokładnie. Nigdy go nie poznałem osobiście i nie mam wiedzy, czy poza Marianem Stroińskim ktoś jeszcze w świecie muzyki był zakorzeniony.

A od strony mamy?
Nie, zupełnie nikt.

Czyli główny wpływ taty?
Tak, najmocniejszy. Ja zdecydowałem się być muzykiem dość późno, natomiast rodzice wcześniej już wiedzieli, że mam – nie chcę użyć słowa – talent, bo dziś zbyt łatwo się nim rzuca. Ale pewne predyspozycje muzyczne i umiłowanie muzyki rodzice wcześnie we mnie odkryli i zapisali mnie do szkoły muzycznej, przez którą się troszeczkę przemęczałem, bo moje zainteresowania nie szły w parze z tym talentem, jeżeli takowy posiadałem. Do wykonywania muzyki natomiast dojrzałem dość późno. Już jako nastolatek. Ojciec pilnował tego, że w domu zawsze grała dobra muzyka i żeby o tę żywą muzykę tak solidnie się otrzeć. I właściwie jestem mu bardzo wdzięczny, że już jako sześciolatkowi wytłumaczył mi te zasady harmonii, które właściwe ludzie zaczynają rozumieć, gdy mają lat kilkanaście.

Pojmują je wtedy rozumowo, a Ty podchodziłeś do niej raczej intuicyjnie.
Tak. Tata wytłumaczył mi wszystkie akordy. W szkole muzycznej uczenie akordów zaczyna się od interwałów. Sekundy, tercje małe, wielkie, kwarty itp. On mi to wytłumaczył tak prosto – jak tak ułożysz rączki, będziesz miał akord wesoły, durowy, jak tak, to smutny molowy. Jak dwa tony obniżysz, to zmniejszony, jak dwa podwyższysz, to zwiększony. Gdy tak sobie zacząłem kombinować, sam to rozkopywać, to właściwie dzięki temu przez całe życie czułem się mocny z harmonii. Harmonię klasyczną zacząłem zgłębiać dopiero na studiach w Katowicach, ale ten punkt wyjścia bardzo dobrze mi służył. I właściwie do dziś na pierwszym miejscu moim językiem wypowiedzi jest harmonia.

Cieszę się, że o tym mówisz, bo czasem ten rodzinny aspekt się pomija, a może Twoje losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ojciec był np. lekarzem lub prawnikiem, albo nie zabierał Cię na swoje koncerty.
Możliwe. Myślę natomiast, że miłość i pociąg do muzyki i tak byłyby. Bo reagowałem na nią tak a nie inaczej. Teraz mam syna, który też reaguje na muzykę inaczej niż inne dzieci. Ja także się rzuciłem na muzykę na zasadzie negatywnej selekcji po tym, jak próbowano mnie uczyć różnych innych rzeczy w liceum. Byłem nie najlepszym uczniem i nie trafiały do mnie sposoby, jakimi próbowano mnie edukować…

A więc nie matematyka, fizyka czy chemia…
No nie, ja jestem pierwszy do krytykowania sposobu edukacji w Polsce i dla mnie przechodzenie przez podstawówkę i liceum to była katorga. Próba wpajania mi wiedzy to były porażki na obydwóch frontach, zarówno moim jako odbiorcy, jak i nauczycieli, a muzyka była dla mnie w naturalny sposób pociągająca. Pasja się rozpaliła. Patrząc wstecz, uważam, że misją nauczycieli powinno być to, żeby rozbudzać w uczniach ich pasje. Matematyka, fizyka, chemia, biologia to są na pewno fascynujące przedmioty, ale nie są one w większości szkół odpowiednio pokazywane.

To jak doszło do tego, że zacząłeś pisać muzykę?
Mam w sobie bardzo wiele przekory i buntu. Do tej pory jak mi ktoś mówi, że mam coś robić, to tego nie robię i na odwrót. Jak mi ktoś mówi, że tego się nie da zrobić, to ja kombinuję, jak by to zrobić. I również lubię łamać reguły, co jest kluczem w sztuce. Tylko te reguły trzeba jednak najpierw poznać. Zacząłem komponować jako nastolatek, gdy w szkole muzycznej przerabialiśmy wszystkie elementy muzyki, czyli rytm, melodię, harmonię. Pani nauczycielka powiedziała, że najważniejszy z nich jest rytm, bo można skomponować utwór bez harmonii, bez melodii, ale rytm zawsze jest. Tak jak z formą, nie ma od tego ucieczki. Ja tego za bardzo nie rozumiałem. Poszedłem do domu i zacząłem komponować utwór bez rytmu. Co jest oczywiście niemożliwe. Skomponowałem na pianinie taki utwór, który rytm miał bardzo poszatkowany, ale jak go grałem, to ten rytm jednak był, choć bardzo synkopowany. To był mój pierwszy utwór. Potem nastąpiła seria małych utworków na fortepian. Więc tak to się zaczęło. To był zresztą całkiem niezły kawałek, gdy tak spojrzeć wstecz.

Jeszcze go pamiętasz? Wykorzystałeś w jakiejś kompozycji?
Jakieś pierwsze dwa takty pamiętam, ale nie, nie wykorzystałem nigdzie.

Dalsza część wywiadu w #19 Presto. Muzyka Film Sztuka – szukaj w dobrych salonach prasowych!

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów