„Mojżesz”: Muzyka klasyczna okiem fana muzyki filmowej

Stanisław Kuflyuk jako Mojżesz

TOMASZ GOSKA: Tak jak w Kościele Katolickim istotnym elementem wzrastania w wierze są ćwiczenia duchowne, tak w przypadku rozwoju wrażliwości niezbędny jest okazjonalny kontakt ze sztuką wyższą.

Cytat z artykułu, który przeczytasz na filmmusic.pl

Muzyka jest tylko jednym z bodźców stymulujących te procesy, choć wielu specjalistów powie, że bardzo ważnym. W końcu nie obraz, ale właśnie odpowiednia kombinacja fal dźwiękowych najmocniej ingeruje w wyobraźnię odbiorcy. Lekcja, którą najchętniej zadałbym wszystkim filmowcom, równie dobrze może zostać odrobiona przez zwykłego konsumenta. Przecież to jego decyzje generują popyt i podaż. Tworzą rzeczywistość, w jakiej obraca się cała branża muzyczna. A ilu jest na tym świecie miłośników orkiestrowej muzyki filmowej, którzy nie potrafią odróżnić waltorni od tuby? Niemożliwe? A jednak!

Tak naprawdę inspiracją do napisania tego tekstu były przemyślenia po utworze, jakiego miałem okazję ostatnio wysłuchać. Żadna symfonia, uwertura czy koncert smyczkowy, a trzygodzinna opera sakralna. To jest dopiero lekcja pokory dla funkcjonującego na wysokich obrotach człowieka! Przynajmniej w teorii, bo praktyka pokazała coś zupełnie innego. Potencjalnie męczące i trudne w odbiorze słuchowisko okazało się jednym z najlepszych doświadczeń muzycznych, jakich ostatnio doznałem. Cóż to za dzieło?

Mojżesz Antona Rubinsteina. Nie kojarzycie? Nic w tym dziwnego, gdyż 15 października w Filharmonii Narodowej odbyła się jej światowa prapremiera. Zaraz, zaraz… Ale jak to? Stuletnia kompozycja, a jeszcze nigdy nie była oficjalnie zaprezentowana? Była, choć nie w całości, a już na pewno nie w takiej formie, w jakiej życzyłby sobie tego sam autor. Przez lata była na cenzurowanym za tematykę i treść, a po największej z wojen po prostu świat o niej zapomniał. Dzięki staraniom dyrygenta Michaiła Jurkowskiego miało się to zmienić. To on odnalazł i „wziął na warsztat” dzieło Rubinsteina, który w kwestiach orkiestracyjnych nie był ponoć najmocniejszy. Wielomiesięczną, tytaniczną pracę ostatecznie udało się doprowadzić do końca, angażując do wykonania Polską Orkiestrę Sinfonię Iuventus i Chór Filharmonii Narodowej. I jak na rasową operę przystało, na scenie nie mogło zabraknąć również „aktorów” – solistów płynnie prześlizgujących się po ambitnym libretcie. Podział kompozycji na osiem symbolicznych obrazów usystematyzował całą historię tytułowego bohatera, przeprowadzając słuchacza przez koleje jego losów: od narodzin, poprzez słynne wyprowadzenie izraelitów z Egiptu, aż po pełną patosu śmierć. A jako że tekst prezentowany był w oryginale, po niemiecku, przydatnym narzędziem okazały się tłumaczenia zawarte w programie. Dopiero głębsze „wejście” w libretto pozwoliło delektować się warstwą muzyczną: detalami aranżacyjnymi i sugestywnością niektórych fragmentów ocierających się miejscami o baletową finezję. Odbiór tej pracy z pewnością ułatwiało mi zamiłowanie do partytur Miklosa Rózsy z epickiego kina biblijnego. Mojżesz odcinał się jednak od lejtmotywicznego programu cechującego kompozycje Węgra. Co więc sprawiało, że te trzy godziny minęły niepostrzeżenie?

Myślę, że skala tego przedsięwzięcia, która w zderzeniu z tematyką biblijną i wybornym wykonaniem nie pozostawiała przestrzeni do jakiejkolwiek nudy. Pomocna okazała się również… wrażliwość muzyczna pielęgnowana okazjonalnym sięganiem po klasykę. Nie trzeba wcale wiedzy muzykologicznej lub wielkiego doświadczenia, aby czerpać nieskrywaną przyjemność z odkrywania historii i emocji kryjących się na kartach partytur Wagnera, Czajkowskiego, Prokofiewa, czy Holsta. Nie popadając przy tym w skrajności, można również utwierdzić się w przekonaniu, że muzyka jest nie tylko narzędziem w rękach wybranych osób, czy instytucji. Także nośnikiem pewnych uniwersalnych treści nieosiągalnych dla innych dziedzin sztuki.

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 9 (1 vote)