Morderczy Bruce

ŁUKASZ JAKUBOWSKI: Poliuretanowy carcharodon carcharias – żarłacz biały – zawiódł, a właściwie zawiodły jego trzy egzemplarze. Każdy ze sztucznych rekinów z filmu „Szczęki” ważył trzy tony i kosztował worki dolarów.

 

Mocowano go na podwodnych saniach sunących po dnie. Bruce’a, bo tak nazwano rekina, nieustannie uszkadzały prądy morskie, słona woda i pływy. Co więcej, podczas zdjęć dwie kamery Arriflex wpadły do morza. Zarejestrowany materiał uratowano cudem. Pracy nie ułatwiała też pogoda. Dni zdjęciowych było w końcu aż 150. Niezadowolona ekipa planowała po finałowym klapsie wypchnąć Spielberga za burtę. Reżyser dowiedział się o tych zamiarach i uciekł z planu, pozostawiając zrealizowanie ostatniego ujęcia swojemu asystentowi.
Jako że Bruce nie spełnił pokładanych w nim nadziei, przez większość ekranowego czasu widzimy nie rekina, ale jego POV (punkt widzenia). Spielberg postawił na zdjęcia, montaż, a przede wszystkim na muzykę, która skutecznie sugeruje obecność żarłacza białego. Kiedy John Williams zaprosił go do swojego studia i zaproponował temat w dwóch nutach, w odpowiedzi usłyszał śmiech, a potem pytanie: „To żart, prawda?”. W istocie słynny motyw grany na fortepianie nie przekonuje. Rozpisany na orkiestrę nabiera niespodziewanej sugestywności, która uczyniła go jednym z najbardziej rozpoznawalnych tematów muzycznych w historii kina. Dwie nuty miały w zamyśle Williamsa nie tyle straszyć widzów i budzić grozę jak w klasycznym horrorze, ale reprezentować zbliżającego się rekina, być jego muzycznym alter ego. Im drapieżnik bliżej swojej ofiary, im bardziej zdeterminowany, by ją wściekle zjeść, tym motyw silniejszy. Zabawne, iż początkowo Spielberg myślał o osłabieniu oddziaływania krwawych scen delikatną muzyką, najlepiej fortepianową.

 

https://www.youtube.com/watch?v=yrEvK-tv5OI

 

Podobno po obejrzeniu roboczej wersji „Szczęk” Williams powiedział, że został olśniewająco znokautowany. Nad partyturą pracował dwa miesiące. Inspirował się  „Świętem wiosny” Strawińskiego i „La valse” Ravela. Rezultatem było ponad 50 minut muzyki, nagranej w marcu 1975 roku z 73-osobową orkiestrą. Dwunutowiec wykonywał m.in. tubista Tommy Johnson. Podczas sesji muzyk zapytał, dlaczego tematu rekina nie wykonuje waltornia, której rejestr idealnie odpowiada zapisowi. Kompozytor odpowiedział, że tak będzie bardziej przerażająco.
Williams przed „Szczękami” (1975) znany był jako specjalista od katastroficznych widowisk – „Tragedia Posejdona” (1972), „Płonący wieżowiec” (1974), „Trzęsienie ziemi” (1974). „Szczęki” przyniosły mu pierwszego Oscara za oryginalny score (w 1971 otrzymał statuetkę za filmową adaptację musicalu „Skrzypek na dachu”), a także Złotego Globa, Grammy i nagrodę BAFTA. Wpływy ze sprzedaży biletów kinowych przekroczyły nieosiągalną do tamtej pory granicę sto milionów dolarów, o Spielbergu usłyszał świat, a John Williams stał się jednym z najbardziej cenionych kompozytorów filmowych… i tak jest do dziś. 

CIEKAWOSTKA: Na początku filmu widzimy miejską paradę z na wpół amatorską orkiestrą. Muzycy wykonują marsz Johna Sousa’y. Williams wspomina, że podczas sesji nagraniowej trudno było uzyskać od profesjonalistów efekt niedouczonego grania. Pomógł im Steven Spielberg, który kiedyś grał na klarnecie i coś tam jeszcze pamiętał.

 

https://www.youtube.com/watch?v=-fnq1s-babs

Oceń zawartość: 

Brak głosów