Muzyka naprawdę nie jest ważna

Wyprawa Kon-tiki. Do posłuchania

 

LUIZA BOROWIEC: Tak się składa, że stałam się ostatnio dobrze poinformowaną optymistką (jak żartobliwie definiuje się pesymistów…)

  • Fakt pierwszy: 80% społeczeństwa nie wie, że taki znak:  to klucz wiolinowy. Część z tych, którzy potrafią go jednak nazwać, nie ma pojęcia, do czego właściwie służy. Reszta to muzycy, muzykolodzy, bardziej zaawansowani melomani.
  • Fakt drugi: po internetach krąży filmik przekazywany sobie metodą wirusową z komentarzem: Niesamowite! Na filmie niespełna dwuletnia dziewczynka jednym palcem gra na keyboardzie „Były sobie kurki trzy”.

Fakt drugi wynika bezpośrednio z faktu pierwszego. 20-miesięczne dziecko swobodnie powtarza wyrazy, całe zdania, śpiewa piosenki, umie naśladować ruchy i wykonywać całe ich sekwencje (np. tańcząc „kaczuchy”). Dlaczego przy odrobinie treningu nie miałoby powtórzyć prostej melodii? Gdyby zagrało „Marsz turecki” Mozarta – padłabym na kolana, ale „Kurki trzy”? Jednym palcem?? W porządku – zaprzyjaźniony pedagog twierdzi, że kilkulatek grający sam melodię jednym palcem nie jest normą, że to umiejętność, którą trzeba wyćwiczyć. Dlaczego jednak większość starszych dzieci nie jest w stanie zagrać żadnej melodii, żadnym palcem? Może nie mają na czym? Może nie ma ich kto nauczyć grać? Żadna mama ani babcia?

Magiczna granica, od której dziecko niby powinno zacząć muzyczną edukację, to 5, góra 7 lat. Wtedy do gry wchodzą profesjonaliści: nauczyciele w szkole muzycznej. Decydują, czy dziecko będzie grać na skrzypcach czy fortepianie. Jeśli ma doskonały słuch – wtedy zdecydowanie skrzypce! Nawet jeśli młode chce szarpać struny gitary. Znajdzie się tysiąc powodów (z nich najistotniejszym wydaje się wzrost malucha), dla których nie powinien on sięgać po wymarzony instrument, ale za to należy go katować grą na skrzypcach. Jeśli wystarczy mu cierpliwości, po sześciu latach rzuci smyczek i kalafonię w kąt, skrzypce odłoży grzecznie do futerału i więcej po nie ręki nie wyciągnie.

Dlaczego muzyka z jednej strony towarzyszy nam we wszystkich ważnych momentach w życiu (zróbcie test: pierwsza piosenka, przy której się całowaliście, jaki utwór kojarzycie z maturą, a jaki – z zakończeniem studiów. A przeboje wakacyjne? Przypomnijcie sobie to najgorętsze w waszym życiu lato…) a z drugiej – uciekamy od niej, boimy się ją wykonywać. Znam matki, które nie śpiewają swoim dzieciom. Mówią, że nie potrafią, że fałszują. Może gdyby nauczyły się śpiewać od swoich matek, babć – byłoby im łatwiej.

Kiedyś pewien niedzielny meloman wybrał się na koncert do filharmonii. Usłyszał koncerty Beli Bartóka i Richarda Straussa. Wyszedł oszołomiony i skomentował krótko: jakie to było piękne! Wspaniała muzyka, taka filmowa!

We wrześniu część redakcji Presto wybrała się na Festiwal Muzyki Filmowej. Podobno było gorąco, choć pora już lekko jesienna. Koncerty przyciągnęły tłumy. Ponad 35 tysięcy ludzi w jednym miejscu zebrało się po to, aby posłuchać orkiestry symfonicznej. Brawa, standing ovation… Większości z nich próżno szukać w filharmoniach. Ktoś powie – muzyka filmowa jest lekka, łatwa i przyjemna. Odpowiem – posłuchaj filmów, porozmawiaj z Richardem Bellisem, Markiem Beltramim czy Johanem Soderqvistem, jakim niewolnikiem jest kompozytor muzyki filmowej, w jakich ramach musi się zmieścić, co zostaje czasem z jego artystycznych wizji, ile może zmienić dobrze dobrana muzyka, a jak może obraz zepsuć ta dobrana źle. A potem idź jeszcze raz na koncert i posłuchaj na przykład Kon-tiki z muzyką na żywo, z wykonanym live szelestem liści, szumem fal, solówką na duduku.

Kiedyś światem rozrywki rządziła opera i koncert kameralny, symfoniczny. Opera dzieliła się na tę poważną, seria, i kapryśną, wesołą, buffa. Kompozytorzy i autorzy librett byli odsądzani od czci i wiary, raz za to, że tworzyli dzieła zbyt trywialne, raz za to, że – zbyt niezrozumiałe. Brzmi znajomo? Gdy ludzkość zdobyła nowe umiejętności i stworzyła zaawansowane technologie, miejsce opery zajął film – najpierw niemy, do którego taperzy grali muzykę na żywo, a później kompozytorzy (tacy zwykli, dziś zwani klasycznymi) tworzyli muzykę. Z biegiem czasu wykształciła się osobna kategoria artystów – kompozytor muzyki filmowej. Klasyka poszła swoją, mniej użytkową drogą.

A gdyby pozwolić im się znów spotkać w naszych głowach? Gdyby słuchaczom muzyki klasycznej serwować wyśmienite kąski muzyki filmowej, a fanom Howarda Shore’a pokazać Czajkowskiego i Ravela? Muzyka dobra jest jedna, ale trzeba po nią sięgać jak najwcześniej. Nie zostawiać jej tylko profesjonalistom. I nie podchodzić do niej „przygotowanym”. Muzyka jest w nas. Spójrzmy na kilkumiesięczne dzieci, jak reagują na piosenki – te wesołe i na te smutne; a później – gdy podrosną – zobaczmy, jak tańczą, kołyszą na boki, idealnie w rytmie; a jak grają! Garnki, patelnie, łyżki – dzieci sprawdzają każdy odgłos. A zauważyliście, że zwracają uwagę na każdy dźwięk, nawet ten, który dochodzi z daleka? Kiedy o tym wszystkim zapomnieliśmy, a muzyka przestała być dla nas naprawdę ważna?

Felieton pochodzi z Presto #10: Muzyka jest kobietą

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów