Muzyka w powiewie wiatru

fot. pixabay

Siedziałem na tej mojej ławce może z pół godziny, kiedy zauważyłem, że jacyś spacerowicze, którzy normalnie minęliby mnie z krótkim pozdrowieniem, zatrzymali się i obserwują mnie z odległości kilku jardów, co było dosyć denerwujące.
- W porządku – odezwałem się z sarkazmem – nie musicie rzucać mi pieniędzy.
Odpowiedział mi radosny śmiech, który natychmiast rozpoznałem, i kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem podchodzących do ławki Szwabów.
Przemknęła mi przez myśl możliwość, że pojechali do Wiedźmy Frazer, zorientowali się, że zrobiłem ich w konia, i teraz przychodzą, żeby się ze mną porachować. Ale zaraz zobaczyłem, że nie tylko ten facet, ale i jego żona radośnie się uśmiechają. Cofnęli się parę kroków, żeby stanąć naprzeciwko mnie, a że słońce właśnie zachodziło, przez chwilę widziałem tylko ich sylwetki na tle wielkiego przedwieczornego nieba. Podeszli bliżej i zobaczyłem, że oboje wpatrują się w moją gitarę (na której wciąż grałem) z wyrazem radosnego dziwienia, z jakim ludzie patrzą na niemowlę. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie, że kobieta przytupuje do taktu. Zbity z tropu przestałem grać.
- Hej, dalej, dalej! - zachęciła mnie kobieta. - To, co pan grał, było bardzo dobre.
- Tak – potwierdził jej mąż – znakomite. Usłyszeliśmy to z daleka. - Pokazał placem. - Byliśmy tam, na grani, i powiedziałem do Sonji, że słyszę muzykę.
- I śpiew – dodała kobieta. - Powiedziałam do Tila: „posłuchaj, tam ktoś śpiewa.” I miałam rację, prawda? Przed chwilą pan grał i śpiewał.
Nie mieściło mi się w głowie, że ta roześmiana kobieta jest tą samą osobą, która tak nam zalazła za skórę podczas lunchu, i przyjrzałem im się uważnie, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie jest zupełnie inna para. Ale byli tak samo ubrani i chociaż wiatr potargał nieco fryzurę mężczyzny w stylu Abby, nie mogło być wątpliwości. Zresztą Szwajcar rozwiałby je następnym pytaniem:
- To pan jest tym dżentelmenem, który podawał nam lunch w tej uroczej restauracji?
Potwierdziłem.
- Tę melodię, którą pan grał przed chwilą – powiedziała kobieta – usłyszeliśmy tam, na górze, w powiewie wiatru. Podobało mi się, jak opada na końcu każdej linijki.
- Dziękuję – odpowiedziałem. - To coś, nad czym pracuję. Nie jest jeszcze skończone.
- To pana własna kompozycja? Jest pan bardzo utalentowany! Proszę, niech pan zaśpiewa to jeszcze raz tak jak przedtem.
- Wie pan co? - odezwał się mężczyzna. - Kiedy będzie pan nagrywał tę piosenkę, musi pan powiedzieć producentowi, że tak właśnie ma brzmieć. Jak to! - Wskazał za siebie na rozciągający się przede mną krajobraz Herefordshire. - Musi pan powiedzieć, że to jest to brzmienie, atmosfera, o którą panu chodzi. Wtedy słuchacz usłyszy pańską piosenkę, tak jak my ją usłyszeliśmy dzisiaj, w powiewie wiatru, kiedy schodziliśmy z grani…
- Tylko oczywiście trochę wyraźniej – zaznaczyła kobieta. - Inaczej słuchacz nie chwyci słów. Ale Tilo ma rację. Powinna w tym być sugestia otwartej przestrzeni. Powietrze, echo.
Wyglądali, jakby byli na granicy uniesienia, jakby spotkali wśród tych wzgórz drugiego Elgara.

/Kazuo Ishiguro, Malvern Hills ze zbioru opowiadań Nokturny/

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów