Niech cię skusi nordycka wiosna

OSKAR ŁAPETA: Przyznam się szczerze, że jeszcze do niedawna nie wiedziałem nic o Norwegian Chamber Orchestra. Kameralistyka nie jest moją mocną stroną, więc pewnie nawet gdybym o tym zespole słyszał – to niewiele bym sobie z tego robił. Jednak pewnego październikowego wieczoru przyszło mi do głowy, aby wybrać się na warszawski koncert NCO. Co mnie podkusiło? Przede wszystkim obecność muzyki Edwarda Griega i Arnolda Schönberga w programie. Ciekaw byłem wykonania suity „Z czasów Holberga” tego pierwszego, którą bardzo lubię, i aranżacji „Verklärte Nacht” tego drugiego. Powiem Wam, że to był jeden z takich koncertów, z których nie tyle się wychodzi, co wyfruwa. Poziom zaangażowania i czystej, niczym nieskrępowanej radości muzykowania zachwycił mnie bez reszty. Nie jest to jednak relacja z koncertu, a recenzja płyty, więc aby zakończyć jeden wątek i płynnie rozpocząć drugi, powiem tylko, że niebawem po owym koncercie w moim odtwarzaczu znalazł się nagrany przez Norwegian Chamber Orchestra album zatytułowany Nordic Spring.
Na krążku znajdziemy utwory kompozytorów skandynawskich, napisane w drugiej połowie XIX wieku i w pierwszej połowie XX wieku. W roli lidera zespołu i okazjonalnie skrzypka-solisty występuje Terje Tønnesen, solo na altówce wykonuje Lars Anders Tomter.
Otwierające album nagranie suity „Z czasów Holberga” Edwarda Griega to druga rejestracja tego utworu dokonana przez Norwegian Chamber Orchestra. Pierwsza, z 1979 roku, pomogła temu zespołowi zdobyć uznanie międzynarodowej krytyki. Nie znam tego nagrania, nie mogę więc powiedzieć, czym obie wersje się od siebie różnią. Jak już napisałem, bardzo lubię ten utwór, tak się jednak jakoś złożyło, że nie znałem wielu jego wykonań i nie miałem żadnego ulubionego. Ta wersja ma więc spore szanse na zostanie faworytem. Co skłania mnie do takiego sądu? Niepospolita witalność, energia i spontaniczność, ogromna precyzja, żywiołowo, motorycznie potraktowana rytmika, ostre i wyraziste akcenty, ciepła i ekspresyjna gra w bardziej lirycznych fragmentach – to wszystko składa się na interpretację wyrazistą i charakterną, o której trudno zapomnieć. To najlepsze z nagrań tej suity, jakie słyszałem do tej pory. Trudno usiedzieć na miejscu, kiedy słucha się takiego grania. Podekscytowanie wykonawców jest wręcz zaraźliwe! Tak na marginesie – to ciekawy zabieg: rozpoczynać album z założenia nordycki od dzieła, które zawiera Sarabandę (taniec hiszpański), Gawota (taniec francuski) i Rigaudona (również taniec francuski, prowansalski).
Kompletnie odmienny w charakterze jest inny hit na płycie – „Valse triste” Jeana Sibeliusa z muzyki scenicznej do sztuki „Kuolema”. Rytmika „smutnego walca” jest podkreślona subtelnie, a wykonanie nie jest ani przesadnie żywiołowe, ani nazbyt sentymentalne. Byłoby może trochę nijakie, gdyby wykonawcy nie pokusili się o wyciągnięcie z partytury Sibeliusa smaczków w sekcji drewna. Intrygujące!
Reszty utworów z krążka nie znałem. O tym jak ciekawa jest muzyka Kurta Atterberga pisałem już tutaj, a nagranie III Suity na skrzypce, altówkę i smyczki op. 19 tylko mnie w tym utwierdziło. Muzyka szwedzkiego kompozytora posiada prawdziwą głębię, jest przy tym ekspresyjna i bogata w odcienie emocji. Podobnie jak opisywana w poprzedniej recenzji VII Suita, utwór na niniejszej płycie powstał jako muzyka sceniczna, a inspiracją była tym razem sztuka Maurice’a Maeterlincka „Siostra Beatryks”. III Suita składa się z trzech części – Prelude, Pantomim i Vision. Wszystkie mają dość podobny, elegijny wyraz i dzielą pewien specyficzny, refleksyjny i jesienny klimat. Kulminacją cyklu i częścią robiącą największe wrażenie jest Vision. Wnikliwe ucho wychwyci tu odległe reminiscencje „Valse triste”, chociaż kompozycja Atterberga jest bardziej zróżnicowana wyrazowo i generuje więcej napięcia. Będę tu jeszcze pisał o muzyce tego kompozytora – tego możecie być pewni.
Kompletnie odmiennym utworem jest Romans na skrzypce i orkiestrę op. 26 Johanna Svendsena. Dominuje tu nastrój raczej idylliczny, nie brak też nawiązań do norweskiego folkloru w żywym środkowym epizodzie. Muzyce Svendsena brakuje oryginalności utworów Griega, Sibeliusa czy Atterberga. Jeśli jednak nie wstrząśnie nikim do głębi, to na pewno sprawi słuchającemu chwilę przyjemności.
O ile opisane do tej pory utwory miały w sobie coś angażującego i intrygującego, o tyle kompozycje Carla Nielsena (Mała suita na smyczki op. 1) i Edvarda Bræina (Serenada na altówkę i orkiestrę) nie były już tak wciągające. Ładne, ale nieco nudnawe, konwencjonalne i pozbawione indywidualnego rysu i głębi.
Przy dziełach Griega i Sibeliusa skupiłem się na stronie wykonawczej, pisząc o Atterbergu, Svendsenie, Nielsenie i Bræinie pisałem bardziej o muzyce niż o wykonaniu, ale jedną kwestię trzeba podkreślić jasno i wyraźnie. Poziom wykonawczy jest przez cały czas niezwykle wysoki, a to, że zespół potrafi odnaleźć się zarówno w utworach o wyraźnie zaznaczonej, ostrej rytmice, jak i w dziełach bardziej wyciszonych i refleksyjnych – dobrze świadczy o jego poziomie i wszechstronności. Płytę z czystym sumieniem polecam każdemu zainteresowanemu, ale słuchanie Norwegian Chamber Orchestra na żywo i obserwowanie, jak inspiruje ich Terje Tønnesen, to zupełnie co innego.
Proszę Was o jedno. Jeśli dowiecie się o koncercie tego zespołu – idźcie.
Dlaczego? Dlatego:
https://youtu.be/lOXdUwevcG8
 Ps. Dajcie mi znać. Chętnie wpadnę ;-)
Recenzja pochodzi z bloga Klasyczna Płytoteka, którego autorem jest Oskar Łapeta. Polecamy!

Oceń zawartość: 

Brak głosów