Nowa Callas mieszka we Wrocławiu i śpiewa na Śląsku

Na inaugurację 70. sezonu Opera Śląska postawiła na jeden ze swoich największych hitów w repertuarze "Łucję z Lammermooru", za którą w 2008 roku wykonawczyni głównej roli – Karina Skrzeszewska otrzymała ZŁOTĄ MASKĘ.  Co więcej - to właśnie ona zagrała znów Łucję i był to naprawdę świetny początek sezonu. 

Rok temu pisałem relację z innej pięknej acz krwawej opery. Marii Stuardy. Równie krwawo zaczęto 70. sezon na Śląsku. Łucja z Lammermooru to piękna opera, pełna melodii i dramatycznych momentów i krwi, a od wieków wiadomo, że tam gdzie krew tam i sukces. W końcu już gladiatorzy na arenach Rzymu byli bohaterami. A tak poważnie – włoskie belcanto w tej operze uzyskuje swój szczyt piękna formy, nie dziwi więc, że sala Opery Śląskiej znów wypełniła się po brzegi. Belcanto, czyli piękny śpiew, dało się usłyszeć od pierwszych chwil i w każdej minucie trzech aktów.

Nie mogę napisać relacji niezgodnej z sumieniem, więc napiszę po prostu jak było. A było tak… Zaczęło się spokojnie, orkiestra zagrała wstęp. W tle pojawiła się Łucja, która przy grze świateł zasugerowała lekko obłąkanym tańcem, co będzie się działo. Potem z jak najlepszej strony pokazał się pierwszy solista Stanisław Kuflyuk. Jego Lord Henryk Ashton przez cały spektakl urzekał mocnym stanowczym głosem, a postać była demoniczna i momentami wręcz straszna. Ale przecież o to chodziło właśnie. Despotyczny brata nakazuje Łucji ślub z niekochanym Arturem po to, by ratować swoją pozycję. Kobieta nie ma tu nic do gadania i nawet fakt, że przysięgała w zgodzie z sercem innemu, nic tu nie jest w stanie zmienić.

Amant powinien być młody!
Scena ślubowania, piękna i romantyczna choć dość mroczna. I tutaj po raz pierwszy dało się usłyszeć duet, który tego wieczoru zakrólował na deskach mojej kochanej Opery Śląskiej. Karina Skrzeszewska – doświadczona sopranistka, z oper takich jak Maria Stuarda, czy Anna Bolena i młodziutki ale jakże wspaniale śpiewający i zapowiadający się na przyszłość tenor Łukasz Załęski. To nazwisko trzeba zapamiętać, bo za kilka lat o tym młodym człowieku będzie głośno. Mocny, dramatyczny, ale jak trzeba to i niesamowicie ciepły i elastyczny, cudnie harmonizujący z głosem Skrzeszewskiej był tenor Załęskiego. Wspaniale oddawał najpierw atmosferę całkowicie w sobie zakochanych, ale nie mniej przekonujący był, gdy w scenerii grobowca zrozpaczony tragedią swej ukochanej śpiewał, że połączy się z nią już na zawsze, po czym ginął śmiercią samobójczą, dźgając się nożem.

To nic, że jest to jeszcze głos bardzo młody, że może potrzebuje jeszcze ogłady scenicznej, ale jest to głos, obok którego nie da się przejść obojętnie nie zwracając na niego uwagi. Jest już bardzo rzetelnie ustawiony. Osiąga z czystością, choć pewnie z nie jednym jeszcze stresem niesamowite wysokości, ale staje się na pewno partnerem dla wielu młodych śpiewaczek w operach, gdzie niekoniecznie zakochany bohater musi być panem w średnim wieku, by dobrze zaśpiewać swą rolę, będąc przy tym mało przekonującym. Łukasz Załęski jest i młody i przekonujący. A to na pewno daje mu spore szanse na niejednej scenie świata.

Głos we wszystkich kolorach tęczy
No i wreszcie czas mi napisać o roli, która przecież w tym spektaklu jest wiodąca. Łucja w wykonaniu Kariny Skrzeszewskiej jest niesamowita nie tylko w ostatniej scenie obłędu, ale od samego początku. Głosem od pierwszej nuty pewnym, stanowczym i niesamowicie brzmiącym Skrzeszewska maluje postać kolorowo i bogato. Sprawia, że z zakochanej kobiety staje się zrozpaczoną, rozdartą, nękaną przez cały jej świat, aż przeniknięta głębią rozpaczy traci realność świata i ucieka w świat swoich imaginacji popadając w obłęd, którego kulminacja sięga zenitu w kadencjach ostatniej arii. Łucja w wykonaniu Kariny Skrzeszewskiej jest bardzo przemyślana, bardzo sugestywna. Siedząc na widowni, gdy wychodzi ona do sceny obłędu, ma się wrażenie, że oszalała na serio. Rozwichrzony włos. Nieład ubioru, miotający krok na scenie i wreszcie śpiew, który słuchacza wbija w fotel. Koloratura podparta fletem jest perfekcyjna, nie ma złej nuty i ostatni dźwięk - wysokie Es, które wynosi ją na szczyt by za chwilę w gromie owacji rzucić ją na scenę omdlałą z obłędu. Po tej scenie wydawało się, że oszalała także publika. Głośne „Brawo, brawo!!!” dało się słyszeć z różnych stron widowni a oklaski trwały dłuższą chwilę, o wiele dłuższą niż przeciętnie.

Kiedyś przed laty w jednej z recenzji młodemu Wiesławowi Ochmanowi – notabene  debiutującemu w 1960 roku na scenie Opery Śląskiej w roli Edgara w Łucji z Lammermooru – ktoś napisał zdanie: „Czyżby nowy Kiepura?”  Pozwolę sobie zadać podobne pytanie i dziś – i to nie tylko sięgając do greckich korzeni maestry Skrzeszewskiej – Czyżby nowa Callas???

Lepsza od Callas
Tak!!! Słuchałem partii Łucji w nagraniach wielkiej Callas tuż przez spektaklem i zaraz po nim. I powiem tak – Skrzeszewska zaśpiewała to o niebo lepiej. Wiem, że teraz się oburzą miłośnicy wielkiej Marii – ja też do nich należę, ale muszę to stwierdzić w zgodzie z tym co widziałem i słyszałem…  Mamy w Polsce drugą Callas i czekam tylko, aż kariera Kariny Skrzeszewskiej sięgnie scen Mediolanu, Wenecji, Londynu czy Sydney. Bo jest to głos, który tam powinien zagościć i to jak najszybciej. Myślę, że zgodzi się ze mną każdy kto był tego wieczoru na widowni Opery Śląskiej.

Wspomnieć muszę jeszcze o chórze.  Podczas swojego Jubileuszu po przedstawieniu Borysa Godunowa – Wiesław Ochman wspomniał, że dawno nie słyszał tak śpiewającego dobrze chóru operowego. Mógłby ktoś pomyśleć, że to taka sobie grzeczność, bo wypada. No niestety nie była to tylko grzeczność.

Chór Opery Śląskiej od dłuższego już czasu również robi na mnie wielkie wrażenie. Mimo że jest zazwyczaj w operze tłem dla całej akcji i solistów to jednak godne uznania jest tutaj przygotowanie tego zespołu. W Łucji są momenty gdzie chór dopowiada czasem coś krótkimi frazami. Słuchając niedawno nagrania z La Scali - nie powiem, genialnego – tamtejszy chór w porównaniu z bytomskich wypadł mi raczej poprawnie, niż idealnie.  Niezwykle precyzyjne czasem zaledwie dwie trzy nuty są tu zawsze trafione. Równe, za ręką dyrygenta, razem z orkiestrą, bez opóźnień, których nie udało się niestety uniknąć w nagraniu wspomnianego chóry z La Scali. Tak więc znów wielkie brawa dla chórmistrzyni Krystyny Krzyżanowskiej-Łobody i całego zespołu, tak często niedocenianego.

Dobrze się stało, że dyrektor Tadeusz Serafin sięgnął po to przedstawienie w roku jubileuszu 70-lecia Opery Śląskiej. Zresztą jak zapowiedział przed spektaklem, nie będzie to jedyne w tym roku wznowienie – i bardzo dobrze. Niech brzmią na scenie dobre sprawdzone już nuty, bo tego miłośnicy opery oczekujemy, szczególnie gdy eksperymenty sceniczne – jak chociażby ze scenografią do Łucji – tak dobrze współbrzmią z muzyką.  A scenografia również jest godna uwagi, co widać na zdjęciach. Nie jest to dokładna scenografia przenosząca nas do zamku czy lasu. Właściwie niewiele się w niej zmienia w poszczególnych scenach, jedynie położenie i gra  świateł. Ale to wystarczy, by widz w wyobraźni przeniósł się w miejsce zasugerowane tylko symbolicznie.

Widzu, trochę kultury!
Jedyne co szczerze mnie tego wieczoru zdenerwowało i o czym chcę wreszcie głośno powiedzieć – bo to niestety nie pierwszy raz się zdarzyło, to brak kultury niektórych słuchaczy zasiadających na widowni i domorosłych fotografów.

Miałem wątpliwą przyjemność siedzieć przed panem, który nie wiem czy chciał się przed całą widownią, czy tylko przed osobą mu towarzyszącą popisać znajomością utworu i aktorów, ale swobodnym głosem komentował każdą scenę udając niewiadomo jakiego wielkiego znawcę. Dopiero kilka znaczących „chrząknieć” w jego stronę dało mu do zrozumienia, że nie jest w sejmie gdzie może gadać każdą bzdurę i łaskawie zamilkł. Była to już niestety połowa drugiej części spektaklu.

Podobnie rzecz ma się ze wspomnianymi fotografami. Opera Śląska jak i chyba większość teatrów zawsze stara się o to, by na spektaklu był jeden i TYLKO jeden profesjonalny fotograf, którego zdjęcia później udostępniane są prasie – także czytelnicy www.prostoomuzyce.pl mają możliwość je oglądać. Niestety zawsze znajdzie się ktoś kto musi się popisać posiadanym smartfonem czy nawet lustrzanką błyskając po oczach diodą, czy też strzelając milion razy migawką aparatu. Zastanawiam się po co przed każdym spektaklem miły głos przypomina nam z głośników o zakazie fotografowania i nagrywania, skoro i tak niektórzy widzowie uważają, że ich to nie dotyczy?

Może warto zrobić tak jak – ze wstydem to przyznaję – potraktowano mnie kilka lat temu w Teatrze ROMA, gdy zafascynowany scenografią chciałem sobie zrobić zdjęcie telefonem poczułem delikatne dotknięcie pani z obsługi i szeptem, acz stanowczo poproszono mnie o oddanie telefonu, który po spektaklu mogłem odebrać w szatni. Nie mam o to żalu, dziś wiem jak bardzo mogło to przeszkadzać i jestem jak najbardziej za. Idąc po niego myślałem że spalę się ze wstydu. I to może wreszcie pomogłoby zaprowadzić w naszych świątyniach kultury – prawdziwą kulturę. Gdyby kilka razy ktoś został wyproszony z widowni może wreszcie dałoby się w spokoju oglądać spektakle z szacunkiem dla aktorów i twórców.

 

Na zakończenie niespodzianka. Na dwa dni przed spektaklem udało mi się porozmawiać o roli Łucji z samą Kariną Skrzeszewską. Specjalnie dla czytelników Presto i www.prostoomuzyce.pl .

Pozdrawiam ze Śląska. Ks. Adrian Nowak

Wywiad z Kariną Skrzeszewską. Odtwórczynią partii Łucji w Operze Śląskiej.

 

Na kilka dni przed wznowieniem „Łucji z Lammermooru” w Operze Śląskiej w Bytomiu rozmawiałem z Kariną Skrzeszewską odtwórczynią tytułowej partii.

Ks. Adrian Nowak:             W 2008 roku śpiewała Pani partię Łucji podczas premiery w Operze Śląskiej. Dziś po kilku latach w Bytomiu wznowienie tej opery. Co wniosła ta partia w Pani życie jako śpiewaczki?

Karina Skrzeszewska:       Przede wszystkim Łucja to była moja pierwsza poważna rola w pracy zawodowej. Dostałam się do Opery Śląskiej z przesłuchania. Przygotowywałam się do tej roli dosyć długo a praca  ta była dla mnie bardzo pouczająca i niezwykle radosna, dlatego, że jest to opera, która kumuluje w sobie wiele pięknych melodii i scen, wspaniały romantyczny dramat miłosny. Z jednej strony wymaga ona od śpiewaka wielkiej dyscypliny, z drugiej strony pozwala – szczególnie w scenie obłędu na dużo swobody i własnej inwencji. W tamtym czasie zmierzenie się z tą rolą, gdy właściwie debiutowałam na scenie było sprawdzeniem swoich możliwości bo jest to partia wymagająca i wyczerpująca. Dobrze trzeba w niej rozłożyć siły, żeby w ostatnim akcie zagrać przejmująco scenę obłędu i zaśpiewać kadencję z fletem, na którą wszyscy czekają. Natomiast dzisiaj powracam do tej partii z nowymi doznaniami. Jestem artystką, która ma na swoim koncie wiele ról i inscenizacji, która poszerzyła swój repertuar o kolejne  piękne role. Zaśpiewałam Annę Bolenę i Marię Stuardę, przygotowuje się do Normy. Kreowanie belcantowych heroin wymaga gęstszego, nasyconego alikwotami głosu, który jednak nadal powinien być elastyczny w całej szerokości swej skali. Po takich doświadczeniach powrót do partii Łucji,  jest dla mnie jeszcze większą radością,  ponieważ zdobyte doświadczenie i umiejętności dały mi  dystans i swobodę, zarówno wokalną  jak i sceniczną.

 

 Ks. AN.:                  Powiedziała Pani, że jest to rola wyczerpująca. Jak wyglądają przygotowania do takiej roli?

KS.:  Kilka lat temu byłam jeszcze niezbyt doświadczoną śpiewaczką dlatego przygotowanie takiej partii wymagało ode mnie wielomiesięcznej pracy nad głosem, „wśpiewywania” poszczególnych fraz. Pracowałam nad tym z Dariuszem Grabowskim, który posiada nie tylko ogromną wiedzę na temat sztuki wokalnej ale i wyczulone „ucho” wyłapujące najmniejszy błąd. Praca z Profesorem,  jego wielka miłość do belcanta i ogromna skarbnica nagrań operowych LIVE, ukształtowały moją wokalną świadomość i muzyczny gust. Umiejętność zaśpiewania z pamięci całej partii, nawet najpiękniej, to jeszcze za mało aby na scenie wykreować postać. Pomogła mi w tym lektura powieści Waltera Scotta „Narzeczona z Lammermooru”, na podstawie której osnute jest libretto opery a potem już w  trakcie prób w operze, reżyser spektaklu, Bert Bijnen, przedstawił swoją koncepcję i podążając za jego sugestiami krok po kroku tworzyliśmy tę inscenizację. Opera romantyczna bez wypełnienia jej treścią dramatyczną, ekspresją może być nużąca. Odnalezienie odpowiednich środków wyrazu by do końca utrzymać odpowiednią temperaturę widowiska… To było najtrudniejszejsze.

Ks. AN. :                  Słynne teatry operowe stawiają często na wielkie, monumentalne wręcz scenografie. Opera Bytomska lubi ostatnio bardzo eksperymentować w dosyć symbolicznych scenografiach. Jak Pani odbiera przygotowanie inscenizacji , scenografii i całości spektaklu w Operze Śląskiej.

KS.:          Opera Śląska przygotowała ten spektakl razem ze Zdzisławem Supierzem, który zaraz po premierze wywiózł nasz spektakl na tournee do Holandii i Belgii. Podróżowanie z taką inscenizacją w jakiś sposób determinuje też jej wygląd i wykonie. Musi to być scenografia, która się zmieści do tira i będzie łatwo montowana i demontowana. To też było na pewno jakimś priorytetem branym pod uwagę podczas wykonywania scenografii, której autorem jest Marc Turow. Co daje taka inscenizacja, co daje  takie modernistyczne podejście?  Oczywiście ja też uwielbiam prawdę na scenie, zamek, ogród, fontannę, ale wtedy byłam zauroczona właśnie dużą prostotą tej scenografii, a z drugiej strony jej wielką wymownością. Pochyłe deski, nierówny podest, trafnie ilustrują wewnętrzny  świat Łucji. Mnie ta scenografia się podoba. Jest prosta, ale daje za to możliwość wyeksponowania solistów i muzyki. Nie ogląda się przepięknej dekoracji, nie ma zachwytu obrazem, ale to co my musimy wykreować na scenie musi być na tyle interesujące dla widza, aby się tą operą zachwycił. Mam nadzieję, że uda nam się z kolegami tego ponownie dokonać.

Ks. AN.: Na co dzień mieszka Pani we Wrocławiu ale jednak jest dość częstym gościem na deskach Opery Śląskiej w Bytomiu. Skąd ten sentyment i praca właśnie tutaj.

KS.:          Tak się złożyło, że jak zaczynałam śpiewać szukałam repertuaru, który mi najbardziej odpowiadał. Kiedy  dowiedziałam się w 2007 roku, że będzie realizowana właśnie Łucja z Lammermoor, przyjechałam tutaj na przesłuchanie. Udało się -  zaśpiewałam premierę, otrzymałam  Złotą Maskę i kolejne propozycje.  Oczywiście śpiewam także w innych teatrach w Polsce i za granicą. Samą Łucję wykonywałam podczas tournée w Holandii i Belgii a  także na zaproszenie maestro Petera Dworskiego w Koszycach. Jednak Opera Śląska stała mi się przez tę rolę bliska. Poza tym uważam, że Śląsk ma bardzo duży potencjał, są tu wspaniali ludzie. Bardzo lubię cały zespół stały opery.  Później przyszły kolejne partie: Gilda w Rigoletto, Carmina Burana, którą także nagrywałam z Operą Śląską, również nagrodzona Złotą Maską, Maria Stuarda. Te role dały mi tutaj pewien rozwój, żeby dojść do tego miejsca , w którym jestem dzisiaj, w którym mogę spokojnie powiedzieć, że głos jest nadal świeży i elastyczny , ma ruchliwość i swobodę w całości swojej skali, co pozwala mi się w dalszym ciągu rozwijać. Mogę iść po kolejne piękne partie.

Ks. AN.:  Wspomniała Pani Złotą Maskę za Carminę Burana ale także i właśnie za Pani Łucję… Jakie to było wrażenie dla debiutującej przecież wtedy śpiewaczki.

KS.           Byłam ogromnie zaskoczona tym wyróznieniem. Nie spodziewałam się.  Pierwsza partia i zaraz Złota Maska. Dałam z siebie wszystko i zostało to docenione. Pragnę aby ktoś kto przychodzi na mój spektakl, nosił jeszcze długo jego wspomnienie w swoim sercu.  Nagrody cieszą, ale nic nie zastąpi zachwytów publiczności, braw, owacji na stojąco. To są chwile satysfakcji i zapłaty za  trud tego zawodu.

Ks. AN.  Życzymy więc powtórzenia tego sukcesu z przed kilku lat na deskach naszej Opery Śląskiej.

KS.  Bardzo dziękuję.

 

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów