Obywatelom należy się muzykowanie

grajmywszkole
grajmywszkole

„Polska szkoła uczy wstydu. A muzyka nie na tym polega. Polega na byciu razem, cieszeniu się chwilą. To, że ludzie tak bardzo boją się śpiewać i grać, to wynik złego podejścia w szkołach, nie tylko na lekcjach muzyki.” – mówi Adam Świtała podczas dyskusji o akcji #grajmywszkole.

To miała być miła i łatwa rozmowa. Ale w sobotę poszłam na bal karnawałowy do przedszkola mojej córki. Wyszłam zażenowana, bo jedyne, co miała do zaproponowania dzieciom i rodzicom pani dyrektor z prawie 30-letnim stażem, to pan Andrzej w złoto-czarnej koszuli, ze złotą opaską na czole, zapodający pseudo-muzykę z taśmy oraz piosenki: „Jedzie pociąg z daleka”, „Kaczuszki” i… „Jesteś szalona”. Na koniec kazał rodzicom tańczyć „Jezioro łabędzie” do fragmentu baletu P. Czajkowskiego, także zagranego na instrumentach elektronicznych. Wiadomo, z jakim skutkiem… Nie miał nawet dobrego nagrania tego utworu. I nikt nie powiedział ani słowa… Pomyślałam sobie ze smutkiem: jeśli #grajmywszkole okaże się sukcesem, to co będą grać te szkolne zespoły? „Majteczki w kropeczki”?

Popieramy pomysł tworzenia zespołów muzycznych w szkołach! Do 20 lutego podpisz petycję tutaj.

Tą refleksją dzielę się z trzeba osobami, z którymi spotykam się w niedzielne popołudnie w siedzibie Fundacji „Muzyka jest dla wszystkich”. Viola Łabanow, Adam Świtała, Witold Roy Zalewski reprezentują Polskie Stowarzyszenie Edukacji i Animacji Muzycznej, ale mówią o sobie: obywatele, którzy w czynie społecznym upominają się o to, co ważne.

Rozmawia Kinga A. Wojciechowska

VŁ: Na całym świecie muzyka popularna istnieje w edukacji. Nie ma w tym nic złego. Najważniejsze jest, aby muzykalność rozwijać poprzez aktywność muzyczną. Wprowadzenie muzyki wyrafinowanej, artystycznej, bez wcześniejszego przygotowania gruntu pod nią, jest również skazane na niepowodzenie. Proszę zobaczyć, to od lat dzieje się na koncertach filharmonicznych w szkołach. Skutek?

Raczej mizerny…
VŁ: No właśnie! Trzeba walczyć o muzykalność dzieci w każdym wieku. Edukacja dotyczy przecież dzieci i młodzieży od lat 3 do 18.
AŚ: Ja bym jeszcze zapytał, czyim gustom schlebia ten pan Andrzej? Czy to był wybór dorosłych? Może tylko tej pani dyrektor. Na pewno nie dzieci… Opowiem Pani, jak to wygląda z mojego podwórka. Jestem jednym z animatorów projektu Dream up. Pracujemy z dzieciakami w świetlicach środowiskowych. Większość z nich nigdy nie grała na żadnych instrumentach, nie ma instrumentu w domu, mają trudną sytuację finansową, nie mają wsparcia w muzycznym rozwoju. Przychodzę do nich zawsze z jednym założeniem: jestem zainteresowany ich propozycjami.

I jakie one są?
AŚ: Na początku muzyka poważna w ogóle się nie pojawia. Hip-hop, rock, nawet disco polo. Ale już po kilku miesiącach dzieciaki same zaczynają proponować inne utwory. Mimo że my powstrzymujemy się od wszelkich sugestii.

To jak dzieciaki wpadają na trop innej muzyki, niż ta, której słuchają na co dzień?
AŚ: Kluczem jest… demo w instrumencie. Hitem okazało się „Dla Elizy” Beethovena. Dzieciaki same chciały to grać, bo zobaczyły, że to jest piękne. Co ciekawe, grają te klasyczne utwory na zaskakująco wysokim poziomie i po pewnym czasie zaczęli też odróżniać wykonania – podobało im się bardziej, gdy grali na żywo, niż odsłuchiwane z instrumentu demo. Dziś jestem już spokojny o nich, bo oni będą muzykować, będą się rozwijać.
VŁ: Jeśli w praktyce muzykowania pojawia się muzyka popularna, to ona prędzej czy później prowadzi do muzyki bardziej wyrafinowanej.
AŚ: Tak, bo uruchamiamy w sobie wrażliwość.

VŁ: Porównując muzykowanie ze sportem – nie da się gimnastykować przez oglądanie. Trzeba sport praktykować. Tak samo z muzyką.

No dobrze, muzykowanie jest ważne, wiemy, są nawet dowody naukowe, o których zresztą można przeczytać na stronie projektu. Kto jednak ma ten projekt realizować?
WRZ: W Polsce jest wielu nauczycieli, którzy mają pasję i doświadczenie. Cała akcja jest próbą nawiązania dialogu między muzykami a systemem edukacji. Bo narzędzia mamy, możemy wesprzeć nauczycieli we wprowadzaniu zajęć z muzykowania w szkołach. Ale system potrzebuje zmian w tym zakresie.

Jak wypracowujecie metody?
WRZ: W Stowarzyszeniu skupiamy ludzi – pasjonatów, specjalistów od muzyki tradycyjnej, improwizowanej, rocka, muzyki klasycznej. Co ważne, skupiamy nie tylko nauczycieli muzyki. To nasza baza.
VŁ: Chcemy reprezentować branżę muzyczną. Chcemy, żeby edukatorzy rozwijali się, żeby powstały dobre praktyki edukacji muzycznej i standardy edukacji muzycznej.

Da się je wypracować w naszym kraju indywidualistów, szczególnie indywidualistów w obszarze sztuki?
VŁ: Jeżeli środowiska nauczycieli i animatorów muzycznych będą współpracować, to tak!
AŚ: Ten projekt nie jest próbą narzucenia nauczycielom obowiązku. Jest próbą stworzenia możliwości dla rozwoju i wsparcia nauczycieli.

Ale skoro pasjonatów mamy i różne akcje dzieją się w całej Polsce, to po co angażować w to „system”?
AŚ: Większość akcji dla dzieci ma charakter eventowy. To samo dotyczy starszych dzieci i inicjatyw uczniowskich, które często mają wsparcie nauczycieli. Ale nauczyciele nie mają wsparcia w systemie.

I w czym tkwi problem?
AŚ: Nawet jeśli incydentalne spotkanie z muzyką jest wartościowe, to jeśli nie przeradza się w codzienną praktykę, efekt jest mizerny. Dzieci wracają do szkoły, gdzie funkcjonują na co dzień. A tam muzyki nie ma. Nie praktykuje się jej. A muzyka praktykowana ma wiele właściwości – poprawia komunikację interpersonalną, rozwija empatię, umiejętność słuchania innych, nawet szacunek do rówieśników, dorosłych.
WRZ: I jak Pani zauważyła – na naszej stronie mamy na to papiery! [śmiech]

Jakby się jednak uprzeć, to muzyka nam ciągle towarzyszy, nawet jeśli nie chcemy…
AŚ: To prawda, ale zwykle tylko jej słuchamy, a to nie wystarczy. Nie muzykując, nie korzystamy z tego potencjału muzyki, który jest naturalny i najcenniejszy. Teraz muzyka towarzyszy nam bardziej niż kiedykolwiek, słuchamy jej w sklepie, z telefonu, przy pracy, przy nauce.

No właśnie. Przy tej dostępności muzyki samodzielne granie jest właściwie fanaberią.
WRZ: Absolutnie nie jest. To naturalna funkcja i potrzeba człowieka. Nie można określać fanaberią czegoś, na co poświęca się wiele czasu, zasobów, co daje wiele radości.
VŁ: Ta fanaberia jest obecna w edukacji od starożytności.

AŚ: Nie zgodzę się, jeśli chodzi o tę Pani diagnozę. Mimo takiej dostępności muzyki nie ma przesłanek, że potrzeba aktywnego muzykowania zmalała. Jest cała masa praktyk, muzycznej działalności, które się rozwijają. Właściwie nadmiar muzyki w naszym otoczeniu właśnie buduje potencjał do muzykowania, bo staje się inspiracją – nagrania, wykonania. Tylko pytanie, gdzie możemy to robić i czy ktoś nam stworzy możliwości.

VŁ: Możliwe, że Pani stwierdzenie trochę wynika z tego, co obserwuję w szkołach.

A co Pani tam zaobserwowała?
VŁ: Brak wiary, że to muzykowanie jest możliwe. Polskie społeczeństwo odzwyczaiło się od myśli, że muzykowanie mu się po prostu należy. Obywatele w wieku szkolnym powinni mieć systemowo możliwość muzykowania. Dlatego mamy dwa cele w naszej akcji – praktyczne – podpisanie petycji. Autorzy podstawy programowej zaproponowali zapis dotyczący ustanowienia godzin na zespoły muzyczne w szkołach. Ministerstwo się jeszcze na to nie zdecydowało. Chcemy stworzyć więc oddolny nacisk. Pokazać ministerstwu, że ludzie chcą, aby praktyka muzyczna wróciła do szkół.
WRZ: Zespoły muzyczne to tak naprawdę pomysł autorów podstawy programowej.
VŁ: I on nas zainspirował. Ale konsultacje społeczne są też po to, żeby przekonać społeczeństwo do aktywnych form muzykowania.

Dlaczego ten dialog ze społeczeństwem jest tak ważny?
AŚ: Polska szkoła uczy wstydu. A muzyka nie na tym polega. Polega na byciu razem, wspólnym cieszeniu się chwilą. Muzyka jest narzędziem do tego. To, że ludzie tak bardzo boją się śpiewać i grać, to wynik złego podejścia w szkołach, nie tylko na lekcjach muzyki.

W edukacji skupiamy się tylko na błędach, a nie na naszych mocnych stronach?
WRZ: Tak oraz nie dajemy sobie czasu na eksperymentowanie. W muzykowaniu nie chodzi o perfekcyjne wykonanie dzieła, ale chodzi o to, żeby spróbować.
VŁ: To zabawa z podejmowaniem ryzyka, próbowaniem czegoś, czego się nie zna, w przyjaznej atmosferze, bo to sprzyja kreatywności. Improwizacja jest zabawna i łatwa.

To wcale nie brzmi jak edukacja…
VŁ: I bardzo dobrze. Tu bardzo ważny jest postulat, żeby muzyka w szkole, z racji swoich funkcji, służyła odprężeniu, a nie pochłanianiu wiedzy. Bardzo niedobrze, że zajęcia muzyczne są oceniane. Nie powinny być oceniane, ale powinny uwzględniać oczekiwania uczniów. Żeby mogli muzykować zachowując autonomiczność i autentyczne emocje. Inaczej to zajęcie męczące. Innym przedmiotem jest matematyka czy geografia. Zresztą tam też jest potrzebna kreatywność.
WRZ: Muzykowanie buduje inne nawyki niż np. nauka przedmiotów ścisłych.
VŁ: I działa pozawerbalnie, dopełnia rozwój. Dociera tam, gdzie nie dotrą słowa.

AŚ: Byłem niedawno prelegentem w Reykiawiku. Hasłem całej konferencji była „Edukacja jako budowanie jakości wspólnego życia”. Jeśli tak o tym pomyślimy, to jasne jest, że nauka muzyki nie służy przekazywaniu informacji, ale akcent powinien być przeniesiony na zespołowość.

A dlaczego na stronie projektu odwołujecie się do szwedzkiej podstawy programowej? To ciekawe, bo potocznie porównujemy się zwykle do Niemców, którzy od podstawówki grają i śpiewają w szkołach.
VŁ: Nie ma konkretnego powodu. Ktoś nam przesłał przetłumaczoną szwedzką podstawę programową i uznaliśmy, że ona jest dobra. W Stowarzyszeniu są osoby, które interesują się od dawna tym tematem. Wiemy więc, jak powinny wyglądać dobre praktyki. Szwecja jest tylko jednym z przykładów.
AŚ: W Wielkiej Brytanii jest tak samo. Tam rynek muzyczny ma się dobrze i edukacja muzyczna jest dużo lepsza. Panuje duża otwartość na style i gatunki muzyczne. Kładzie się nacisk na praktykę i dużo większy dialog z dziećmi. To dzieci tworzą rzeczywistość, w której żyjemy. Rozumieją to artyści. Właśnie w Anglii panuje teraz moda na tzw. community music making, w ramach której wspaniali artyści grający w dużych zespołach przeznaczają swój czas na prowadzenie amatorskich chórów i zespołów związanych z miastem, w którym się urodzili. Oni wiedzą, jakie to ważne, jak to buduje kontakt artystów z odbiorcami, że bez tego ludzie nie będą chodzi do filharmonii, opery. Nam tej świadomości, że muzyka jest praktyką społeczną, jeszcze brakuje.
WRZ: Wprowadzenie zmian systemowych otworzy pole do działania. Nie mamy gotowych rozwiązań a cała reforma wprowadzona jest chaotycznie.
VŁ: Ale środowisko muzyczne ma potencjał i kapitał, które nie są w pełni wykorzystywane.
AŚ: Otwarcie furtki do praktycznego podejścia do muzyki to podanie ręki ludziom, którzy już są w systemie edukacji. Ich pomysły gasną, bo system ich dusi. Sięgamy po ogromny potencjał, który już funkcjonuje. Takich zjawisk będzie więc jeszcze więcej.
VŁ: I bardzo ważna rzecz – zmiana nie musi się wiązać z wysokimi kosztami.
AŚ: Nawet w krajach skandynawskich, gdzie pracownie są bogato wyposażone, koszty ich prowadzenia w szkole są niewielkie. Wszystkie dane dostępne są na stronie naszego projektu.

A co można zrobić w miejscach, gdzie jednak nie ma kompetentnych nauczycieli? Bo przecież takich szkół jest mnóstwo. Nauczyciel plastyki uczący muzyki – to nagminna praktyka.
VŁ: To prawda, że część nauczycieli ma wystarczające kompetencje, a cześć nie ma. Nasza propozycja jest taka – aby praktykować cykle warsztatowe prowadzone przez lokalnych muzyków. I nie chodzi o to, że od czasu do czasu przyjeżdża grupa artystów i daje koncert, ale o to, żeby mieszkający w pobliżu muzyk regularnie prowadził warsztaty w szkole. Nauczyciel jest wtedy tylko organizatorem zajęć.

To możliwe?
WRZ: To się często dzieje. Chociażby w Wielkopolsce, gdzie jeden mistrz, Romuald Jędraszek, objeżdża szkoły, ma kilkuset uczniów. I nie ma możliwości zatrudnienia go w szkole.
AŚ: Chodzi o stworzenie możliwości dla formuły takich zajęć. Zmiana nie musi być kosztowna, ma wspierać potrzeby uczniów i nauczycieli. A tej ogromnej radości, jaką daje muzykowanie nie możemy odbierać ani dzieciom, ani sobie.
VŁ: Nauczyciele sami mają tyle blokad. Dzieci mają czasem do dyspozycji instrumenty, ale nauczyciele nie pozwalają grać, bo… zepsują. To powoduje, że na takich incydentalnych zajęciach muzycznych dzieci są skrępowane obecnością nauczycieli.
AŚ: A na warsztatach dzieci rozumieją, co to znaczy słuchać się wzajemnie. Nauczyciele – nie. Jak jest spontaniczna reakcja dzieci, to nauczyciele natychmiast ją gaszą. Więcej wysiłku trzeba czasem włożyć w pracę dorosłych, byśmy przełamali blokady, które w nas samych zaszczepił system edukacji.
WRZ: Jak akcja #grajmywszkole się powiedzie, to dopiero czeka nas dużo pracy – nad faktyczną reformą. To początek pięknej przygody!

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)