Paul McCreesh: Źle jest być specem od baroku

Paul McCreesh, fot. B. Wright
Paul McCreesh, fot. B. Wright

 

OSKAR ŁAPETA: To stary wywiad. Przeprowadziłem go we wrześniu 2012 roku we Wrocławiu, dzień po tym, jak Paul McCreesh poprowadził na festiwalu Wratislavia Cantans Pasję wg św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha. Spodziewałem się rozmowy z zacietrzewionym ortodoksem, zapatrzonym w nurt wykonawstwa historycznego. Spotkałem człowieka, który ma zdrowy dystans do siebie i poglądów. Zamiast pytać go o Bacha, miałem ochotę pójść z nim na piwo.

Materiał ukazał się w mocno skróconej formie w piątym numerze Presto. Niniejszym nadrabiam braki i po raz pierwszy przedstawiam całą rozmowę z Maestro. Dziś nie zadałbym niektórych niektórych pytań, inne sformułowałbym inaczej. Postanowiłem jednak pokazać materiał w całości, ze wszystkimi jego zaletami… i kilkoma wadami. Niektóre kwestie nie są już aktualne – nagranie Requiem Wojennego Brittena od dawna jest na rynku, a McCreesh nie jest już dyrektorem Wratislavia Cantans. Doszedłem jednak do wniosku, że skracanie tej rozmowy byłoby zabiegiem sztucznym i niepotrzebnym. Enjoy!

Sir John Barbirolli powiedział – „nie można z nikogo zrobić dyrygenta, dyrygentem trzeba się urodzić.” Zgadza się Pan z tym?
PAUL MCCREESH: W dyrygowaniu zawsze trzeba wziąć pod uwagę ekspresję muzyczną, zdolności interpretacyjne i umiejętności techniczne przekazywania swoich pomysłów. To są trzy najważniejsze elementy tej pracy. Oczywiście najważniejsze jest połączenie ich ze sobą. Trzeba też umieć pracować z różnymi ludźmi. Jednego dnia stoję przed wielką orkiestrą symfoniczną, drugiego – przed kameralnym chórem, wykonując Pasję wg św. Mateusza, trzeciego mogę wykonywać bardzo delikatną angielską muzykę chóralną, a innego dnia będę pracował z dziećmi albo młodzieżą. Wydaje mi się, że wiem, jakie są moje mocne i słabe strony. Oczywiście chciałbym pewne rzeczy robić lepiej. Najbardziej podstawową rzeczą jest jednak silna, namiętna reakcja na muzykę. Co dziwne, to jest coś czego dyrygentom bardzo często brakuje. Dyrygowanie stało się rodzajem sportu, patrzy się tylko na technikę. To jest oczywiście ważne, jeśli chcesz wykonać trudny utwór – Święto wiosny Strawińskiego albo Koncert na orkiestrę Bartoka. Ale to tylko jeden aspekt tej pracy. Widzę czasem dyrygentów, którzy mają świetną technikę, której im zazdroszczę i na którą ciężko pracuję, jak dyrygują Haydnem i Mozartem, nawet Beethovenem. Problem w tym, że oni nie czują tej muzyki, nie rozumieją emocji, jakie w sobie ma. Związek z muzyką jest ważny, im silniejszy tym lepiej, bo wtedy jesteś w stanie jakoś przekazać ekspresję słowami i gestami, żeby całość działała. To jest jak wejście do pokoju – wchodzisz i widzisz sto pięknych dziewczyn. Nie wszystkie ci się podobają - chcesz albo jedną, albo drugą, niektórym może podobać się chłopak. Każdy z nas jest inny, a każdy dyrygent pracuje na swój sposób. Mogę iść do orkiestry A i spędzić z nią fantastyczny tydzień, a mój przyjaciel może trafić do tej samej orkiestry tydzień później i znienawidzą się z muzykami.

Uważa Pan, że dyrygent powinien inspirować swoich muzyków?
To absolutnie jedyna rzecz, jaką można zrobić! Ale to bardzo, bardzo trudne. Jest dużo orkiestr, które nie chcą być inspirowane. Większość z nich chce, niestety, pozostać na niskim poziomie osiągnięć. Każda orkiestra ma swoją opinię o dyrygencie. Czasem wolałbym, żeby się po prostu zamknęli i zaczęli w końcu grać, a opinię przekazali po koncercie. Jestem łagodnym człowiekiem. Myślę, że to daje mi wrażliwość na muzykę, a mam nadzieję, że ją mam. Ale ciężko jest mi być twardym samcem alfa, a czasem tylko tak można osiągnąć to co się chce. Oczywiście można czarować muzyków i z nimi flirtować, ale kiedy stoisz przed setką ludzi, nie masz czasu mówić – “no, może zrobimy tu mały eksperyment.” To nie zadziała.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (2 głosów)

Strony

ZAMÓW PRENUMERATĘ