Paweł Kapuła: W dyrygowanie trzeba wejść, zaczadzić się tym totalnie

Paweł Kapuła, fot. Grzegorz Mart
fot. Grzegorz Mart

40 lat? A co on umie? Nic! – powiedział kiedyś 80-letni wtedy Jerzy Maksymiuk, zapytany o wiek, w którym dyrygent ma coś do powiedzenia jako artysta. Dyrygent-asystent w Filharmonii Narodowej nie ma nawet trzydziestki, ale wygląda na to, że już jednak wiele potrafi. Dał się poznać choćby w 2016 r., prowadząc koncert za Stanisława Skrowaczewskiego. To był zresztą debiut Pawła Kapuły jako dyrygenta Orkiestry Filharmonii Narodowej. W najbliższy weekend kolejna okazja, aby przekonać się, jakim jest dyrygentem. Kapuła poprowadzi aż trzy koncerty, w tym niedzielny charytatywny, dla ciężko chorej flecistki Joanny Tic-Ramos.

 

Kinga Wojciechowska: Wszyscy Pana znajomi są muzykami?

Paweł Kapuła*: Nie wszyscy.

 

To o czym Pan z nimi rozmawia?

O różnych rzeczach. Muzyka w moim życiu zawodowym i prywatnym obecna jest prawie na każdym kroku, więc chętnie dyskutuje na inne, równie ciekawe tematy. Czasem rozmawiamy jednak o totalnych bzdurach, nie zawsze trzeba rozmawiać na poważnie.

 

Interesuje ich to, co Pan robi?

Pewnie, wypytują mnie [śmiech]. Na czym polega ta praca, jak to się zaczęło. Nawet znajomi muzycy pytają o to, jak wyglądają próby w Filharmonii, przygotowania do koncertów.

 

I co pan wtedy odpowiada? Jak wygląda Pana praca z muzykami nie byle jakimi, bo Orkiestry Filharmonii Narodowej?

Hm… Po pierwsze muszę być na tyle dobrze przygotowany, sugestywny w gestach, dawać tak dobre uwagi, żeby przekonać tych muzyków. Bo nasza praca opiera się na tym, że mi ufają. Ja też im ufam.

 

Nie mają wątpliwości, widząc tak młodego dyrygenta przed sobą?

Zawsze mogą być wątpliwości. Riccardo Mutti opowiadał historię profesora, który umierał w zaawansowanym wieku, miał z 90 lat i na łożu śmierci dzielił się taką refleksją: „Bardzo mi przykro, że teraz odchodzę, bo dopiero zaczynam rozumieć, na czym polega dyrygowanie.” To ciągły proces. To ciągłe stykanie się z nowymi orkiestrami i z tą samą muzyką, która jednak nigdy nie brzmi tak samo. Jednej symfonii nie da się zadyrygować tak samo. Zawsze trzeba otworzyć partyturę i od początku się jej uczyć. Po koncercie jak się weźmie nagranie, to człowiek się zastanawia, jak można było coś takiego zrobić! [śmiech].

 

Człowiek się zmienia?

Tak! I styczność z wielkimi dyrygentami jest rozwijająca. Dzielą się doświadczeniami, których nie da się nauczyć. Oni wyprzedzają fakty i mówią o błędach. Bo to profesja, w której człowiek uczy się na błędach. Tylko tak się da.

 

A propos wielkich dyrygentów. Poprowadzić koncert za Stanisława Skrowaczewskiego – to chyba spore wyzwanie? Można się na to jakkolwiek przygotować?

A jeszcze to był mój debiut z Orkiestrą Filharmonii Narodowej! W grudniu 2016. Oczywiście miałem świadomość, kto zamiast mnie miał stać na estradzie, ale z drugiej strony – trzeba było stanąć i zadyrygować. Dla mnie był to koncert wyjątkowy ale – i taki, jak każdy inny. Czy to publiczność, która ma trzy latka, na koncertach edukacyjnych, czy ta bardziej wyrafinowana, zawsze muszę dać z siebie wszystko. Poza tym starałem się zagrać po prostu dobry koncert.

 

Ale w Panu jest stoicki spokój!

Nie zawsze, z natury jestem dość niecierpliwy, ale mam też w sobie dużo luzu.  Przynajmniej staram się. Bycie dyrygentem bardzo pochłania. Nie chodzi o to, że brakuje czasu na coś innego. W to trzeba wejść, zaczadzić się tym trzeba totalnie. Ale zostawiam sobie pewną dozę luzu i spokoju, choć to trudne. Muszę się do tego zmuszać. 

 

Codzienna rutyna też tak Pana mocno pochłania?

Wszystkiego za wszelką cenę nie można robić. Organizacja czasu jest ważna. Lepiej poświęcić dwie godziny dziennie na naukę partytury, ale robić to regularnie. Dyrektor [Jacek Kaspszyk, dyrygent i dyrektor artystyczny Filharmonii Narodowej – przyp. KAW] ma do tego świetne podejście i świetnie podpowiada mi, jak najlepiej zorganizować sobie pracę tak, aby była efektywna, ale nie przytłaczająca.

 

Jacek Kaspszyk, którego jest Pan asystentem, mówi, że miał 5 lat, gdy postanowił zostać dyrygentem. Nie wie dlaczego, ale zafascynował się tą rolą i tak już zostało. Paweł Kapuła miał podobnie?

Ja byłem trochę starszy, niż maestro Kaspszyk. Może miałem 10-11 lat. Nie podjąłem decyzji będąc dzieckiem, że chcę być dyrygentem, ale to było w mojej świadomości. Kiedy moi rodzice wychodzili z domu, brałem duże słuchawki, włączałem V Symfonię Czajkowskiego z Wiedeńczykami i pod Karajanem, i machałem rękami. Jak? Jakoś, jak mi intuicja podpowiadała. Dopiero tuż przed studiami przyszła świadoma decyzja. Za to zawsze widziałem, że chcę być muzykiem. W ogóle to chciałem być kompozytorem, pisałem dużo utworów. Jednocześnie miałem poczucie, gdy pisałem, że muszę umieć tym zadyrygować. Ale zrozumiałem, że nie będę dobrym kompozytorem. Ta dyrygentura – jako decyzja – przyszła nagle. Nie wiem, po prostu obudziłem się i o! Ale najwyraźniej siedziało to gdzieś w środku, może jako uśpione marzenie?

 

Bycie dyrygentem bardzo pochłania. Nie chodzi o to, że brakuje czasu na coś innego. W to trzeba wejść, zaczadzić się tym trzeba totalnie. Ale zostawiam sobie pewną dozę luzu i spokoju, choć to trudne.

 

Inny wybitny polski dyrygent Jerzy Maksymiuk mówi: 40-letni dyrygent? Przecież on jeszcze nic nie umie! Pan jest jeszcze młodszy. Jak Pan obroni taki „zarzut”?

Maestro mógł mieć na myśli to, że mając 20, 30, 40 lat i stając przed orkiestrą, czy ucząc się partytur, zwraca się uwagę na te rzeczy, które są już nieważne dla dyrygenta, który ma ogromne doświadczenie. Bo z czasem odkrywa się, na czym naprawdę polega dyrygowanie.

 

A czym nie jest?

Może to przyrównam do pierwszej lekcji dyrygentury. Wtedy człowiek uczy się schematów, kierunku ruchów dłońmi. I dla kogoś, kto zaczyna, to jest najważniejsza rzecz na świecie. A to jest tylko taktowanie, to jeszcze nie dyrygowanie. Może Jerzy Maksymiuk mógł mieć na myśli to, że jak się otwiera partyturę po raz setny, to człowiek nagle widzi, słyszy zupełnie inny utwór. Widzi te same nuty, ale to zaczyna dla niego inaczej brzmieć. To jest interpretacja, to jest to, co z tego utworu się wyciąga. I to się nagle widzi. Nie wszystko jest jasne dla młodego dyrygenta, a praca z orkiestrą i zetknięcie się z partyturą brzmiącą tu i teraz to jedyna możliwość zdobywania doświadczenia.

 

No i tu Maestro mógłby się zdziwić. Bo Pan jest młody, a czuje Pan różnicę między taktowaniem a dyrygowaniem.

Doświadczyłem już tego, że jeśli się jest sobą, i to, co prezentuję w sensie interpretacji, jest spójne, logiczne, nie koniecznie takie, jak proponowali Toscanini czy Abbado, to orkiestra daje się przekonać. Inaczej doświadczony muzyk w orkiestrze pomyśli o mnie: „spadaj młody”. Ważna jest umiejętność pracy z zespołem, bo każdy ma swoją wrażliwość. Na próbie i na koncercie jest się razem. Inaczej to się nie uda. Ja zawierzam orkiestrze, a orkiestra ufa mnie. Ja prowadzę, ale to prowadzenie nie powinno być autorytarne. Oczywiście, muzycy zawsze zagrają, ale to nie o to chodzi.

 

Pięknie to brzmi, filozoficznie. A czym praktycznie zajmuje się dyrygent-asystent dyrektora artystycznego Filharmonii Narodowej?

Przede wszystkim jestem na wszystkich próbach w pełnej gotowości. Cały sezon artystyczny asystuję dyrektorowi artystycznemu i wszystkim dyrygentom gościnnym.  Wciąż się uczę i obserwuję jak pracują ci dyrygenci, jak dyrygują. Prowadzę koncerty i poszerzam swój repertuar. Prowadzę też próby, prowadziłem również bandy, orkiestrę „off-stage” grającą zza sceny (np. w Symfonii alpejskiej Straussa).

 

Ma Pan głód wiedzy?

Tak. Ale to także względy praktyczne. Bo nigdy nie wiadomo, czy coś nie wypadnie i nie będę musiał poprowadzić koncertu w zastępstwie. Ale tak, to ciągle nauka. Jeszcze czasami biorę udział w tournée, przygotowuję orkiestrę do nagrań i nagrywam z nią materiały archiwalne. To jest taki etap przed ostatecznym wejściem w autonomiczne prowadzenie orkiestry. Choć gdy prowadzę koncert, to jestem już tylko dyrygentem, nie asystentem. Ale to najlepszy etap. Uczę się tego, co będzie na mnie czekać na dyrygenckiej drodze a co mogę wyciągnąć tylko i wyłącznie z asystowania doświadczonemu dyrygentowi i orkiestrze.

 

Kiedyś dyrygenci bardzo starali się nadać swój oryginalny sznyt utworom. Do tego stopnia, że potrafili przesadzać orkiestrę, wymyślać – jak Stokowski specjalne sposoby smyczkowania, czy jak Bernstein – skracać i przyspieszać utwory. A jaka jest metoda Kapuły na oryginalność?

Nie wiem, czy to jest potrzebne. Nie wiem, czy oni  to wymyślali, żeby być oryginalni. Stokowski prosił o wolne smyczkowanie, ale chodziło o pewien określony, konkretny efekt [wolne smyczkowanie – w wolnym tłumaczeniu: każdy muzyk w sekcji smyczkowej prowadzi smyczek jak chce, dzięki czemu nie ma ciszy między dźwiękami, melodia cały czas płynie – przyp. KAW]. W tamtych czasach potrzeba bycia oryginalnym nie była taka ważna jak teraz. Ale nie zastanawiam się nad tym. Trzeba być po prostu sobą. Nawet jeśli się czasem zadyryguje, zinterpretuje tak, że to nie wpisuje się w kanon, ale jest to moje i przekonałem do tego orkiestrę i publiczność się przekona – to jest oryginalność, która mi wystarczy.

 

27 i 28 kwietnia poprowadzi Pan dwa koncerty. Proszę o nich opowiedzieć. Co to za muzyka, dlaczego akurat taki program usłyszymy i na co my – słuchacze szczególnie powinniśmy zwrócić uwagę.

Po pierwsze to dwa koncerty abonamentowe w ramach cyklu „Niepodległa. Wydarzyło się w wolnej Polsce.” Ideą tych koncertów jest to, żeby pokazać utwory, które powstały w wolnej Polsce i zaprezentować je w kontekście muzyki, która w tym samym momencie była pisana na świecie. Dlatego w drugiej części będzie Symfonia Dymitra Szostakowicza. A na początek Uwertura Paderewskiego odkryta 30 lat temu, utwór niewykonywany i mało znany. I I Koncert fortepianowy Gablenza, kompozytora, który urodził się w Krakowie, a zmarł tu niedaleko, w Piasecznie pod Warszawą, w 1937 r. Pracował w fabryce, bo przejął ją po śmierci ojca i to go tak pochłonęło, że na parę lat przestał komponować. To był czas rozwoju inżynierii, technologii. I tym się pasjonował. Koncert fortepianowy Des-dur to bardzo długie dzieło, z rozbudowaną partią fortepianu, taki trochę w stylu Rachmaninowa. Gablenz to postać zupełnie nieodkryta, więc cieszę się, że go przypomnimy. Ten koncert gram z Josephem Moogiem, który zdecydował się nauczyć tego utworu specjalnie dla nas! Ale z symfonii Szostakowicza najbardziej się cieszę, bo na mnie najbardziej oddziałuje.

 

Nawet jeśli się czasem zadyryguje, zinterpretuje tak, że to nie wpisuje się w kanon, ale jest to moje i przekonałem do tego orkiestrę i publiczność się przekona – to jest oryginalność, która mi wystarczy.

 

Dlaczego?

To muzyka niezwykła, płynąca prosto z jego duszy, będąca lustrem tego, co czuł jako człowiek, kompozytor, obywatel. Bo całe jego życie było podporządkowane sytuacji politycznej w Związku Radzieckim. Pierwszą symfonię napisał, gdy miał 18 lat. To niebywale, że to symfonia w pełni dojrzałego kompozytora. Idealna, zadziwia instrumentacją. Od samego początku, jak się jej słucha, to widać, że to on, cały jego idiom stylistyczny, jak to się mówi, jest w tej symfonii.

 

Zapowiedź przyszłych utworów?

To już nie jest zapowiedź! W niej JEST to wszystko, co w przyszłych utworach. Po niej da się rozpoznać, że to Szostakowicz. Dlatego to utwór niezwykły. Szostakowicz wszystko ustalił. Geniusz! Bo już pierwsza symfonia Beethovena taka nie jest – jest mocno osadzona jeszcze w klasycyzmie.

 

Jaka jest symfonia Szostakowicza? Ja wiem, są Youtube, Spotify, Tidal, można sobie przesłuchać przed koncertem, ale proszę o niej opowiedzieć po swojemu.

Trudno w kilku zdaniach opisać to dzieło. Myślę, że wiele do myślenia może dać to, co powiedział o niej maestro Maksymiuk. Miałem szczęście widzieć jego partyturę z notatkami i refleksjami, które wpisał na temat tego utworu. W kilku miejscach można przeczytać „magic sound”. Symfonia ma cztery części i w każdej piękne, liryczne melodie, które mają niesamowitą głębię. Jest tu też ironia, sarkazm, groteska i to nie jest pusty chichot.

 

Na koncert zapraszam razem z Panem, a tymczasem mam jeszcze kilka krótkich pytań:


Paweł Kapuła podczas próby. fot. Grzegorz Mart

Ulubiony kompozytor?

Szostakowicz i Mahler.

 

Ulubiony utwór?

Jeden mam wskazać? Nie da się. Wyślę Pani maila z listą. 

 

Ulubiony dyrygent?

Nie odpowiem na to pytanie [śmiech]. No dobrze. Carlos Kleiber.

 

Z jakim solistą chciałby Pan wystąpić?

Martha Argerich! Jest ich wielu, ale z Marthą… Zawsze!

 

Niezrealizowane jeszcze marzenie? Prywatne, zawodowe, dowolne.

Ja się nie zastanawiam nad takim rzeczami. Może coś we mnie siedzi podświadomie. Trudno mi powiedzieć. A może zbyt wiele bym chciał? [śmiech] Ale myślę, że moje marzenia właśnie się spełniają.

 

Gdyby nie był Pan dyrygentem, to kim?

Kiedyś myślałem, żeby pójść na medycynę… Dobrze, że jednak zostałem dyrygentem [śmiech]. Ale dyrygent musi mieć rękę chirurga: opanowanie i stabilność musi być.

 

Woli Pan dyrygować z batutą czy bez?

Zawsze z batutą! Chociaż niektórzy dyrygenci mówią, że bez batuty jest większa plastyczność dłoni, szczególnie jak się dyryguje chórem. Niektóre fragmenty w utworach symfonicznych można dyrygować bez batuty.

 

We fraku czy na luzie?

We fraku, na luzie.

 

Najtrudniejsze w pracy dyrygenta jest?

Odpowiadanie na takie pytania jest trudne!

 

Która sekcja instrumentów najbardziej działa na Pana wyobraźnię?

Nie ma  takiej. A raczej – wszystkie działają.

 

Jakie instrumenty lubi Pan w orkiestrze?

Cała orkiestra współtworzy brzmienie. Poszczególne instrumenty – to może być ważne dla kompozytorów. Melanż wszystkich instrumentów lubię i to, jak zabrzmią razem.

 

Koncerty powinny być zapowiadane, czy publiczność powinna mieć muzykologiczne przygotowanie?

U nas koncerty są zapowiadane, są wykłady przed. Ale wydaje mi się, że żaden koncert nie powinien być przerywany słowem mówionym. Koncert to po prostu muzyka. Zapowiedzi są trudne, bo co tu powiedzieć? Jak nie zanudzić tych, którzy się znają? Najlepiej pójść na ten wykład wprowadzający jednak…

 

Kogo widziałby Pan na swoich koncertach?

Wszyscy są mile widziani!

 

Koncerty na stadionie czy w kameralnej sali?

W kameralnej sali.

 

Świetna akustyka czy świetna atmosfera?

Świetna akustyka. Świetną akustyką da się zrobić świetną atmosferę.

 

Co Pan robi w czasie wolnym? Nie odpowiadamy: w czym?? ;-)

Dużo rzeczy robię. Spędzam ten czas, jak każdy inny. Chodzę do kina, robię zakupy, czytam książki, uczę się języków, spotykam ze znajomymi…

 

Edukacja i wiedza czy intuicja i wrażliwość?

Można powiedzieć, że każdy jest w pewien sposób wrażliwy. I można tę wrażliwość pobudzić. Bo może nie wszyscy są świadomi, że pewne rzeczy mogą na nich oddziaływać. Artyści są bardzo wrażliwi, a każdy ma coś w sobie.

Jeśli nie czuje nic, słuchając muzyki, która dla ogółu jest porywająca, to nie wiem, czy to świadczy o braku wrażliwości, a może faktycznie brakuje wiedzy? Poczucia pewności. Niektórzy tego potrzebują. Ważne są przecież też skupienie, umiejętność dobrego słuchania. Tego nie da się osiągnąć, myjąc garnki przy muzyce. Może ludzie, którzy przychodzą do filharmonii, czują się zawiedzeni, bo brakuje im tej umiejętności słuchania, skupienia, tego, żeby wejść w muzykę.

 

* Paweł Kapuła, ur. 1993 r., miał 24 lata, gdy został wybrany z grupy 32 kandydatów, z których do końcowych przesłuchań 25 czerwca 2016 z udziałem Orkiestry FN wyłoniono 10 uczestników (ostatecznie udział w nich wzięło 9 osób).

Młody artysta studiował dyrygenturę u Tadeusza Strugały i Stanisława Krawczyńskiego na Akademii Muzycznej w Krakowie oraz muzykologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W grudniu 2014 roku zadebiutował w Warszawskiej Operze Kameralnej dyrygując premierowym przedstawieniem „Zamku na Czorsztynie” Karola Kurpińskiego. Był też asystentem Andrzeja Boreyki w Orchestre National de Belgique.

Był nominowany do nagrody Koryfeusz Roku 2017 w kategorii Debiut Roku, gdzie znajdziecie kilka ciekawych zdań na temat artysty.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów