Pięknie tu śpiewają

Podczas czwartego wieczoru Śląskiego Festiwalu bohaterami byli głównie Włosi.

Zanim jednak trafimy do Sali pod Obserwatorium w Głogówku, musimy dotrzeć do samego miasta. Dojazd pociągiem jest specyficzny – jedzie się przez las, pociąg zatrzymuje się, a ludzie wyskakują prosto na murawę, bo peronu brak. Chyba taka lokalna specyfika, bo nigdzie indziej czegoś takiego nie widziałem. W samym Głogówku jest już trochę lepiej – jest  peron, i to taki, na którym wysiadał sam cesarz Austro-Węgier. Nazwał wtedy Głogówek "małym Berlinem". Do miasta idzie się długą lipową aleją, urokliwą i wprowadzającą w spokojny klimat tego miasteczka. Trzeba przyznać – uwertura godna Beethovena!

Zatrzymałem się w Hotelu Salve, bardzo gościnnym miejscu, którego właściciele co roku są partnerami Festiwalu a także angażują się w inne kulturalne wydarzenia organizowane w mieście. Żeby dotrzeć na koncert, trzeba przejść przez zabytkowe centrum Głogówka. Niedługi to spacer i bardzo przyjemny, po drodze zabytkowy ratusz, kamienice, galeria sztuki, i równie zabytkowe obiekty sakralne - Klasztor oo. Franciszkanów z Domkiem Loretańskim (budyneczek - kaplica obudowana nawą kościoła), grób pański. A niedaleko - Muzeum Regionalne mieszczące się w zabytkowej baszcie i Zamek Oppersdorfów, w którym koncertował Beethoven...

W programie koncertu znalazły się arie – wykonywał je duet: Ewelina Szybilska – sopran koloraturowy i Łukasz Gaj – tenor, a akompaniowała im Halina Mansarlińska. Całość prowadził Jacek Woleński – dyrektor artystyczny Festiwalu. Byłem w Głogówku pierwszy raz. "No dobrze – pomyślałem – niech pan szybko powie swoje i da w końcu posłuchać muzyki". Ale muszę się przyznać, że kiedy Pan Jacek zaczął mówić – nie mogłem przestać go słuchać i pomyślałem, że gdyby takich charyzmatycznych osób było więcej, to i samej muzyki klasycznej słuchałoby więcej osób. Pan Jacek daje słuchaczom to, czego potrzebują – poczucie, że mogą przyjść na taki koncert, nie znać się, a on i tak wytłumaczy, co i jak. A nie dość, że wytłumaczy, to jeszcze zaciekawi i rozbawi.

A było czym zaciekawić – fabuły oper Mozarta, Rossiniego, Donizettiego i Verdiego, które wypełniły pierwszą część koncertu, są żywe i pełne humoru. Takie też było i wykonanie – duet zrobił bardzo dobre wrażenie, choć muszę się przyznać, że po pierwszej części koncertu musiałem uciec na tył sali. Dźwięk rozchodził się tam dużo lepiej, a głośniejsze partie nie brzmiały tak świdrująco. Nie jest to też tylko moja opinia – pani, z którą rozmawiałem w przerwie, powiedziała to samo...

Hitem pierwszej części były bez wątpienia – aria Rozyny z "Cyrulika sewilskiego" Rossiniego, aria księcia z "Rigoletta" Verdiego i duet z "Napoju miłosnego" Donizettiego. Śpiewacy musieli wychodzić na scenę kilka razy, a publiczność raczej niechętnie pozwalała im odejść.

W drugiej części koncertu zrobiło się już poważniej – najpierw aria Musetty z II aktu "Cyganerii" Pucciniego. Dalej belcanto, ale inne – mroczniejsze, z pazurem. Potem krótka wycieczka do Francji – walc Julii z "Romeo i Julii" Gounoda i aria Werthera, a na koniec Verdi – "Libiamo" z "Traviaty". W nazwiskach i tytułach można by się pogubić, ale nad całością czuwał Pan  Jacek, który po każdej arii mówił parę słów o następnym utworze.

Zaskoczyła mnie atmosfera – przyjacielska, prawie rodzinna. Na przerwie słuchacze przy kawie i herbacie z zacięciem komentowali koncert, ale pozytywnie, bez muzykologicznego i krytykanckiego zacięcia, z jakim często spotykam się w innych miejscach. Przyszli tam też artyści i Pan Jacek. Ten ostatni był oblegany przez słuchaczy, co mnie akurat nie dziwi – sam byłem jednym z oblegających. Jeśli ktoś nie wierzy, że takie rzeczy są możliwe – niech przyjedzie i przekona się na własne oczy i uszy. Szczerze wątpię, by nawet po jednym koncercie można było wyjechać z Głogówka rozczarowanym. A to przecież jeszcze nie koniec...

Koncertu wysłuchał Oskar Łapeta

Belcanto fotografował Lucjan Wójcik: [gallery]364[/gallery]

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)