Piękny, szybujący nonsens

Muzycy ustawili pulpity i zaczęli stroić instrumenty. Stafford Williams odwrócił się w stronę publiczności. Był ogromnym Murzynem. Głębokim, tubalnym głosem zapowiedział:
- Szef straży pożarnej Waszyngtonu poinstruował mnie, żeby powiedzieć państwu, że podczas tego koncertu nie wolno palić. Pozwolenie…
- To znaczy, że nici z potańcówki z maryśką? - krzyknął ktoś.
Wszyscy się roześmieli.
- Właśnie - odparł Williams. Podniósł ręce i natychmiast publiczność się uciszyła. - Koncert B Albinoniego – zapowiedział.
Odwrócił się, podniósł prawą dłoń. Smyczki powędrowały ku strunom.
Chwila przerwy.
Opuścił dłonie i natychmiast nastąpił atak dźwięków.
Głośność orkiestry zaskoczyła mnie. Przez chwile Teatr Merridew pogrążony był w ciszy, aż tu nagle zaczęły wiać potężne podmuchy muzyki. Zupełnie jakby sala była pustym płucem, które nagle wypełniało się powietrzem. Otoczyło nas coś niematerialnego – wijąc się i wymykając urzekająco – i zajęło całą przestrzeń, do ostatniego zakamarka. Byłem przekonany, że podobnie zaczarowane są wszystkie myszy i karaluchy. A wszystko przez te niewielkie brązowe instrumenty.
Chłonąłem współbrzmienie: poruszające się razem smyczki, wędrówkę rąk w górę i w dół w poprzek instrumentów jak poruszenia stada pająków pracujących nad wspólną siecią, przekład ruchów Williamsa na muzyczne jego odpowiedniki, prowadzenie Stewarta i podążanie innych w jego ślady. Co za umiejętności, co za zręczność; jak oni to robią? Jak by to było umieć robić coś takiego własnymi rękami?
Koncert Albinoniego składał się z trzech części. Zupełnie nie znam się na muzyce, więc nie potrafię jej właściwie opisać, lecz pierwsza część koncertu była bardzo żywa, jak taniec. Wyobrażałem sobie pary wirujące z szelestem szykownych kreacji. Melodia wiła się w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół, potem wznosiła się i opadała wspaniałymi spiralami, potem znów pędziła w górę i w dół, a potem wszystko zamarło. Druga część bardziej przypominała mi dostojną linię prostą, stateczną i powolną, lecz wspinająca się majestatycznie, jakby wędrowała grzbietem wysokiej góry, gdzie powietrze jet rzadkie i ostre. Trzecia część była taka sama jak pierwsza, z wędrówką w górę i w dół, i spiralami, chociaż nieco wolniejszymi.
Co za dziwna, wspaniała rzecz, ta muzyka. Nareszcie milknie rozjazgotany umysł. Nie ma przeszłości, której można żałować, żadnej przyszłości, która można się martwić, żadnego rozpaczliwego spajania myśli i słów. Tylko piękny, szybujący nonsens. Dźwięk – przyjemny i zrozumiały dzięki melodii, rytmowi, harmonii i kontrapunktowi – staje się naszym myśleniem. Pomruki języka i harówka semiotyki pozostają w tyle. Muzyka to reakcja ptaka na szum i ciężar słów. Wprawia umysł w stan ekstatycznego osłupienia.

Yann Martel, Gdy usłyszałem koncert Johna Mortona ku czci szeregowca Donalda J. Rankina na smyczki i dysonujące skrzypce, w zb. Historia Rodziny Roccamatio, tł. Rafał Śmietana

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów