Pierwsze „Wesele Figara" w POK - do poprawki!

MAREK ŻURAWSKI - Nie strój zdobi człowieka! Niby wiadomym było, że to będzie próba generalna z publicznością, ale... przychodzimy jednak do teatru na spektakl operowy. Może nie są konieczne stroje wieczorowe, ale swetry i dżinsy jednak nie pasowały do przepięknych wnętrz Starej Pomarańczarni. Podobnie raziło moje oczy, gdy dyrygent gdy przecisnął się pomiędzy muzykami ubranymi w jednolicie czarne stroje, stanął przy pulpicie, zdjął kurtkę i prowadził spektakl w ciemnej koszulce polo.

Kurtyna poszła w górę. Spektakl prowadził kierownik muzyczny przedstawienia - Ruben Silva. Muzyka, mimo że utrzymana w żywym tempie, brzmiała ciężko. Brak było w niej lekkości, dowcipu. Głośność poszczególnych sekcji instrumentalnych wydawała się nieproporcjonalna. Waltornie (muzycy siedzieli schowani w bocznej loży przy kanale orkiestrowym) wielokrotnie dominowały nad pozostałymi instrumentami, zwłaszcza gdy trzymały nutę pedałową. Brak panowania nad dynamiką ujawnił się w całej krasie gdy na scenie pojawili się śpiewacy. Raz po raz orkiestra przykrywała solistów, ba nawet duety i tercety bywały zagłuszone!

Jeśli chodzi o solistów, moje duże uznanie zdobyła Marta Boberska (Zuzanna) piękny sopran o pełnym i mocnym brzmieniu, bardzo dobrze zaprezentowali się także: Julita Mirosławska (Cherubin) - sopran, Bogdan Sliwa (Antonio) - bas oraz Leszek Swidziński (Basilio) - tenor. Niestety, w przestrzeni Teatru Królewskiego zupełnie ginęli odtwórcy głównych ról opery - tytułowy Figaro (Andrzej Klimczak) i Hrabia (Robert Gierlach). Brzmieli płasko, nie mieli szans w scenach z Zuzanną czy Cherubinem, którym nie potrafili dorównać intensywnością brzmienia.

Opera to nie tylko muzyka i śpiew ale i gra aktorska, która w tej realizacji właściwie nie istniała. Jedyną silną osobowością sceniczną była Marta Boberska (Zuzanna), która ożywiała statyczny obraz każdej ze scen i kreowała graną postać nawet gdy w partyturze jej postać miała pauzę. Bardzo mocno kontrastowała zwłaszcza z Hrabiną (Olga Pasiecznik), która albo śpiewała albo nie i czasem z kamienną twarzą przesuwała się na z góry upatrzone pozycje. Być może taki był zamysł reżysera inscenizacji i jednocześnie dyrektora Polskiej Opery Królewskiej Ryszarda Peryta. Minimum ruchu, minimum gry aktorskiej.

Także scenografia i rekwizyty projektu Marleny Skoneczko były minimalistyczne - stolik i fotel oraz zastawki z kolumnami. Na horyzoncie dominował zaś obraz ze zbiorów muzeum w Łazienkach. Zastanawiało mnie, czemu na stoliku umieszczona została "gliniana" głowa, ni to ulepiona przez dziecko, ni to rzeźba XX-wieczna. Kostiumy - identyczne z tymi na obrazie - zostały bardzo pieczołowicie wykonane, lecz obrusik na stoliku i materiał okrywający fotel niezbyt z nimi konweniowały. Miałem wrażenie, że zostały naprędce znalezione w magazynie na chwilę przed podniesieniem kurtyny.

Czarę goryczy przepełniła nad podziw sprawnie działającą klimatyzacja, chłodząca plecy widowni zefirkiem o temperaturze 12-14 stopni. W przerwie po drugim akcie zmarznięta żona wymogła, abyśmy wrócili do domu. Ciekaw jestem jak wyglądać będzie premiera 30-go grudnia. Mam nadzieję, że reżyser, a przede wszystkim dyrygent, wyciągną wnioski z dzisiejszej próby.

 

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów