Piotr Schmidt: Podążam za czymś nieuchwytnym

Piotr Schmidt. Trębacz jazzowy, producent muzyczny, wydawca, lider zespołów, wykładowca na AM w Katowicach oraz na Instytucie Jazzu w PWSZ w Nysie. Absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, na której w czerwcu 2016 roku uzyskał tytuł doktora w dziedzinie sztuk muzycznych. Jest stypendystą University of Louisville, Kentucky, USA 2006, ponadto w okresie debiutanckim w latach 2006 – 2010 zdobył wiele indywidualnych i zespołowych nagród, wyróżnień i Grand Prix. Nagrał dziewięć autorskich płyt. Jest uważany przez czytelników Jazz Forum za jednego z najlepszych trębaczy jazzowych w Polsce.

Vanessa Rogowska: W jakim miejscu na artystycznej drodze zastałam Piotra Schmidta ?

Piotr Schmidt: W tym roku mija dziesięć lat mojej pracy artystycznej, jeśli za punkt wyjścia uznać zakończenie studiów na Akademii. Wraz z tym dziesiątym rokiem działalności planuję ciekawe wydarzenia, m.in. wydanie dziesiątej autorskiej płyty. W tym roku też zatrudniłem bardzo dobrą managerkę, Ilonę Sadowską, która pomoże mi jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła.

Moja wytwórnia - SJ Records, którą założyłem w 2011 roku, też się fajnie rozwija. Mamy nową stronę internetową, wraz ze sklepem, a ilość wydanych tytułów w tym roku sięgnie trzydziestu. Idziemy do przodu, a ja sam czuję, że muzycznie chciałbym zrobić wiele nowych rzeczy.

Twój ostatni album nagrany w duecie w pianistą Wojciechem Niedzielą to muzyka dla wyrobionego słuchacza. Nie epatuje efektowną fasadą. Zatrzymuje i zachęca do aktywnego słuchania bez wykonywania dodatkowych czynności.

Nie znam obecnie żadnego nagrania na polskim rynku, które byłoby zbliżone do tego co zrobiliśmy. Myślę, że to unikatowa muzyka wynikająca z podążania za czymś nieuchwytnym, wymagająca intensywnego wsłuchiwania się w siebie nawzajem; operowania przestrzenią, pauzą i emocjami. Praca w duecie to wyzwanie ale i duża radość swobodnej kreacji, która ostatecznie rozszerza wspólną czasoprzestrzeń czyli formę. To proces przynoszący ogromną satysfakcję artystyczną. Spontaniczna kreatywność, która nam towarzyszyła podczas nagrania oraz która cechuje nasze koncerty, to impuls m. in. do wyimprowizowania utworów zarówno na scenie, jak i w studio. W ten sposób powstały dwie kompozycje znajdujące się na płycie.

Z jakich powodów spotkaliście się?

Wojciecha Niedzielę podziwiałem już będąc małym dzieckiem, ale wspólne muzykowanie przyniosło nam obojgu wyjątkowo dużo radości artystycznej. Zaczęło się od tego, że kiedyś zagraliśmy razem gościnnie kilka uczelnianych koncertów w PWSZ w Nysie gdzie obaj uczymy w Instytucie Jazzu. Postanowiłem pójść za tym doświadczeniem i zacząć organizować koncerty zarówno w duecie jak i kwartecie w składzie właśnie z Wojciechem Niedzielą na fortepianie. Po około półtorarocznym okresie okazjonalnego koncertowania zarówno z repertuarem autorskim jak i uzupełnianym przez standardy jazzowe w naszej interpretacji, nadszedł czas by nagrać płytę.

W jaki sposób można wybić się ponad szeroki i bogaty strumień współczesnego polskiego jazzu?

Pewnie poprzez udzielanie wywiadów, choćby takich jak ten :) Rzeczywiście trudno się przebić. I tu kłaniają się umiejętności skutecznego marketingu, bo muzykę trzeba jakoś ludziom pokazać. Dodatkowa informacja na temat artysty sprawia, że zaczyna on funkcjonować w obiegu medialnym. Wychodzi z tła. Moim zdaniem, a także Wojciecha i wielu naszych przyjaciół - muzyków i dziennikarzy muzycznych, płyta „Dark Morning” zasługuje na to, by być na szczycie listy popularnych płyt jazzowych w Polsce.

Myślę, że nie wszystko co nam się przedstawia jako dobre jest nim w rzeczywistości.

PR i marketing są niezależne od jakości muzyki. Jeżeli wartość muzyki jest bardzo duża, a brakuje marketingu, to nikt nie dowie się o jej istnieniu. Jeśli oba elementy szwankują, to w sumie całe szczęście - nikt się nie dowie o tym że ktoś nagrał słabą płytę. Niestety, często bywa tak, że ktoś nagrywa słabą płytę, ale potrafi ją dobrze wypromować. Mój przypadek jest przykładem dobrej muzyki i przeciętnego, jak na razie, marketingu. Staram się jednak nadrabiać braki. Wiadomo, to żmudny proces, ale taki teraz jest świat. Potrzeba zaplecza finansowego, zasobów ludzkich, pomysłu na reklamę, żeby promować muzykę. Wszystko to dopiero rozkręcamy.

W Polsce brakuje profesjonalnych promotorów sztuki...

Brakuje i nie brakuje. Ci, którzy się znają - wygrywają. Często organizacją koncertów zajmują się sami muzycy, którzy nie posiadają własnego menedżera, bo brakuje im na te działania pieniędzy.

Zmieńmy trochę temat. Dlaczego wybrałeś trąbkę?

W szkole muzycznej nie było już miejsca dla kolejnego skasofonisty.

Nie widzę Cię z saksofonem...

Teraz po latach bardzo się cieszę z obrotu rzeczy. Jednak przez kilka pierwszych lat nie byłem przekonany do trąbki. Na saksofonie gra się o wiele łatwiej. Zazdrościłem saksofonistom że tak szybko potrafią zagrać tak dużo. Na szczęście z czasem nabrałem odpowiedniej wprawy w grze na trąbce.

Trąbka jest unikalnym instrumentem solowym. Potrzebuje solidnego, ale delikatnego traktowania, a od muzyków towarzyszących uważniejszej relacji niż w przypadku kontaktu z innymi instrumentami solowymi.

I wymaga codziennego ćwiczenia. Kilku godzin dziennie. Dziś wolę brzmienie mojej trąbki niż jakiegokolwiek saksofonu. Grając na trąbce można wypracować własne, niepowtarzalne brzmienie, które ma jakąś taką szlachetność, której nie słyszę w saksofonie. Nie wiem czy umiem to opisać. Jeden dźwięk trąbki potrafi ująć, całkowicie, totalnie kimś zawładnąć.

Jak zestroiłeś się z trąbką? Kiedy poczułeś, że ją ujarzmiasz, oczywiście w ramach współpracy?

Kiedy zaczynałem koncertować ludzie mówili, że podoba im się jak gram. Wygrywałem nawet konkursy, ale cały czas nie podobało mi się to w jaki sposób gram na trąbce. Ciągle szukałem czegoś innego. Miałem niedosyt. Dopiero pięć lat temu się to zmieniło. Poczułem, że to co gram w końcu podoba się mnie samemu. Odczuwam satysfakcję z tego, w jaki kontroluję przepływ informacji czy emocji przez instrument. Myślę o tym w dużo szerszy sposób niż kiedyś. I w końcu pojawiło się moje własne brzmienie i sposób narracji muzycznej, które bardzo mi się podobają

Co przyczyniło się do tego że zacząłeś odczuwać większą satysfakcję z gry?

Rozwój, dojrzałość, poprawienie własnych umiejętności technicznych. Prawdopodobnie osłuchanie i wiele innych elementów, o których nie mam do końca pojęcia. Zawsze byłem osłuchanym muzykiem, ale nie wiedziałem jak poprowadzić narrację, którą nosiłem w sercu. Teraz już potrafię.

Trąbka nakłada na muzyka duże wymagania oddechowe …

Tak, ale wśród trębaczy jest sporo palaczy... Jeśli brakuje oddechu to można nauczyć się oddechu permanentnego, który zadziała. To jakiś szkolny mit, że potrzeba brać głęboki oddech do grania na trąbce. Czasami wolę grać na płytkim oddechu. Można grać nawet wysokie dźwięku na płytkim oddechu, tylko na krócej starcza powietrza. Trębacz oczywiście powinien dynamicznie zarządzać oddechem i używać przepony. Choć ja przyznam, że robię te rzeczy już podświadomie. Nawet o oddychaniu nie myślę.

Pozostając przy kwestiach fizycznych zapytam o udział ciała w procesie grania na trąbce

Ważne, aby ciało było swobodne, niespięte szczególnie w odcinku szyjnym, który, gdy spięty, blokuje cały aparat... Grając można stać, siedzieć, kucać czy klęczeć. Przydaje się dobra kondycja, bo trąbka jest bardziej fizycznym instrumentem i potrzebuje większego nakładu sił niż fortepian.

Jakie elementy złożyły się na wybór Twojej ścieżki życiowej?

Dom rodzinny. Mama, z wykształcenia dyrygent chóralny skoncentrowana była bardziej na muzyce klasycznej. Tata na klasyce jazzu. Rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, bo widzieli i słyszeli że jestem utalentowany. Podobno jak miałem 4 lata to śpiewałem wszystkie piosenki bardzo czysto. Nie od razu dobrze poczułem się w murach szkoły. Choć muzyka towarzyszyła mi w domu, rozmawiano o niej i dyskutowano to męczyło mnie rozczytywanie materiału nutowego. Dopiero, kiedy chwyciłem za trąbkę w szkole muzycznej II stopnia, a po dwóch latach spotkałem na swojej drodze Bartka Pieszkę, zaczęliśmy grać razem w zespole jazz i wreszcie muzykowanie mi się prawdziwie spodobało.

Jesteś nauczycielem, posiadasz kontakt z młodszym pokoleniem, które w obecnych czasach jest bardziej dynamiczne na jazzowej scenie niż poprzednie pokolenia. Czy i jak to przekłada się na istotę bycia muzykiem?

Uczę trąbki, podstaw improwizacji, harmonii, historii jazzu. Bycie wykładowcą jest bardzo przydatne w rozwoju osobistym szczególnie w ciągu kilku pierwszych lat pracy. Uczymy, ale też porządkujemy wiedzę w sobie. Przypominamy sobie pewne jej aspekty. Po paru latach uczenie nie jest już rozwojowe dla wykładowcy, bo powtarzamy wiedzę z kolejnymi, nowymi studentami. Osobiście ostatnio wolę wykładanie historii jazzu, która scala wiele innych elementów nauki i pozwala podchodzić do tematu w bardzo zróżnicowany sposób. Wciąż wydaje się nowe książki, biografie muzyków, które mnie osobiście wzbogacają. Poza tym dyskutujemy ze studentami na różne tematy. W moim byciu nauczycielem jest na to miejsce. Przedmioty praktyczne są bardziej bezpośrednie - tam coś albo działa albo nie działa, to często słychać od razu i po jakimś czasie już wiesz co zadziała a co nie. A więc nie masz aż takiej frajdy jak w momencie gdy wciąż szukasz. Tak czy siak lubię uczyć i cieszę się, że mogę. Przynosi mi to wiele satysfakcji i wiem, że robię to dobrze.

Czy Twoja wszechstronność bycia muzykiem, nauczycielem, wydawcą jest Twoją potrzebą czy narzuconą przez rzeczywistość koniecznością?

Lubię rozwiązywać problemy we własny sposób. Żadna polska wytwórnia nie zaproponowała mi nic szczególnego czego nie potrafiłbym zorganizować sam. Założyłem własną wytwórnię, bo nie widzę potrzeby dzielenia się pieniędzmi, których i tak jest mało, z kimś, kto dla mnie nic specjalnego nie robi.

Jak dbasz o los innych - podopiecznych Twojej wytwórni?

Innym pomagam w tym, aby mogli się wypromować. Daje im swoje „know how”. Artyści z naszej wytwórni to często młodzi ludzie i mają czas na działanie i posługiwanie się wiedzą, jaką się z nimi dzielę. Wtedy każdy działa jak we własnej firmie. Czuje się za siebie odpowiedzialny.

Jakie nosisz w sobie optymalne wyobrażenie siebie jako muzyka?

Widzę siebie przede wszystkim jako lidera własnych zespołów. Chcę kreować własny świat muzyczny, który będzie mi dawał radość, spełnienie. Mam swój plan rozłożony na lata i wszystko powinno mieć w nim czas i miejsce. Teraz najważniejsze, że mogę grać własną muzykę.

Słuchając Cię widzę, że jesteś spokojny i pewny swojej drogi.

Dziesiąty rok działalności artystycznej daje pewnie dystans, doświadczenie, które pozwala przewidzieć wiele rzeczy i dać swego rodzaju spokój. Mam konkretne plany które chcę zrealizować, ale nie spieszy mi się. Trębacz nie zna nacisku jaki wywiera się na popowej wokalistce, która musi zdobyć laury kiedy jest piękna i młoda. Po czterdziestce też można zrobić karierę podobnie jak zrobił to np. Leszek Możdżer. Wcześniej był znanym muzykiem jazzowym w środowisku jazzowym, a później stał się znany także dla szerszej publiczności. Byłoby mi miło zbliżyć się do tego stopnia rozpoznawalności, ale przymusu nie ma. Najważniejsze by cieszyć się muzyką.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów