Podróż z Coltrane'em [rozmowa z Filipem Łobodzińskim]

Osoba i muzyka Johna Coltrane`a wciąż żyje i inspiruje kolejne pokolenia. Obecnie muzyczny świat poruszył kolejny „cudownie odnaleziony” i wydany po latach przez Impulse! album „Both Directions at Once : The Lost Album” nagrany w 1963 roku w Van Gelder Studio. Pomocą w poznaniu geniuszu Coltrane`a jest z pewnością polskie wydanie książki Chrisa DeVito „Coltrane według Coltrane`a” nakładem wydawnictwo Kosmos Kosmos, które do tłumaczenia na język polski zaprosiło Filipa Łobodzińskiego. Twórcę i znawcę kultury, artystę i wytrawnego tłumacza.

Vanessa Rogowska: Dziękuję za przetłumaczenie książki, która jest sensacją na polskim rynku muzycznym i wydawniczym. W jaki sposób stał się Pan tłumaczem owej książki ?

Filip Łobodziński: Czy ona jest sensacją ? Nie wiem, ale być może... To książka dość rzadkiego gatunku na polskim rynku. Bardzo mało u nas biografii poświęconych życiu wybitnych muzyków jazzowych. Stanowczo za mało. Dostałem propozycję od wydawnictwa. Zgodziłem się i tyle.

Czy John Coltrane był ważną postacią dla pana przed tłumaczeniem książki?

Nie mogę powiedzieć, żebym Coltrane` a codziennie zażywał natomiast mam sporo jego nagrań. Chętnie się do nich odwołuję i jest to taka przestrzeń muzyki, w której dobrze się czuję. Nie jestem muzykiem jazzowym, więc może nie do końca czuję w jaki sposób Coltrane zmienił jazz. Ja to wiem, natomiast jazzmani to czują. To jest dla nich oczywiste. Leży gdzieś w sferze metafizyki grania, improwizowania. Ja o tym tylko wiem i podziwiam Coltrane`a także za to, że jest (mimo,że nie żyje od ponad 50 lat ) artystą niespokojnym. W takim sensie, że nigdy nie był zadowolony z tego co zrobił i wciąż szukał, bez przerwy. Każdy jego koncert był walką o to (może przedsięwzięciem ), aby dotrzeć do jakiejś szczególnej nuty. To urzekające jak głęboko duchowy był to człowiek. To nie była kwestia tego, że miał docisnąć synkopę tylko środek do tego, żeby samemu być piękniejszym człowiekiem i dać jakiś wymiar duchowy odbiorcom.

Książka jest trochę inna od kanonu, bo nie opisuje biograficzne Coltrane`a, ale przedstawia muzyka poprzez zebrane teksty źródłowe (wywiady, relacje) tak, aby czytelnik autonomicznie zbudował sobie opinię o Coltranie. Jak wyglądał proces tłumaczenia takiej książki w porównaniu np. z książką o Milesie Daviesie?

To są zupełnie odmienne książki. Zaczynając od tego, że opowiadają o zupełnie innych osobowościach, a każda z nich posiadała własną dynamikę. Miles Davies jako człowiek był bardzo impulsywny. Był właściwie chuliganem natomiast potrafił grać ciszą. Coltrane odwrotnie. Jako człowiek nosił w sobie nieprawdopodobny spokój, skupienie i delikatność, zaś jego muzyka była inwazyjna. Ciekawe, że tyle fantastycznego zrobili razem na zasadzie dynamiki przeciwieństw. Książka o Daviesie jest prawdopodobnie zapisem języka jakim mówił. Sporządzona przez kogoś, kto słuchał jego opowieści i w bardzo wielu momentach dosadna. Książka o Coltranie jest zbudowana w taki sam sposób, ale Coltrane wyrażał się w zupełnie inny sposób. Coltrane zastanawiał się nad każdym słowem. Ważył je. Tak jak grając chciał osiągnąć pewien stan czy nutę doskonałą tak podobnie szukał słów, ale w sposób rozumny. Nie dlatego, że nie wiedział co powiedzieć tylko dlatego, że chciał bardzo precyzyjnie powiedzieć to na czym mu zależało. I wydaje mi się, że książkę tłumaczyło się o tyle interesująco, że co kilka czy kilkanaście stron zmieniał się sposób narracji - inny dziennikarz, inny sposób relacjonowania spotkań... To nie są same słowa Coltrane`a. Tam są autorskie opowieści różnych dziennikarzy, którzy np. podróżują za Coltranem albo opisy w jakich okolicznościach się z nim spotykają. To też charakterystyczne, że wiele osób, które się z nim spotykały znając już jego muzykę ze sceny nie mogło uwierzyć, że to jest ten sam człowiek. Ta nieprawdopodobna witalność i agresja jego muzyki na żywo pochodziła od człowieka, który w bezpośrednim kontakcie okazywał się szarmanckim, delikatnym i cichym wielkoludem. który mówił bardzo rozsądnie cedząc słowa. Tłumaczyć tę książkę było łatwiej, bo nie wymagała stworzenia szczególnego języka do opowiedzenia tego wszystkiego po polsku. Podczas do książki o Daviesie trzeba było wymyślić polszczyznę, która to opowie. Zauważyłem, że Davies w zależności o jakim okresie swojego życia opowiada, używa innego slangu. Kiedy opisywał lata czterdzieste dwudziestego wieku mówił tamtym językiem itp. To niezwykłe. Nie wiem czy to wynika z jego świadomości świata, który czy wypływało samo z siebie.

Dokąd zabrał pana John Coltrane w translatorskiej podróży?

Nie wiem czy potrafię nazwać to miejsce, obszar. Coltrane ciągle mnie gdzieś zabiera. Zabiera mnie w taką przestrzeń gdzie muzyka jest wyrazem duchowości. Nie da się Coltrane`a oderwać od duchowości. To jest tak „spiritual”, że już bardziej chyba być nie można… Można, ale to już by zahaczało o wariactwo. A u niego jest to bardzo przemyślane, skontrolowane i świadome. Muzyka w przypadku wielkich, którzy odeszli przedwcześnie pozostawia żal, że nigdy nie dowiemy się co John Coltrane i inni graliby dziś. Albo przynajmniej dwadzieścia lat później. Czy w jakikolwiek sposób odnalazłby się wobec hip hopu, samplowania i podobnych zjawisk, które dzisiaj należą do tradycji, a wtedy nie było o nich nic wiadomo. Miles Davies przeszedł przez wiele epok i sam niektóre z nich tworzył samodzielnie. Natomiast Coltranowi nie było dane. W pewnym momencie Coltrane sam już czuł, że już jest trochę muzykiem tradycyjnym jakby z pewnej przeszłości. Nie do końca jednak czuł się dobrze w radykalnych poszukiwaniach Ornetta Colemana czy Freddiego Hubbarda, który z nim grał. To jest ciekawe próbować sobie wyobrazić dokąd sam by siebie John Coltrane zaprowadził. Tu pozostaje postawić wielokropek, który być może zaprowadził mnie do tego pytania...

Rozumiem, że recepcja muzyki Coltrane`a po tłumaczeniu uległa zmianie?

Tak. Zwłaszcza, kiedy odkryłem ciekawy szczegół. Na płycie „A Love Supreme” jest wiersz – modlitwa, który napisał John Coltrane. Ktoś odkrył, że improwizacja czy motywy, które Coltrane gra są dokładnie przełożone na język saksofonu. Zgadza się w nim ilość sylab, akcenty. On saksofonem mówił ten wiersz. To są ciekawostki. To jest fajne odkrywać dodatkowy wymiar kompozycji. Na pewno ta wędrówka wzbudziła we mnie ciekawość, bo mam sporo nagrań Coltrane`a , ale pewne okresy są u mnie nieobecne w płytotece. Teraz będę je odkrywał. Chcę się jeszcze więcej dowiedzieć i poznać. Ta książka pokazuje mi na co jeszcze muszę zwrócić uwagę.

Wydaję się, że Coltrane jest dość dobrze opanowany przez muzyków. Polskich też.

Chyba tak. Wiedzą kim jest i grywają jego kompozycje. Czasami odcinają się od niego co świadczy, że mają świadomość jego rangi.

Czy przeciętny człowiek może korzystać ze spuścizny Coltrane`a ? Nawet nie mam na myśli muzyki.

Nie wiem... To jest niełatwa muzyka. Dla kogoś kto na co dzień nie obcuje z jazzem to wyzwanie. Oczywiście istnieją kompozycje, które można zaproponować szerokiej publiczności na przykład kompozycje typu balladowego. Ucieszę się, jeśli ktoś przeczyta książkę nie znając twórczości Coltrane`a, ale wątpię w taki rodzaj przypadku. Książka jest dla tych, których Coltrane ciekawi, bo jest geniuszem, fantastycznym muzykiem. Jednym z najważniejszych w dwudziestym wieku. Nie tylko jazzowym muzykiem. Jeżeli ktoś wcześniej nie obcował z jego muzyką to książka może być wprowadzeniem. Na pewno jest też uzupełnieniem.

Jest to książka o pasji...

Zdecydowanie. Nie ma w tej książce wiele informacji o trudnych etapach życia Coltrane `a. Prawie nie mówi się o czasie, kiedy był uzależniony od narkotyków - czas, który uznał za kompletną stratę. Istotnym jest, że potrafił się wyrwać z narkotyków a ucieczkę z mroku odnalazł w muzyce traktowanej jako drogę duchową. To jest kapitalne. Wydaje mi się, że jego pasja wynikała z potrzeby coraz szlachetniejszego i piękniejszego życia. Jestem przekonany, że był to strasznie miły facet. Nie wiem jaki był dla najbliższych. Może o tym powiedzieć jego przybrana córka, która znała go i jest strażniczką części jego dorobku. Do dziś dysponuje zapiskami, korespondencją. Na potrzeby tej książki też była aktywna.

Mnie do gustu przypadła wypowiedz Johna, w której twierdzi, że lubi zmagania. Teraz wielu ludzi oczekuje błyskotek w życiu, szybkiego efektu.

To zdanie możemy powtarzać nieustannie. Zawsze jest tego za mało - ochoty na to, żeby się zmierzyć z czymś poważniejszym.

Z samym sobą.

Głownie z samym sobą. Najwięcej przeszkód tkwi w nas samych. Któryś z siedmiu grzechów głównych zawsze czyha, żeby przeszkodzić w robieniu czegoś dobrego. Coltrane jest bardzo dobrym przykładem dla ludzi. Czy umieją to zobaczyć? Nie wiem.

Inny pański bohater życia to Bob Dylan. Czy książka o nim jest podsumowaniem pańskiej miłości?

To jest raport z obecnego etapu, który generalnie trwa kilkanaście lat. Pojawiła się książka, płyta i koncerty więc to spełnienie. Dylanem żyję codziennie. Nieobsesyjnie, ale jest obecny. On mi gra w głowie. Na swój sposób Coltrane i Dylan są podobni do siebie w wymiarze przekraczania. Żaden z nich nigdy nie wdzięczył się do publiczności tylko narzucał swoje reguły. Nigdy nie tańcował, żeby zaskarbić sobie uwielbienie tylko raczej wymuszał szacunek przez to co się robi. A robi się to, co w danym momencie uważa się za właściwe artystycznie. Często wbrew oczekiwaniom. I Coltrane i Dylan są postaciami, które twardo idą swoimi drogami i pytają : „Chcecie iść z nami? To chodźcie! Nie? To trudno... Ja wierzę w to co robię”. Obydwaj robili wszystko z pełnym przekonaniem.

Skoro wokół nas tylu inspirujących ludzi, którzy mają ogromny dorobek i doświadczenie, potrafili podzielić się swoim światem, to dlaczego tak niewielu ludzi potrafi z tego skorzystać?

To jest trudne. Wymaga sporego zaangażowania. Nie jest podane na tacy i wymaga od słuchaczy pewnej pracy. Modyfikowania własnej wrażliwości, przemyślenia pewnych rzeczy, ich wewnętrznego trawienia, poznania intuicyjnego. A ludzie nie lubią się przemęczać.

Mamy przecież więcej pomocnych pomostów jak technika, a krąg świadomych się zawęża...

Może dlatego, bo jest więcej możliwości. Filozofia niedostatku jest fajną filozofią, ale kiedy w sklepie był jeden ser to ludzie z ochotą się na niego rzucali. Teraz, kiedy jest go sto pięćdziesiąt gatunków to wzruszają ramionami. Istnieje tyle bodźców, tyle możliwości, że większość skacze po nagłówkach. Nie mamy wewnętrznej woli, żeby się skupić, poświęcić czemuś. A Coltrane i Dylan i wielu innych wybitnych twórców oczekuje od nas tego albo daje nam taką możliwość - zajmijcie się Tym. Skorzystajcie, ale skupcie się. Nie róbcie tego przy okazji piętnastu innych czynności. Podejmij decyzję człowieku na piętnaście minut. Takie ćwiczenie duchowe. Skupmy się na jednym, ale skupmy się naprawdę.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów