Pomiędzy marzeniem a koszmarem - “Z domu umarłych” Janáčka w ROH w reżyserii Warlikowskiego

fot. Clive Barda

DR JACEK KORNAK: “Z domu umarłych” Leoša Janáčka to najnowsza produkcja londyńskiej Royal Opera House. Dzieło to jest ostatnią operą Janáčka, nad którą kompozytor pracował do swojej śmierci w 1928. Premiera odbyła się pośmiertnie w 1930. Pomimo, że muzycznie jest to bezsprzecznie najciekawsze dzieło Janáčka, “Z domu umarłych” rzadko pojawia się na scenach operowych.

Zapewne wynika to z kilku powodów. Nie jest to w żadnym razie heroiczna opera, do jakich publiczność operowa jest przyzwyczajona. Nie ma tutaj prawie żadnej akcji. W czasie opery poznajemy osobiste historie więźniów, które nie znajdują jednak żadnej kulminacji. Poza tym jest to niezwykle wymagająca opera dla śpiewaków, muzyków oraz realizatorów. Pomimo tego warto wystawiać to dzieło. Muzyka Janáčka mieni się od niesamowitych rytmów, oscyluje między liryzmem, agresją a obłędem, uwodzi a zarazem odpycha.

Najnowsza produkcja Covent Garden została zrealizowana przez reżysera Krzysztofa Warlikowskiego oraz scenografa Małgorzatę Szczęśniak. Ich produkcja jest jak muzyka Janáčka, usytuowana gdzieś na pograniczu marzenia i koszmaru. Tworzą oni świat więzienny, który z jednej strony przypomina współczesne instytucje penitencjarne, ale nie jest to realistyczna produkcja. Warlikowski wraz ze Szczęśniak tworzą pewną czasoprzestrzeń, która jest na poły fantazmatyczna, ale czasem też do bólu realistyczna. Ich “Z domu umarłych” jest niezwykle dynamiczne i muzyczne. Warlikowski rewelacyjnie rozpracował dramaturgię tej opery wchodząc w meandry psychiki więźnia, jako odmieńca. W jego więźniach jest witalność, jest agresja, ale też pewna opiekuńczość. Bohaterowie Warlikowskiego wymykają się schematycznym opisom. Scenografia Szczęśniak bardzo dobrze oddaje nastrój zamkniętej, nieco klaustrofobicznej przestrzeni. Są w tej produkcji sceny, szczególnie drugi akt, które są wprost hipnotyzujące. Całość jest spójna, ale co najważniejsze Warlikowski i Szczęśniak wydobywają z tej opery autentyzm, a to jest każdym przedstawieniu najważniejsze.


fot. Clive Barda

Mark Wigglesworth rewelacyjnie poprowadził orkiestrę Royal Opera House. Pod jego batutą muzyka Janáčka mieniła się od barw, emocji. Wigglesworth rewelacyjnie rozpracował partyturę odnajdując w niej niezwykle poruszające momenty, ale zarazem ukazując jej ostrość i agresywność. Wspaniale brzmiały tutaj instrumenty dęte, które często u Janáčka mają bardzo ważną, niemal solową rolę. Wigglesworth również świetnie oddał witalne, pulsujące rytmy tej opery.

Spośród solistów najbardziej wyrazistą postać stworzył Willard W. White, który wcielił się w rolę Gorjancikowa. Jego głos był bardzo ekspresyjny, a każda fraza pełna znaczeń. Kanadyjski tenor Pascal Charbonneau skradł serce publiczności swoim niezwykłym aktorstwem. Posiada on elastyczny głos i dobrą technikę, ale to jego aktorstwo sprawiło, że był on najbardziej charakterystyczną postacią w “Z domu umarłych”. Nicky Spence stworzył również niezwykłą postać. Jego głos był w stanie oddać przemoc i żywiołowość więźnia odciętego od świata zewnętrznego. Johan Reuter śpiewał dynamicznie i poruszająco. “Z domu umarłych” ma dość długą listę solistów i generalnie nie było tutaj słabego ogniwa.

“Z domu umarłych” w reżyserii Warlikowskiego wniosło powiew świeżości do Royal Opera House. Ta niezwykła opera doczekała się wreszcie adekwatnej interpretacji.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (1 vote)