„Przecież to nie jest zwyczajna dziewczynka!” [niepublikowany wywiad z Wandą Wiłkomirską]

Wanda Wiłkomirska | fot. Marek Relich
Wanda Wiłkomirska | fot. Marek Relich

O tym jak zachować radość z grania – z najwybitniejszą polską skrzypaczką Wandą Wiłkomirską rozmawiali Kinga Wojciechowska i Oskar Łapeta.

Wywiad odbył się na 28 piętrze hotelu Novotel w Warszawie, w kilka ciepłych październikowych dni 2011 roku. Nie był do tej pory nigdy publikowany. To tylko fragment rozmowy. Ciąg dalszy pewnie nastąpi. Publikacji, nie rozmów. Wanda Wiłkomirska umarła 1 maja 2018 roku.

 

Chciała Pani zostać muzykiem?

Nikt mnie nie pytał. Zostaliśmy obrabowani z możliwości wyboru. Ojciec miał trójkę genialnych dzieci [Pierwsze Trio Wiłkomirskich – przyp. red.], oni grali tria na pamięć, cudowne dzieci. Nie było tak ciężko, kochani, o zawód i o posadę. Jak byłam młodziutka to nie było tylu ludzi. Była dziura pokoleniowa, tak samo wśród muzyków jak i wszystkich innych zawodów. Dlatego było bardzo łatwo. Pamiętam, że jak jakiś konkurs się odbywał, to ci zwycięzcy mieli już ułatwioną karierę. 

Nie myślała Pani o tym, żeby się zbuntować?

Mama kupiła nam kiedyś łyżwy. Tata wracając do domu spotkał sąsiadkę, która mu powiedziała, że pięknie jeżdżę. Ojciec się wściekł. Krzyczał – „ona upadnie, ona sobie złamie palec, przecież to nie jest zwyczajna dziewczynka.“ I wtedy ja zaczęłam szlochać – „a ja chcę być zwyczajną dziewczynką.“ Ojciec kazał nam pozbyć się łyżew. Kilka lat później chciałam grać w siatkówkę To jest absolutne samobójstwo dla skrzypków. Wtedy było jeszcze gorzej, to była prawdziwa awantura.

A jednak nie lubiła Pani być zwyczajną dziewczynką...

Bardzo lubiłam być niezwyczajną dziewczynką, grałam na akademiach i miałam z tego powodu wielkie wejścia wszędzie. Miałam już wtedy za dużo dowodów, że powinnam być skrzypaczką, niemniej mogłam być na przykład rzeczywiście dobrą aktorką, gdyby mi tego nie zabronił [ojciec]. Chociaż to jest jednak niewola.

Granie to niewola?

Tak, niewola. Jeżeli człowiek ma dużo koncertów i chce być na wysokim poziomie. Jeżeli jest młody i dwa razy pod rząd nie zagra bardzo dobrze, to powiedzą, że nie ćwiczył. Ale jeżeli jest niemłody, to wtedy łatwo powiedzieć, że on się już kończy. Publiczności nie obchodzi, że ja zagrałam jakieś oktawy nieczysto, to ich zupełnie nie interesuje. Oni chcą dostać piękną muzykę i oni chcą czuć, że gram dla nich.

Lubiła Pani występować na konkursach?

Zawsze miałam jakąś czołową nagrodę w konkursach. Ale nie przepadałam za nimi, to mi zostało. Nie lubię grać przeciwko komuś. Ja nie chcę grać lepiej, chcę grać inaczej.

Zaraz, mówiła Pani o czołowych nagrodach. Nigdy nie wygrała Pani żadnego konkursu?

Zawsze był ktoś, kto był lepszy. Po prostu. A czasem nawet było tak, że było trzech, którzy byli lepsi. Można też powiedzieć, że zawsze był ktoś, kto miał więcej punktów ode mnie. Ludzie nie mogą tego pojąć, że człowiek może uczciwie przyznać, że ktoś jest od niego lepszy. Myślę, że sportowcy umieją. Na przykład taki Małysz, który powiedział, że już nie będzie skakał. On jest czwarty na świecie. Tak trzeba. A nie czekać aż będzie dwunasty. To jest piękne.

Jak to się stało, że przestała Pani grać? To była Pani decyzja?

Oczywiście, że moja. Nie chciałabym tego dożyć, że jakiś przyjaciel powie mi: „stara, może już nie graj.“ To jest trudno komuś tak powiedzieć. Mnie się zdarzyło tak mówić. Mój przyrodni brat grał, aż już naprawdę nie mógł.

Źle jest grać najlepiej?

Na jednym z moich festiwali w Zakopanem miałam świetne, utalentowane dzieciaki, i to wszystko jeszcze bardzo młode. Była tam dziewczynka, która miała 15 lat. Pamiętam, że ta dziewczynka stała, próbuje się skoncentrować, a tata szeptał jej do ucha: „pamiętaj, masz zagrać najlepiej ze wszystkich.“ Podeszłam do tego pana, odsunęłam go tak lekko, powiedziałam: „kochanie, zagraj tak ładnie, jak potrafisz dzisiaj. Nie musisz być najlepsza od wszystkich.” Źle jest grać najlepiej, trzeba grać tak jak dzisiaj najładniej można... To jest wielka różnica.

 


Miś koala. Ulubiona maskotka Wandy Wiłkomirskiej. Gdzie on - tam dom - mawiała. | fot. Marek Relich

To uczy kochać muzykę.

Mówię zawsze wszystkim tym przestraszonym uczniom na egzaminach: „ja ci potrafię wybaczyć parę nieczystych oktaw, ale graj pięknie. Rozumiem, że nie możesz zagrać dobrze dzisiaj, bo palec cię boli. Ale pięknie? Tak zawsze możesz.“

Jak radziła sobie Pani ze stresem przed występami?

Pamiętam jak kiedyś byłam na kursie u Szerynga, w Nicei. Szeryng to był bardzo charyzmatyczny facet. Ktoś się go zapytał, jak radził sobie z tremą. Powiedział, że był sparaliżowany przed występami. Któregoś razu wyobraził sobie, że na scenie nie ma ludzi, że to są główki kapusty. Wtedy grał jak anioł. Wszyscy zaczęli się śmiać, a ja się bardzo rozgniewałam.

Pani dla kapusty grać nie chciała?

W życiu! Zawsze chciałam grać tak, żeby każdy myślał, że gram tylko dla niego. A ze stresem poradziłam sobie zupełnie inaczej. Orkiestra grała już uwerturę, a ja umierałam ze strachu. I wtedy tak stanęłam przed lustrem i powiedziałam na głos: „no najwyżej zagrasz nie tak genialnie jak zwykle.“ I zaczęłam się potwornie śmiać. W tym momencie dyrygent już daje znać, że idziemy. Strasznie mnie to rozbawiło. No, ale trema i tak jest.

Pamięta Pani swój pierwszy koncert?

Miałam 7 lat, zagrałam pierwszą część sonaty Mozarta, musiałam być dobra. Ale jako pierwszy koncert w ogóle w mojej historii to było jak tata kiedyś pewnego dnia powiedział mi, kiedy miałam pięć lat: „no, dostaniesz za tydzień skrzypeczki, teraz będzie praca.“ Widocznie lubiłam pracę, bo bardzo się ucieszyłam z tych skrzypeczek. I powiem więcej, pamiętam, że tego dnia ojciec przyjechał właśnie z Łodzi i przywiózł skrzypeczki, ćwiarteczkę taką małą. Nie myślałam wtedy o tym jak to trzymać, byłam cała zachwycona. Mama zaczęła klaskać, a ja się ukłoniłam. Trudno jest grać na skrzypcach, ale byłam bardzo utalentowanym dzieckiem. Szybko się uczyłam.

Oprócz występów zajmowała się Pani też uczeniem innych. Jak to się zaczęło?

Pewnego razu przyjechał pan rektor z Heidelbergu, i zapytał, czy nie chciałabym u nich objąć profesury. Odpowiedziałam, że nie umiem, nie chcę, nie mam czasu. Powiedział, że mają siedmiu studentów na pierwszym roku. Od tygodnia nie mieli lekcji. Zgodziłam się na jeden semestr. To było coś pięknego, połknęłam bakcyla po tygodniu.

Jak sobie Pani radziła?

Sama wymyśliłam ćwiczenia dla nich. Czasem dawałam za trudny utwór, popełniałam czasem błędy. Miałam niewiarygodny kontakt z tą młodzieżą. Żaden z moich uczniów nie jest bezrobotny i ani jeden nie pracuje w innym zawodzie. Wszyscy albo grają w orkiestrach, albo uczą. To jest lepsze niż wygrywanie nagród! Jestem z tego bardzo dumna. No ale teraz tak postanowiłam, pewnego dnia, że nie gram więcej. Nie chcę już uczyć.

Powiedziała Pani, że trzeba grać inaczej niż inni.

Trzeba kiedyś zacząć grać inaczej, bo w innym wypadku ciągle stalibyśmy w tym samym miejscu. Jeżeli student przychodzi do mnie, to pytam się, czy słuchał jakiegoś nagrania. Jeśli nie, to bardzo chętnie go słucham. Teraz młodzież się uczy z nagrań. Imitują, to okropnie.

 


Kwartet smyczkowy Eugeniusza Morawskiego. Pani Wanda studiuje z uwagą, nuci pod nosem, przesywa dłonią, imitując ruch smyczka. "Bardzo ładna muzyka, dobrze napisane." - mówi na koniec. | fot. Marek Relich

Co Pani wtedy robi?

Dałam raz jednej studentce nauczkę. Kazałam jej wziąć bardzo znany koncert, Czajkowskiego albo Mendelssohna, i wysłuchać jak najwięcej nagrań. Mamy w Sydney cudowną bibliotekę. Ona przyszła zmieszana. Powiedziała, że każdy z tych starszych grał inaczej. Naprawdę grali inaczej, zupełnie inne tempa, inne frazy, znaczy tekst jest ten sam, interpretacja była inna. Młodzi grają tak samo. Tekst może być dokładnie taki sam, ale można wykonać go inaczej.

Co Pani radzi młodym muzykom?

Nie gardzić małymi orkiestrami. Po pierwsze – one cię angażują, kiedy jesteś zielony. Po drugie – jak już cię te Nowe Jorki nie będą zapraszały to te małe miasta jeszcze będą to robiły. Bardzo lubiłam grać w małych miastach.

Pani to przede wszystkim z Orkiestrą Filharmonii Narodowej jeździła! Najważniejsza solistka, inaugurująca nową siedzibę...

Byłam bardzo zżyta z tym zespołem. Czasem żeby było taniej to się wynajmowało autobusy na miejscu, ale zabierało się swoich kierowców. Bo oni na ogół potrafili jechać nocą, nam to oszczędzało pieniążki za hotel. A oni na zmianę spali. Trzy autobusy, a jeszcze przedtem jechała ciężarówka z nutami, ale to tubylców brali, bo nie błądzili. Tak właśnie kiedyś było, że nasi zbłądzili i nie wiedzieli gdzie są, a tu czas coraz bliższy do koncertu. Powiedziałam Witkowi Rowickiemu, że dziś nie zagram, no nie ma mowy. No nie mam siły, jestem głodna. Bo myśmy nigdzie nie przystawali, to było straszne. Powiedział: „nie bój się, patrz na mnie, będziemy robili muzykę.“ Potrafił zgalwanizować tę śmiertelnie zmęczoną bandę, i jak oni grali… Jak on wtedy tak patrzył na nich, to piękne to było. To jest też pewien rodzaj charyzmy i mogę opowiedzieć parę ciekawych rzeczy na temat dyrygentów.

Wystąpiła Pani z samym Leonardem Bernsteinem.

Grałam, ale nie wystąpiłam.

Jak to?

Miałam z nim tylko jedną próbę. Mieliśmy raz zagrać, a na drugi dzień od razu na żywo, w telewizji. Bernstein wziął bardzo szybkie tempo w finale koncertu Czajkowskiego. To było ohydne. Po próbie poszłam do niego i wytłumaczyłam, że to jest taniec, trepak, nie wolno go grać tak szybko. Popatrzył na mnie i zapytał: „co, to dla ciebie za szybko?“ Odpowiedziałam, że to za szybko dla Czajkowskiego, nie dla mnie. Zapadła cisza, orkiestra zaniemówiła. Bernstein podziękował, ale na drugi dzień nie przyszedł. Był jakiś inny dyrygent. Mój impresario dostał ataku śmiechu. Powiedział: „mój Boże, słuchaj stara, tak się nie mówi do Bernsteina.“ 

Nie żałuje Pani, że nie wystąpiła z Bernsteinem?

Bardzo chciałam z nim zagrać. Ale w tym tempie? Nigdy.

Kochała Pani grać. A nie myślała Pani nigdy o komponowaniu?

Nie miałam najmniejszej chęci. Pisałam wiersze, to tak, wiersze, wierszyki, rymowanki. Zawsze robiłam coś po swojemu. W ten sposób to zawsze było żywe, to nigdy nie było tak, że przyszła Wandzia i zagrała jeszcze raz koncert Szymanowskiego.

Muzyka powstawała na koncercie?

Tak. Ale ja nie jestem żaden twórca, ja jestem odtwórca i się upierałam przy tym. Jestem twórcą tej interpretacji, ale moja interpretacja też się w końcu zmienia tu czy tam.

Trzeba chyba bardzo uważać, żeby jednocześnie grać po swojemu i zgodnie z partyturą.

Trzeba bardzo szanować kompozytora. Bardzo respektować, próbować odnaleźć jego intencje. Grałam kiedyś koncert Panufnika z nim, drugi raz zagrałam z Jurkiem Maksymiukiem. To było absolutnie lepsze, była w tym chemia.

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów