Rafał Blechacz: Bach po konkursie? Byłby szokiem.

Rafał Blechacz, © Marco Borggreve / DG
Rafał Blechacz, © Marco Borggreve / DG

Dlaczego dziesięć lat czekał na nagranie płyty z utworami kompozytora, dzięki któremu zakochał się w muzyce? Dlaczego pianista powinien być filozofem i kto był najpierw w jego życiu – Schopenhauer czy Chopin? Do czego nie tęsknił podczas rocznej przerwy w koncertowaniu? – opowiada pianista Rafał Blechacz.

Kinga Wojciechowska: Pianista i filozof… Trochę nietypowe zestawienie.
Rafał Blechacz:
Nie, dlaczego. Właśnie bardzo typowe.

W takim razie co to znaczy: tożsamość dzieła muzycznego, bo tym się Pan zajmuje jako filozof. Proszę mi to wytłumaczyć jak czterolatkowi.
Każdy utwór jest inny i ma takie elementy w sobie, które sprawiają, że jest oryginalny i różni się od każdego następnego. I poszukiwanie tożsamości to poszukiwanie tego pierwiastka, którego negacja byłaby negacją całego utworu. Czasami jest to zespół cech.

W czymś ta wiedza Panu pomaga?
W poszukiwaniu interpretacji każdego utworu.

Brzmi bardzo serio. Długą drogę pokonał Rafał Blechacz, aby być dziś w tym miejscu swojej kariery – na dowód kolejna płyta dla Deutsche Grammophon – o niej porozmawiamy za chwilę. A proszę mi powiedzieć o początkach. Czy pamięta Pan muzykowanie w domu?
Trochę… Pamiętam, jak dziadek grał. Podobno tworzył zespół muzyczny na wsi, grali po weselach, ale tego akurat nie pamiętam. Ale grał tata i wujek, który do dzisiaj gra dla przyjemności. Nikt jednak nie kształcił się profesjonalnie w szkołach muzycznych.

Muzykowanie jest w nas. Mamy tę potrzebę w sobie. I nie trzeba od razu grać profesjonalnie. Ja też zaczynałem od ogniska, czyli od szkoły, gdzie po prostu można nauczyć się grać, nie trzeba po tym być zawodowcem.

Dobra baza pod intensywne życie muzyczne. Pytam o to, bo dziś samodzielne muzykowanie to trochę fanaberia. Przecież można zawsze włączyć radio, telefon wystarczy i mamy cały świat muzyki.
O, nie zgadzam się. Muzykowanie jest w nas. Mamy tę potrzebę w sobie. I nie trzeba od razu grać profesjonalnie. Ja też zaczynałem od ogniska, czyli od szkoły, gdzie po prostu można nauczyć się grać, nie trzeba po tym być zawodowcem. Niektórzy decydują się na ognisko muzyczne, bo chcą po prostu grać. To dobre, fajne, a dla mnie to ważne, bo jak taka osoba przychodzi na koncert, to inaczej go odbiera. No i częściej takie osoby w ogóle chodzą na koncerty. Na Zachodzie, ale i u nas już też, niektórzy zaczynają muzyczną edukację na emeryturze.

Jak Pan myśli, dlaczego budzi się w nich ta potrzeba?
Bo człowiek wchodzi w ten świat, kompletuje sobie najpierw nagrania, chodzi na koncerty, ale czasem chce później samemu sobie coś zagrać, co na koncercie czy w nagraniu mu się spodobało.

Gdy jednak chce się grać lepiej?
To trzeba podjąć wyzwanie. W Nakle, skąd pochodzę, nie było szkoły muzycznej. Początkowo rodzice myśleli, że ognisko mi wystarczy. Gdy okazało się, że nie, dojeżdżałem już do szkoły w innym mieście.

I szybko zaczął Pan odnosić sukcesy. Złoto na festiwalu bachowskim 20 lat temu, gdy był Pan 11-latkiem. Fascynacja Bachem trwa od tamtego czasu? Co Pan wtedy grał?
Trzy tańce z Suity Francuskiej Nr 6, Preludium i Fuga d-moll z DWK 2, Koncert A-dur Bacha.

Ale to prawda, że nie dosięgał Pan do pedałów?
Nie dosięgałem [śmieje się], grałem bez, ale przy Bachu to pożyteczne. Grałem też Nokturn H-dur Chopina i wtedy zsuwałem się z krzesełka, grałem na półstojąco.

Jak w piosence – zaczął Pan od Bacha?
Tak, od niego zacząłem. Miłość do muzyki spowodowana była muzyką organową Jana Sebastiana Bacha.

No to teraz proszę mi to wytłumaczyć! Ja z Bachem przez wiele lat miałam problem. Zaczęłam jego muzykę rozumieć już jako dorosły człowiek. Dziecku, jakim byłam, Bach był całkowicie obcy.
Matematyczna strona muzyki Bacha sprawia, że ona jest piękna. Motoryka w jego utworach, rozwijanie krótkiego motywu i pokazywanie go w poszczególnych głosach, przynajmniej w dwóch, jak w inwencjach dwugłosowych. Ta muzyka mówiła do mnie. Po konkursie [chopinowskim przyp. KAW] chciałem nagrać Bacha. Ale w DG przekonali mnie, że na pierwszej płycie powinien znaleźć się Chopin. Gdyby Bach był po konkursie, to byłoby szokiem. Czekał więc dziesięć lat.

To dobrze?
Tak. Lepiej. Jestem już po doświadczeniach estradowych. Utwory, które są na płycie, to była przygoda, zrosły się ze mną. Wiążą się z nimi wspomnienia, bo prezentowałem je w różnych warunkach.

Dlaczego to ogranie się na estradach jest ważne przed nagraniem płyty?
Człowiek jest pewniejszy w prezentowaniu pomysłów interpretacyjnych. Zaczyna się od malutkich bezstresowych miejsc, potem gra się w coraz większych salach. I w studio już jest łatwiej. Gdy nie ma publiczności, tylko mikrofony; nie ma już koncertowych emocji, ale one są we mnie.

Intensywnie Pan żyje?
Tak. Choć teraz odpocząłem, bo miałem rok wolnego. Zagrałem tylko trzy koncerty w 2016 roku.

Długie te wakacje. Do czego były Panu potrzebne?
Żeby się zatrzymać, zrobić nowy repertuar. Pollini, Zimerman, Anderszewski też robili i robią przerwy.

Czy to nie jest trochę ryzykowne? Nagle zejść z estrady…
Ale ja wiedziałem, że będę miał kolejne koncerty. Przerwa jest potrzebna, żeby zatęsknić za estradą.

Wybuchowa emocjonalność – to nie jest metafizyka. Metafizyka to coś poza naszą percepcją, to duchowość. To pierwiastek poza nami, a jednak jesteśmy w stanie go odczuć.

Koncertowanie Pana męczyło???
Męczyło mnie meldowanie w hotelach, wykonywanie ciągle tych samych czynności, samoloty, lotniska. Potem wszystko się miesza, nie pamięta się miejsc, miast. I tego mi nie brakowało podczas przerwy. Koncertów mi za to brakowało.

A co w ogóle metafizycznego jest w muzyce? Pytam, bo niektórzy melomani mają Pana za pianistę grającego w bardzo grzecznym, szkolnym stylu. Przyznam, że także tej metafizyki w Pana graniu nie czuję. Spróbujmy ją znaleźć razem.
Nie każdy jest zdolny do odczuwania jakości metafizycznych. Najczęściej pojawiają się one w momentach nieoczekiwanych. Pamiętam do dzisiaj mój pierwszy recital w Hamburgu, podczas którego wykonywałem na bis m.in. Mazurek a-moll F. Chopina. Publiczność pogrążyła się po nim w długiej kontemplacji, w ciszy, która nastąpiła po wybrzmieniu ostatniego akordu. To przemienienie się akordu w ciszę i jej nieplanowana kontemplacja ze strony publiczności była przeżyciem metafizycznym.
Bardzo wiele zależy też od repertuaru. Są pewne utwory w duchu anty-metafizycznym. I inne jakości będą w nich urzeczywistniane. Z kolei wybuchowa emocjonalność – to nie jest metafizyka. Metafizyka to coś poza naszą percepcją, to duchowość. To pierwiastek poza nami, a jednak jesteśmy w stanie go odczuć. Muzyka jest taką przestrzenią, która zbliża. A muzyka Bacha zbliża najbardziej. On miał określoną rolę religijną i duchowość. Religijność miała na niego wpływ, bo co tydzień komponował kantatę lub inny utwór religijny, co odbijało się na całej jego twórczości. Bach jest tą przestrzenią, w której duchowość jest. Trzeba ją tylko wyłuskać.

A granie jest najważniejsze? Żyje Pan czymś jeszcze poza ćwiczeniem i występami? Kiedyś skarżył mi się niejaki Janusz Olejniczak, że dziennikarze rozmawiają z nim wyłącznie o muzyce, jakby niczym innym się nie interesował. Od tego czasu postanowiłam pytać pianistów nie tylko o muzykę. Więc jak to jest z Rafałem Blechaczem? Jakie inne zainteresowania poza muzyką rozwija?
Historia sztuki, malarstwo, a raczej patrzenie na malarstwo pod względem filozoficznym. Ingarden, który jest autorem traktatów o tym, czym jest film i przeżycie na sali kinowej. Cała historia filozofii, prądy filozoficzne, estetyczne, nie wszystkie łączą się ze sztuką.

A skąd w ogóle ta filozofia?
Już na lekcjach języka polskiego zainteresowałem się filozofią. Miałem świetną polonistkę. Najpierw był Schopenhauer, a potem Chopin.

Wszystko takie poważne w Pana życiu… Zaczynam się martwić…
[śmieje się] Lubię szybkie samochody i lubię nimi jeździć po Europie.

I podróżowanie zmienia perspektywę? Czegoś nauczył się o życiu 31-letni Rafał Blechacz?
Na pewno. Stykam się z różnymi kulturami, z różną kuchnią, mentalnością. Wzbogacam swoją wiedzę o świecie. Zjeździłem Europę, Stany Zjednoczone, Kanadę, byłem wiele razy a Japonii. I to też ma wpływ na muzykę.

Ostatnio nasi artyści mocno są obecni w Azji. Są tym regionem zachwyceni. Pan także?
To Azja jest zafascynowana Europą, a Chiny, Korea Południowa i Japonia – muzyką Chopina. Jest tam bardzo dobra publiczność. Jeżdżę tam w miarę regularnie. W tym roku będę miał debiuty na Tajwanie i w Hong-Kongu.

Kto Panu organizuje życie artystyczne?
Dwunastu managerów. W przypadku Azji – to Japan Arts z Tokio. W Ameryce mam agencję z Nowego Jorku. W Europie mam agentów, którzy bardzo dobrze znają swoje rynki i dzięki temu mogę grać nie tylko w dużych ośrodkach, ale także w innych miejscach. W ten sposób wybieram sobie różne lokalizacje ciekawe nie tylko pod kątem muzycznym.

Tata jeszcze Panu pomaga?
Tata pełnił przez jakiś czas rolę takiego… sekretarza. W tej chwili sekretariatem zajmuje się Kornelia Schmidt w Hanoverze. Ale i tak wszystkie maile spływają do mnie. Czasem osobiście pełnię rolę swojego sekretarza [śmieje się].

Wróćmy do płyty. Mówił Pan, że inaczej gra się w studio niż na koncercie. To się przekłada także na technikę gry?
Oczywiście. Dźwięk na sali jest lepszy niż w odsłuchu. Jakość dźwięku jest inna na koncercie. Dlatego wraca się do płyt winylowych, gdzie dźwięk nie jest suchy, jest owiany aurą koncertową. Płyt inaczej się słucha. Gubimy narrację muzyczną, skupiamy się na poszczególnych dźwiękach. Inaczej więc gram w studio. Na koncercie gram w wolniejszym tempie – i to brzmi. W studio w odsłuchu – to samo zabrzmi inaczej, czasem gorzej. Do nagrania trzeba więc wybierać szybsze tempa, bo wyostrzenie brzmienia powoduje szybsze zanikanie dźwięku. Można grać domyślną dynamiką, stosować wręcz mikroskopijne piana. A w dużej sali to jest ryzykowne.

Ma Pan to dobrze przeanalizowane.
No troszkę. W studio stosuję większe kontrasty. Gdyby tak robić w salach koncertowych, to by nie wyszło. Teraz są takie akustyki, że sale same grają: robi się malutkie crescendo, a w sali brzmi potężnie. W studio mikrofony uśredniają dynamikę, więc żeby na płycie coś zabrzmiało jak forte – gra się fortissimo. Ryzykownie jest nagrywać płyty live, choć są one fajne pod względem energetyki, słychać oddech publiczności. Są nagrania Artura Rubinsteina czy Marthy Argerich, które bardzo lubię, choć jest tam dużo szumów, przeszkód.

Chciałabym wrócić jeszcze na chwilę do Konkursu Chopinowskiego. Wygrał go Pan brawurowo.
Okazało się, że izolowanie to była dobra strategia.

Konkursy nie są najlepszą formą weryfikacji artysty. To zderzenie sztuki i sportu. Ale choć nie da się zmierzyć interpretacji, to nie ma innej drogi wybicia się na rynku.

Sam ją Pan wymyślił?
Tak. I tak samo postąpiłem wcześniej, w Japonii na konkursie Hamamatsu. Tam to zadziałało dobrze.

A skąd taki pomysł?
Nie pasowała mi świadomość, że mam być w hotelu z innymi pianistami. Nie chciałem tego, bo obawiałem się, że będzie pokusa, żeby z nimi rozmawiać, podsłuchać i żeby coś zmienić w swojej grze. A miałem interpretacje przygotowane. Dlatego pełna izolacja.

Telewizor wyłączony?
Tak.

Uczestnicy integrują się na konkursach?
W całości może nie, ale tworzą się pewne grupy. Ja nie dopuszczałem do takiej sytuacji.

Konkursy to w ogóle dość dyskusyjny temat. Niektórzy laureaci najbardziej prestiżowych uważają nawet, że taka rywalizacja jest szkodliwa. Przecież nie da się ocenić interpretacji. A jakie zdanie ma Rafał Blechacz?
Bo nie da się ocenić. Konkursy nie są najlepszą formą weryfikacji artysty. To zderzenie sztuki i sportu. Ale choć nie da się zmierzyć interpretacji, to nie ma innej drogi wybicia się na rynku. Udział, a najlepiej zwycięstwo w konkursie otwiera drogę do grania koncertów. Trzeba przez nie przejść. Większość artystów tak funkcjonuje. Są kariery zbudowane nie na konkursach. Ale trzeba mieć szczęście, trzeba trafić na dobrych managerów.

Jak Anderszewski?
Anderszewski też został zauważony na konkursie. Nie wygrał, ale wzbudził ciekawość świata.

Gdzie szuka inspiracji Rafał Blechacz?
W filozofii. W życiu. W doświadczeniach. Dopiero po czasie okazuje się, że coś miało na mnie wpływ.

Oceń zawartość: 

Brak głosów

ZAMÓW PRENUMERATĘ