Rainer Weber – pionier historycznej budowy instrumentów dętych

Reiner Weber, arch. Heidi Beryt
Reiner Weber, arch. Heidi Beryt

HEIDI BERYT*: Od maja 2015 roku Poznańskie Muzeum Instrumentów Muzycznych gości niezwykłe dzieło niemieckiego budowniczego instrumentów Rainera Webera. Jak do tego doszło, że jego instrumenty, cały warsztat z maszynami i narzędziami, biblioteka i dokumentacja konserwatorska trafiły do Poznania? I kim był Rainer Maria Weber (w dalszym tekście RW)? Jako jego córka, w miarę możliwości, postaram się odpowiedzieć na te pytania.

od redakcji prostoomuzyce: artykuł pochodzi z portalu fundamentum.com.pl, który jest inicjatywą poznańskiego Stowarzyszenia Musica Patria. Fundamentum to ciekawe i przystępne teksty o muzyce dawnej. Polecamy!

Życzeniem RW było to, żeby jego dzieło nie zostało rozproszone i żeby jego wiedza, narzędzia i maszyny dalej służyły dobrym budowniczym instrumentów. Jeszcze za jego życia, wspólnie z żoną Elfriede, szukali muzeum, które mogłoby przejąć całą spuściznę i związane z nią zadania. Okazało się, że takie muzeum znajduje się w Poznaniu. Jego pracownicy byli trzykrotnie w bawarskim Bayerbach, w domu moich rodziców, aż w końcu dwa tiry pod koniec 2013 roku wywiozły z niego cały dar do Poznania. Pierwszą część wystawy RW zobaczył jeszcze na zdjęciach kilka dni przed śmiercią, w lutym 2014 roku.

Od maja 2015 roku można oglądać wystawę jego instrumentów. Eksponaty to wierne kopie instrumentów dętych (przeważnie drewnianych) od średniowiecza do baroku. Są wśród nich całe rodziny szałamai, pomortów, krumhornów, fletów, cynków oraz rzadkie instrumenty jak platerspiely, gemshorny, flety eunucha, flety kolumnowe, flet harmonijny, buisiny, rakety i doppioni. W domu w Bayerbach wisiały na ścianach w salonie i gdy goście lub klienci przyjeżdżali, RW grał na każdym z tych instrumentów, aby zademonstrować, jak brzmią. Klienci przyjeżdżali z całego świata; w pewnym czasie popyt był tak duży, że czas oczekiwania na zamówiony instrument wynosił aż 12 lat! RW wysyłał instrumenty do wielu krajów Europy, do Stanów Zjednoczonych, Izraela, Nowej Zelandii, Australii, Brazylii, Japonii… Wykonał je dla tak znanych postaci jak David Munrow i William Waterhouse, jak również dla zespołów muzyki dawnej, m. in. Musica Canterey w Bambergu i Schola Cantorum w Bazylei. Gdy zrealizują się plany udźwiękowienia Muzeum, znowu możliwe będzie ich usłyszenie. Instrumenty te warto również oglądać z bliska, ponieważ są wykonane wysokim kunsztem rzemieślniczym; tak samo jak oryginały, które RW odtwarzał. Pamiętam, ile cierpliwości potrzebował, aby klapy na dużych fletach lub szałamajach funkcjonowały idealnie – a oprócz tego dbał o to, by wyglądały szlachetnie. Ile przy tym było ręcznej roboty!

Jak osiągnąć cel, żeby instrumenty brzmiały pięknie (w miarę możliwości tak, jak kiedyś oryginały) i sprawiały jak najdłużej radość tym, którzy na nich grają? Tym problemem RW zajmował się prawie całe swoje życie. Oglądając film na wystawie, można mieć wgląd w tajemnice stworzenia jednego z tych wszystkich instrumentów, szałamaja dyskantowego. W filmie brakuje jednak pierwszego etapu – wyboru i sezonowania drewna. RW kazał ścinać drzewa przy nowiu księżyca. Na pile taśmowej przepiłowywał pnie, a grube deski przechowywał przez kilka lat pod dachem za warsztatem. Frapujące dla tych, którzy oglądają film, może być to, że maszyny i narzędzia są dość proste i wręcz archaiczne. To właśnie jest jedną z tajemnic Rainera Webera! Choć na początku swojej drogi zawodowej wychodził z założenia, że można „zmodernizować” budowę instrumentów historycznych, rezultat takich doświadczeń (dźwięk) przekonał go, że jednak starsi mistrzowie wiedzieli więcej od nas. Dlatego nauczył się kuć wiertła według historycznego wzoru i tylko nimi pracował. Wiertła te są trudne w obsłudze; trzeba dużo wprawy, aby nie zbaczać od kierunku odwiertu – dowiedziałam się, że teraz konserwatorzy Muzeum mają z nimi pierwsze przygody! Warto jeszcze wspomnieć, że tokarkę, którą widać na filmie, RW zrobił sam po wojnie z części odzyskanych na składowisku złomu. Ale w jego warsztacie też znalazły się najnowsze maszyny i narzędzia precyzyjne, gdy tylko się nadały. Całe to wyposażenie, historyczne i nowoczesne, służy teraz pracy poznańskich konserwatorów w ich warsztacie w Muzeum Instrumentów Muzycznych. Są też plany, żeby w przyszłości pokazać część warsztatu Rainera Webera na wystawie poznańskiego muzeum.

Narzędzia historyczne budzą pytanie, w jaki sposób można w ogóle dowiedzieć się tego, w jaki sposób budowano kiedyś instrumenty. Odpowiedź na to pytanie można znaleźć w małej bibliotece Muzeum Instrumentów Muzycznych, która zawiera mnóstwo książek i czasopism ze spuścizny RW poruszających ten temat – zarówno starych, jak i nowoczesnych. Pierwsze opisy i wymiary instrumentów, które go zainteresowały, znalazł w „Syntagma Musicum” Praetoriusa. Bardzo ważne były też oryginały – podczas zwiedzania muzeów badał je, by odkryć ich tajemnice. Na badania pozwalała mu przede wszystkim jego konserwatorska działalność. Współpracował zarówno z prywatnymi kolekcjonerami, jak i z wieloma muzeami, np. w Norymberdze, Monachium, Augsburgu, Bonn, Kopenhadze, Weronie, Modenie, Bolonii czy Brukseli. Czasem przysyłano mu instrumenty w strasznym stanie – złamane, z dziurami po kołatkach, ze szkodnikami. Czasem musiał usuwać metalowe gwoździe, które miały „zreperować” pęknięcie w drewnie, ale faktycznie doprowadziły do dalszych pęknięć. Leczył instrument, uzupełniał też brakujące części, starał się o to, żeby znowu można było na nim grać. Zawsze wykonywał dokładny opis ze zdjęciami przed konserwacją i po – ta bezcenna dokumentacja również jest do dyspozycji w bibliotece RW i na przyszłość ma być udostępniona online, by wszyscy mogli z niej skorzystać. Szeroki zakres badań stworzył potrzebę współpracy z naukowcami. Szczególnie przydatne były kontakty z chemikiem Heinrichem Kawinskim. Od niego nauczył się wykonywać preparaty drewien i badać je pod mikroskopem. Badał też historyczne lakiery i kleje – wszystkie wyniki wpisywał w kartotekę na swoim komputerze. Prowadził intensywną korespondencję z kolegami, muzykami, muzykologami z różnych krajów, był zawsze otwarty na ich uwagi i propozycje. Niektóre ze swoich doświadczeń opublikował, chętnie ogłaszał referaty na konferencjach. Niektórym udało się też nauczyć od niego małej części całego spektrum jego działalności, pracują z nim przez pewien czas w warsztacie w Bayerbach. Mimo tego nikogo nie wyszkolił na swojego zastępcę – uważał, że to niemożliwe ze względu na wszechstronne uzdolnienia i umiejętności, które są do tej pracy potrzebne. Oprócz tego, będąc samoukiem, nie miał uprawnień, aby kształcić czeladników.

Samoukiem był dlatego, że zaraz po wojnie, gdy zaczął się interesować budową instrumentów dawnych, nie było mistrzów, u których mógł się tego nauczyć. Gdy poprosił ówczesnych budowniczych instrumentów o to, by zrobili mu krumhorn, ci się tylko z niego śmiali. Mówili, że przecież w międzyczasie wymyślono lepsze i bardziej nowoczesne instrumenty. Musiał się więc nauczyć tego sam. Zarabiał na życie dorywczymi pracami, m. in. malował portrety na zamówienie lub dekorował witryny sklepów. Co jakiś czas jechał do Berlina, do mistrza Gerharda Muchowa, który uczył go konserwacji dzieł sztuki. Tam też zdał egzamin konserwatora obrazów i dzieł rzeźbionych. W Hamburgu znalazł rzemieślników, którzy jeszcze umieli pracować starymi metodami i nauczyli go toczyć drewno i kuć metal. Nie mając pieniędzy, odwdzięczał się za naukę swoją pracą w ich warsztatach. Wcale nie było łatwo nauczyć się ich kunsztu. W końcu urządził swój mały warsztat w Hamburg-Bergedorf i zaczął fabrykować instrumenty. Dobrze się złożyło, że jego pierwsza żona Helga (późniejsza profesor na Akademii Muzycznej w Hamburgu) uczyła studentów gry na instrumentach. Prowadzony przez nią zespół grał na instrumentach właśnie RW. Była to nie tylko ich reklama, ale i pole doświadczeń dla niego, gdyż widział, jak instrumenty funkcjonowały w praktyce i co ewentualnie trzeba było w nich zmienić. Uczestniczył w tych koncertach jako muzyk, w późniejszych latach występował z muzykami profesjonalnymi z różnych krajów. Organizował koncerty z zaprzyjaźnionymi muzykami z Kopenhagi i Berlina w małej bawarskiej miejscowości, a po nocach dyskutował ze swoimi kolegami. Druga żona Elfriede prowadziła bardzo gościnny dom. Dyskusje były żywe, bo przecież nie chodziło o drobiazg, tylko np. o to, w jaki sposób ma być interpretowana jedna z fraz w danym utworze. Znajomy cynkista i muzykolog Holger Eichhorn przez swoje wnikliwe analizy w znacznym stopniu przyczynił się do prawidłowego wykonywania muzyki. Dyskusja dotyczyła także instrumentów, ale RW nigdy nie szedł na łatwiznę. Zamiast ułatwiać grę dodatkowymi klapami lub innymi ustępstwami, wymagał od instrumentalistów, żeby oni dopasowali się do instrumentów, jakie wymyślili starsi mistrzowie, bo tylko wtedy osiągną idealne brzmienie.

Wspaniałe brzmienie – to motto całego życia RW. Odkrył je jako nastolatek, gdy w swoim rodzinnym domu w Lipsku słyszał w radiu (które sam zmajstrował) po raz pierwszy organy Compeniusa w Frederiksborg. Głęboko wzruszył go ich niezwykły dźwięk. Grał wtedy na fortepianie, ale po tym wydarzeniu zaczął uczyć się gry właśnie na organach. Intrygowały go ich rejestry, takie jak „cynk” czy „krumhorn” i to sprawiło, że zapragnął zobaczyć i usłyszeć instrumenty, które się tak nazywały. Najpierw jednak musiał przeżyć wojnę, w której doznał ciężkich zarówno fizycznych, jak i psychicznych urazów. Nawet trud wojennych doświadczeń nie sprawił, że zapomniał o wyjątkowym, niegdyś usłyszanym brzmieniu. Ta pasja dawała mu chęć do życia i jej owoce można zobaczyć dziś w poznańskim Muzeum Instrumentów Muzycznych. Ale owocowała też w szerszym zakresie – po pionierskiej pracy RW i paru innych budowniczych, rozkwitła praktyka wykonawcza muzyki dawnej na instrumentach historycznych. Dzisiaj krumhorny już możemy kupować u różnych budowniczych instrumentów i nikt się z takiego zamówienia nie śmieje! To bardzo cieszyło RW, że było coraz więcej adeptów jego pasji.

*Heidi Beryt – z zawodu nauczycielka, prywatnie córka Reinera Webera. Zrealizowała wiele polsko-niemieckich projektów, a w 2013 roku zamieszkała w Poznaniu. Dzięki jej staraniom spuścizna po tym wyjątkowym niemieckim budowniczym instrumentów trafiła do Muzeum Instrumentów w Poznaniu.

Czytaj więcej na fundamentum.com.pl 

Oceń zawartość: 

Brak głosów