Rozmawiajmy o Osieckiej. W rocznicę urodzin. Zawsze

Agnieszka Osiecka, fot. Włodzimierz Wasyluk
Agnieszka Osiecka, fot. Włodzimierz Wasyluk

„Sny się prześniły,
tańce wytańczyły,
oczy wypłakały,
serca wykochały,
ognie już nie płoną,
byłam tobie żoną
jedną noc szaloną,
kiedy śpiewał nam ten
walc natchniony,
kiedy szumiał walc,
walc zielony,
młody walc! Ach, młody…”

 

ESTERA PRUGAR: Te słowa, recytowane przez trzynastolatkę brzmiały zabawnie, a były to pierwsze z bardzo wielu słów Agnieszki Osieckiej, których przez kolejnych czternaście lat używałam i używam często, i które zapisały się we mnie tak mocno, że czasem słychać je nawet w moich własnych słowach.
W liceum znałam tych jej słów już na tyle dużo, że postanowiłam zebrać je i ułożyć w historię, którą z pomocą koleżanek zaprezentowałam w formie przedstawienia na szkolnym festiwalu kulturalnym. Wtedy oczywiście wybierałam się do łódzkiej szkoły filmowej, aby tak, jak Osiecka, studiować tam reżyserię. Do egzaminów nigdy nie podeszłam, ale z perspektywy czasu, z czystym sumieniem mogę w tym miejscu przytoczyć piosenkę „Nie żałuję”.

 

Innym razem, w wiejskiej bibliotece pod Krakowem, podczas wakacji odkryłam zbiór felietonów „Zabawy poufne”, którego własny egzemplarz dostałam po latach od przyjaciółki. Z porad związkowych doktora Amy’ego korzystam do dziś, a felieton stał się jedną z moich ulubionych form. Bo tak się złożyło, że kilka lat później sama zaczęłam pisać, chociaż nie wiersze. Zaczęłam też rozmawiać i te rozmowy spisywać. „To samo przyszło. Z niekochania. Czy z kabaretu. Jak w serce igłą” – tak napisała poetka o swoich powodach w wierszu „Konieczny”. Do mnie przyszły wywiady. I chociaż każdy jest wyjątkowym doświadczeniem, jednego nie dane mi było przeprowadzić. Dlatego, skoro z Agnieszką Osiecką nie mogę porozmawiać, z okazji rocznicy jej 81. urodzin, postanowiłam porozmawiać o niej.

Każdy z nas, nawet jeśli nieświadomie, zna choć jeden – a zwykle więcej – z jej tekstów. Pisała również prozę. Ale dzisiaj nie chodzi o notkę biograficzną, ani nawet o pełną biografię.

"Trochę czarująca, trochę zaczarowana, trochę niecodzienna"

– Porozmawiajmy o Agnieszce Osieckiej.
– Będzie łatwiej jeśli zadasz pytanie.
– Pierwsze skojarzenie, kiedy słyszysz „Osiecka”?
– Autorka około dwóch tysięcy tekstów, jeśli dobrze pamiętam. Poetka, której słowa zawsze korespondowały z muzyką. Wydaje mi się, ze nawet ludzie, którzy muzyką się nie interesują i świadomości muzycznej nie mają, to na pewno znają utwory, które napisała...
– Ale prywatnie. Pierwsza myśl, która przychodzi na dźwięk tego nazwiska. Z czym ono kojarzy się Tobie?
– Uwielbiam jej historię. Historię jej życia. To, w jaki sposób trafiła do swojego teatrzyku. Jej – mniej lub bardziej – udane związki. I to, jak potrafiła to wszystko przełożyć na teksty.
Tak rozpoczęła się moja rozmowa z Pawłem Hordejukiem, znanym jako Hares, managerem zespołu Happysad.
– Pisząc teksty, odkrywała samą siebie – trochę, czarującą, trochę zaczarowaną, trochę niecodzienną. Mam wrażenie, że ceniła życie i umiała z niego korzystać. I to właśnie zmieniała potem w piękne teksty – powiedział Paweł.

Jakiś czas temu, wysyłając wstęp tego artykułu z fragmentem wiersza „Zielony walc”, do chłopaka, dostałam odpowiedź „To tekst? Przez chwilę myślałem, że wyznanie”. Raczej nie jest to to, co chciałby usłyszeć Chłopiec, Na Którym Mi Zależy (nazwa własna, określająca uczestnika sytuacji damsko-męskiej, zapożyczona z książki „Szpetni Czterdziestoletni”). Do nieporozumienia nie doszło, ale zdałam sobie wtedy sprawę, jak często łatwiej mi wyrazić własne emocje jej słowami. I jak wiele razy to robiłam. Czytałam je po kilkanaście, niektóre po kilkadziesiąt razy, a potem samoistnie odtwarzały się w mojej głowie, kiedy sytuacja je wywoływała, a ja przekazywałam dalej, na zewnątrz.

„Osiecką odkrywam przez kobiety”

Kiedy o tym myślałam, przyszła inna wiadomość, jakby na potwierdzenie i uzupełnienie moich rozważań:
„Widzisz. Ja Osiecką odkrywam przez kobiety. One mówią jej językiem, ona mówiła ich".
Pisała o swoich przeżyciach, o swoich miłościach, rozstaniach, zawodach, nadziejach, powrotach... Chyba o każdym możliwym aspekcie miłosnych perypetii. Chociaż nie ograniczała się tylko do tego tematu, jest go w jej twórczości dużo. Muzyk, kompozytor i producent muzyczny Michał Marecki, który jest autorem powyższej wiadomości, zgodził się ze mną, kiedy odpisałam, że może chodzić o umiejętność nazywania uczuć.

„Wszyscy jesteśmy bohaterami jej opowieści”

I chociaż były to jej osobiste emocje, które wywoływały często bardzo konkretne, prywatne czy wręcz intymne sytuacje i zdarzenia z jej życia, Agnieszka Osiecka potrafiła uchwycić je w sposób uniwersalny. Michał Wiraszko, wokalista, założyciel zespołu Muchy, na moje pytania o nią odpowiedział:
Mówi się, że prawdziwa literatura powstaje wtedy, gdy „sama się pisze”, to znaczy gdy autor pozostaje – powiedzmy – medium pomiędzy wyobraźnią, językiem i odbiorcą. Tak z pewnością było w przypadku Pani Agnieszki. Ponoć pisała bez przerwy i zdarzało się, że jednym tekstem obdarowywała kilku artystów śpiewaków, z czego robiły się zabawne mniej lub bardziej historie. Bogactwo jej skojarzeń, przewrotność porównań i przede wszystkim umiejętność wykreowania uniwersalnych znaczeń z małych, codziennych wydarzeń i osobistych historii sprawia, że wszyscy jesteśmy bohaterami jej opowieści – napisał Michał.

Agnieszki Osieckiej nie ma z nami już 20 lat. W tym roku, 9 października obchodziłaby swoje 81. urodziny. Ale to, co po niej zostało zdaje się nie starzeć nawet o dzień, nawet o jedną chwilę, o pół uczucia. Jest dokładnie takie, jak napisała, jakim je zostawiła – niezmiennie aktualne, niezachwianie piękne w swojej formie. Wciąż zdobywające nowych fanów, ciągle na nowo interpretowane, nieustannie będące źródłem inspiracji, radości, zadumy, zrozumienia. Codziennie towarzyszy światu, w którym jej już nie ma.

Z okazji rocznicy jej urodzin, nie chcę życzyć, żeby to się nie zmieniało. Chcę jej podziękować. I chcę dalej o niej rozmawiać.


PS Kiedyś chłopak chciał mi zrobić przyjemność czy może zaimponować, i zacytował fragment tej piosenki. Zapytałam go, dlaczego życzy mi, żeby to nasze spotykanie się skończyło się moim samobójstwem. Okazało się, że przesłuchał ją bardzo pobieżnie i nie wychwycił chwili, kiedy bohaterka się zabija. Wykonawczo i interpretacyjnie jest jedną z najtrudniejszych piosenek, ale wydaje mi się, że również jedną z najpiękniejszych, bo chociaż dziewczyna się zabiła, to „Bóg jej wybaczył czyny sercowe i lody podał jej malinowe”...

 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Średnio: 10 (2 głosów)