Rozważania o Morzu [blog]

OSKAR ŁAPETA: Morze. Trzy szkice symfoniczne (La mer, trois esquisses symphoniques pour orchestre) – tak zatytułował jeden ze swoich najbardziej znanych utworów Claude Debussy. Taki też właśnie jest charakter utworu – kompozytor nigdy nie jest w tym dziele dosłowny, raczej sugeruje pewne nastroje zamiast stawiać słuchacza przed jasno określonymi obrazami. Tytuły poszczególnych części dają wyobraźni duże pole do popisu:
Od świtu do południa na morzu (De l'aube à midi sur la mer)
Gra fal (Jeux de vagues)

Rozmowa wiatru i morza (Dialogue du vent et de la mer)
O muzyce Debussy’ego zwykło się myśleć w kontekście muzycznego impresjonizmu. Pomijając wszelkie kwestie techniczne – impresjonizm kojarzy się z rozmarzeniem, z dominacją barwy nad rysunkiem, z brakiem jasno określonych konturów. Tak też szersza publiczność przywykła myśleć o muzyce Debussy’ego, w tym o Morzu – jako o utworze rozmytym, niezbyt selektywnym w brzmieniu, w którym barwy mieszają się ze sobą i tworzą masę, z której nie sposób wyłowić poszczególnych instrumentów.
Ale… Debussy umieścił na okładce pierwszego wydania partytury nie rozmyty obraz Renoira czy Moneta, ale grafikę Hokusai - przejrzystą, klarowną, z mocno zaznaczonymi liniami.

Oczywiście sam gest umieszczenia czegoś na okładce to za mało, żeby wyobrażać sobie, jak kompozytor mógł słyszeć swój własny utwór, ale pomocą w ustaleniu służy również partytura. Skład orkiestry potrzebny do wykonania Morza jest duży, ale jednocześnie kompozytor używa zespołu bardzo ekonomicznie – poszczególne instrumenty zazwyczaj przerzucają się między sobą krótkimi, zwartymi motywami. Brak w Morzu długich, lejących się melodii, a jeśli już się pojawiają, to kompozytor zazwyczaj różnicuje ich kolejne odsłony – a to poprzez zmianę instrumentacji, a to poprzez zmianę rytmu. Nawet w partii smyczków dużo jest miejsc, w których jeden instrument gra solo, albo kilka instrumentów wydzielonych jest z całego zespołu. W niektórych miejscach Debussy rozbija sekcję smyczków nawet na dziewięć głosów, tworząc migotliwe, arabeskowe brzmienia. Kompozytor używa swojej orkiestrą z imponującą precyzją i wirtuozerią.
Jeśli zaś i te argumenty przemawiające za klarownością są niewystarczające – trzeba odwołać się do wczesnych nagrań. Wielu wybitnych dyrygentów, którzy znali kompozytora i pracowali z nim, nagrało Morze. Piero Coppola, Arturo Toscanini, Ernest Ansermet i Pierre Monteux – wszyscy ci dyrygenci doskonale wiedzieli, jak należy wykonywać muzykę Debussy’ego. Monteux grał na altówce w wykonaniu Morza, którym dyrygował kompozytor, a po latach wspominał, że jego sposób dyrygowania własnej muzyki był sztywny i pedantyczny, Debussy nie cierpiał też wykonawców nie przywiązujących wagi do detali i rozmywających jego utwory. Wszystkie nagrania pod batutą dyrygentów znających kompozytora są dość podobne – szybkie (Coppola uwinął się z Morzem w 20 minut), selektywne i podkreślające w zdecydowany sposób poszczególne linie melodyczne i rytmy. Wiemy już, jak zapewne Debussy chciał, aby wykonywano jego utwór. Oczywiście nie wszyscy wykonawcy zastosowali się do jego wskazówek.

Vladimir Ashkenazy proponuje odmienne podejście do partytury francuskiego kompozytora. Jego Morze jest zaskakująco słowiańskie – brzmienie amerykańskiego zespołu jest ciepłe i pełne, a nacisk położono na sekcję smyczków, co odbywa się kosztem detali w sekcji drewna i blachy. Jednak takie podejście stanowi miłą niespodziankę – kto raz usłyszy wejście wiolonczel w pierwszej części, temu na długo pozostaną one w pamięci. Posłuchajcie:
Ashkenazy1
 
 
Interpretacja Ashkenazego jest jedna pełna życia, energii i entuzjazmu, a część druga odkrywa następną miłą niespodziankę – upodobanie do wydobywania z zespołu brzmienia perkusji, co w tak barwnym utworze jest ważne:
Ashkenazy2
 
 
Trzecia część jest idealnie burzliwa, a sekcja blachy, do tej pory skrywana, odzywa się teraz z pełną mocą końca:
Ashkenazy3
 
 
Vladimir Ashkenazy, Cleveland Orchestra, 1987, 23:30, Decca

https://youtu.be/FOCucJw7iT8
 

Pierre Boulez nagrał Morze z tym samym zespołem, co Ashkenazy, jednak rezultat jest skrajnie odmienny. Balans pomiędzy sekcjami orkiestry jest bardziej wyrównany, jednak na nieszczęście wyrównana jest również dynamika, tempo i ekspresja, przez co ogólne wrażenie nie jest korzystne. Brzmienie jest wygładzone, miękkie, ale brakuje energii i pazura. Przed poznaniem tego nagrania nie wiedziałem, że Morze może nudzić… Posłuchajcie zakończenia pierwszej części:
BoulezCleveland1
Pierre Boulez, Cleveland Orchestra, 1993, 23:35, Deutsche Grammophon

https://youtu.be/1zHYm81sKn4

Całe szczęście mamy też wcześniejsze nagranie Bouleza. Skrajnie odmienne, selektywne i klarowne, ale jednocześnie ciepłe, zadaje kłam reputacji Francuza jako  dyrygenta chłodnego i analitycznego. Każdy element faktury utworu Debussy’ego jest dopieszczony, a interpretacja jest potoczysta i wartka, wiele tu też uroku w kształtowaniu fraz i dopieszczaniu ich. Posłuchajcie wejścia wiolonczel w pierwszej części, tego samego, które umieściłem przy wykonaniu Ashkenazy'ego  - ile w tym elegancji i wdzięku!
BoulezPhilharmonia1
 
Posłuchajcie, z jakim luzem i nonszalancją brzmi orkiestra w Grze fal:
BoulezPhilharmonia2
 
Jedynym mankamentem były dla mnie kulminacje w pierwszej i ostatniej części – zbyt nieśmiałe i wyciszone, jakby dyrygent bał się użyć całej energii nawet w najbardziej dramatycznych momentach.
 
Pierre Boulez, New Philharmonia Orchestra, 1966, 23:52, Sony

https://youtu.be/-qyO6nhM79E

Nagranie Jeana Martinona jest podobne w kwestii klarowności i przejrzystości brzmienia, jednak sekcja blachy jest tu mocniej podkreślona, co powoduje, że kulminacji w skrajnych częściach słucha się z prawdziwą przyjemnością. Posłuchajcie jak Martinon kończy pierwszą część i porównajcie jego interpretację z nagraniem Bouleza z Cleveland Symphony Orchestra:
Martinon2
 
 
W drugiej części bardzo charakternie brzmi drewno – posłuchajcie fragmentu drugiej części:
Martinon3
 
 
Na uwagę zasługuje też artykulacja smyczków – ich wejścia są ostre i świetnie zaakcentowane. Jednak najlepsze w interpretacji Martinona to poczucie całkowicie naturalnego budowania narracji – płynnego i wolnego od zmanierowania. Posłuchajcie tylko, jak pięknie brzmi pierwsza kulminacja w pierwszej części, z migoczącymi tremolandami w wysokich rejestrach skrzypiec:
Martinon3
 
 
Napięcie budowane jest bardzo umiejętnie, a niezapomniane wrażenie pozostawia po sobie zakończenie ostatniej części – niewielu dyrygentów wydobyło ze swojej orkiestry taką dziką furię jak Martinon. Połączenie ostrości i dramatyzmu z delikatnością – trudna sztuka! Posłuchajcie:
Martinon4
 
 
Jean Martinon, Orchestre National de l'O.R.T.F., 1974, 24:36, Erato

https://youtu.be/nZ2u7UTN30U
 
Mamy za sobą cztery wersje Morza – różniące się od siebie, ale pomimo to są to wersje normalne i obiektywne, nie budzące jakichś ogromnych kontrowersji. W następnym wpisie wezmę się za bardziej kontrowersyjne nagrania – obiecuję ;-)
Wpis pochodzi z muzycznego bloga Oskara Łapety: http://www.klasycznaplytoteka.pl, gdzie znajdziesz kolejne wpisy i rozważania o ciekawych nagraniach. Polecamy!

 

Oceń zawartość: 

Brak głosów

ZAMÓW PRENUMERATĘ