Sir Simon i Mahler

Sir Simon Rattle uchodzi obecnie za jednego z najlepszych dyrygentów mahlerowskich. Sławny dyrygent ma już na swoim koncie komplet symfonii tego kompozytora, ale obecnie wraca do tych utworów i nagrywa je z Berliner Philharmoniker. Jakie są rezultaty?

II Symfonia c-moll Gustawa Mahlera, znana z podtytułu „Zmartwychwstanie”, była utworem, który utorował Rattle'owi drogę do serc melomanów. Jego nagranie tego utworu z 1986 r. było też pierwszym nagraniem symfonii Mahlera, jakie usłyszałem. Kiedy brałem do ręki nową płytę z Berliner Philharmoniker, miałem mieszane uczucia. Obawiałem się, że dyrygent nie sprosta wrażeniu, które wywarł na mnie kiedyś.

Początek symfonii upewnił mnie w tym przekonaniu. Tempo raczej umiarkowane, nastrój muzyki – biorąc pod uwagę apokaliptyczny temat – zdecydowanie zbyt spokojny, żeby nie powiedzieć – obojętny. Uwagę przyciąga za to doskonały dźwięk i świetna gra orkiestry, ale w przypadku Berlińczyków nie powinno to dziwić. W książeczce dołączonej do płyty znajdziemy informację, że album nagrano na żywo w dniach 28-30 X 2010. W czasie montażu musiano połączyć dwie różne wersje tej części. Chyba tylko to może wytłumaczyć nagłą zmianę nastroju w rekapitulacji, mniej więcej w połowie pierwszej części. Wykonanie staje się nagle bardziej nerwowe, ostre, napięte – brzmi tak, jak Mahler powinien brzmieć. Słuchałem zakończenia tej części z ogromnym zainteresowaniem. Następująca po allegro część taneczna – lendler – bardzo mnie zaskoczyła. Orkiestra brzmi subtelnie, delikatnie, ale jednocześnie wyraźnie podkreślony jest puls, co nadaje całości wrażenia nerwowego oczekiwania. Przywykłem do spokojniejszych wykonań tej części, ale taka odmiana bardzo przypadła mi do gustu. Scherzo okazało się logicznym dopełnienem tego, co do tej pory działo się w muzyce. Jest efektowne i zagrane przez Berlińczyków prawdziwie wirtuozowsko. Rattle nie przepuszcza żadnej okazji, żeby pokazać kunszt orkiestracji Mahlera, wyłapuje przy tym bez problemu każdą, nawet najmniejszą, zmianę nastroju.

W części czwartej – Urlicht – po raz pierwszy pojawia się głos. W tym nagraniu śpiewa Magdalena Kožená. Jej wykonanie rozczarowało mnie – w interpretacji zabrakło mi prostoty i naiwności. Wykonywała tekst ze zbytnią emfazą i zbyt mocno akcentując. Taki sposób wykonywania bardziej pasuje do barokowych oper niż do symfonii austriackiego kompozytora. Rattle akompaniuje jej wspaniale i wydobywa z sekcji blachy niezwykłe bogactwo brzmienia.

Najdłuższa i najbardziej skomplikowana część piąta długo nie pozwala o sobie zapomnieć. Umiejętność budowania napięcia przez dyrygenta i logika przebiegu sprawiają, że jest to jedno z najlepszych dostępnych nagrań. I tutaj gra orkiestry jest wspaniała i bardzo selektywna. Potężne crescenda perkusji poprzedzające marsz są bardzo długo wstrzymywane, trąbki i waltornie odzywające się zza sceny są idealnie odległe, a całość wykonania imponuje zaangażowaniem. Kožená nie spisała się lepiej niż w Urlicht, ale Kate Royal robi o wiele lepsze wrażenie. Dość nietypowo brzmi Rundunkchor Berlin. Nie jestem pewien, czy to kwestia nagrania, akustyki sali czy zamierzony efekt, ale praktycznie w ogóle nie można rozróżnić słów śpiewanych przez chórzystów. Dzięki temu (a może – przez to?) chór brzmi bardziej jak u Debussy'ego niż u Mahlera. Efekt jest intrugujący!

To jedno z najciekawszych nagrań II Symfonii Mahlera, jakie ukazało się w ostatnich latach. Może się nie spodobać, ale poznać trzeba koniecznie!

Więcej kontrowersji budzi nagranie IX Symfonii D-dur. Poprzednie, dokonane z Wiener Philharmoniker, zostało solidarnie skrytykowane przez melonamów. Czy dyrygent tym razem spisał się lepiej? Słuchając nowego nagrania nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to bardzo niemahlerowski Mahler. Berlińczycy grają przepięknie i w ich grze słychać mnóstwo niuansów, ale podejście Rattle'a odpowiada raczej muzyce Brahmsa, nie Mahlera. Za mało w tym nerwowości, poczucia walki, a momenty wytchnienia wydają się nie nieść ze sobą żadnego poczucia ulgi. Pierwsza część jest prowadzona powoli, miarowo, a smyczki wykonują swoje długie, szeroko rozpięte łuki ze słodyczą, którą rzadko kiedy można usłyszeć. Gorzej brzmią fragmenty, w których narracja burzy się i rwie, a melodia znika, porwana silnym napięciem. Ratttle podchodzi do tych epizodów ze stoickim spokojem. Na jego skroni nie pojawia się ani jedna kropla potu, tętno nie wzrasta nawet o jedno uderzenie więcej.

Lepiej przedstawia się sytuacja w części drugiej i trzeciej. Tempo jest bardziej wartkie, a orkiestra ma więcej możliwości, żeby zaskoczyć słuchacza celową brzydotą brzmienia. I udaje im się to bardzo dobrze, zwłaszcza w drugiej części, topornej karykaturze lendlera. Rondo-burleska również brzmi interesująco, ale Rattle'a gubi obsesja na punkcie detali. Słychać tu każde kwiknięcie klarnetu Es, każde marcato w skrzypcach, problem jednak w tym, że widać drzewa, ale całego lasu – już nie. Również tutaj spokój dyrygenta burzy całe napięcie i groteskowość utworu. Pięknie zaczyna się końcowe Adagio, pięknie też się kończy, długą, gasnącą w ciszy kantyleną smyczków. Wykonanie również jest piękne, ale obywa się bez większych wzruszeń czy napięć. Berlińskiej smyczki brzmią cudownie – miękko i jedwabiście, ale pod dyrekcją angielskiego dyrygenta brak im spontaniczności  i płynności. Oczywiście – nie każdego takie podejście zrazi. Jeśli ktoś oczekuje od orkiestry technicznej perfekcji, a od dyrygenta – skrupulatności – to polubi to nagranie. Jeśli jednak słuchacz szuka emocji, napięcia i zaangażowania w wielką symfoniczną powieść – może się poczuć rozczarowany. Rattle może uchodzić za eksperta od Mahlera, ale wydaje mi się, że nie wszystkie utwory darzy jednakową sympatią.

 

Płyt wysłuchał Oskar Łapeta

Więcej artukułów z kategorii: 

Oceń zawartość: 

Brak głosów