Słowa są niepotrzebne [recenzja filmu "Nasze zmagania"]

W piątek, 13 lipca 2018 roku, Transatlantyk Festival po raz ósmy wypłynął na szeroką przestrzeń kina i idei. Pierwotnie poznański, a obecnie łódzki festiwal, stworzony przez kompozytora Jana A.P. Kaczmarka, pierwszy raz od początków swojego istnienia zaprosił uczestników Gali Otwarcia na film. Był nim francusko-belgijski dramat w reżyserii Guillaume’a Seneza pt. „Nasze zmagania”.

Słodko-gorzka historia ojca, który opuszczony przez żonę musi pogodzić pracę z wychowaniem dzieci, mogła być nieciekawa. W światowej kinematografii nie brakuje takich opowieści. Reżyserowi udało się jednak tchnąć w temat nowe życie, przede wszystkim w wiarygodny sposób przedstawiając codzienność, z jaką mierzy się rodzina Oliviera. Przez rutynę kolejnych dni przebija się wzajemna miłość małżonków i silne uczucie między nimi a dziećmi. Skromne grono przyjaciół, zwyczajne wyzwania i kłopoty w pracy, małe radości i smutki – wszystko jest takie naturalne i dziwnie znajome. Nawet ucieczka żony nie jest tu udramatyzowana. Kobieta po prostu znika, ale już wkrótce dowiemy się, jaka była przyczyna jej decyzji. Dowiemy się też, że nic złego jej się nie stało. Nie ma tu teatralnych wybuchów rozpaczy, dzieci ze spokojem przyjmują nieobecność matki, choć bardzo za nią tęsknią, a mąż równolegle do poszukiwań z poświęceniem walczy o poprawę warunków swoich pracowników, lekceważonych przez zarząd. To, co przeżywa Olivier i jego dzieci, najczęściej nie jest wyrażone wprost. Mężczyzna sam stwierdza, że wszyscy w domu wiedzą, co się dzieje, dlatego według niego mówienie o tym jest zbędne.

I w tym właśnie odnajduję istotę filmu Seneza. Żyjemy obok siebie, ze sobą, kochamy się, szanujemy i jak jest – każdy widzi, więc słowa są niepotrzebne. Rezygnujemy z rozmowy o tym, że żona jest zmęczona pracą i opieką nad domem, że dzieci czują ogromny smutek po odejściu mamy, a nawet o tym, że synowi nie podoba się plecak, który dostał na urodziny. Unikamy rozmowy o ojcu lub o tym, że siostra nie ma pracy ani własnej rodziny. Nie chcemy mówić o uczuciach, bo uważamy, że pewne rzeczy są oczywiste, nie chcemy kogoś zranić albo boimy się przyznać do słabości. Ograniczamy się do płaskich pytań i powierzchownych odpowiedzi, które zawsze są takie same. I choć jesteśmy sobie bliscy, to z czasem te płytkie wymiany zdań czy niewinne przemilczenia doprowadzają do zerwania więzi.

Poza dobrym, angażującym scenariuszem, mocną stroną filmu jest obsada. Zachwyciły mnie role dziecięce: tak naturalne i autentyczne. Szczególnie jednak ujął mnie swoją kreacją Romain Duris. Właściwie przez cały czas kamera śledzi jego działania, a my coraz bardziej wczuwamy się w jego sytuację. Duris obdarzył swoją postać łagodnością i szlachetnością, a jednocześnie pozwolił mu na złość, błędy i słabości. Nie jest bohaterem bez skazy, a jednak nie potępiamy go i życzymy mu jak najlepiej. Dlaczego? Bo jest taki, jak my. I ma do tego przepiękny uśmiech…

Za to właśnie cenię film Seneza. Reżyser w prostej formie ujmuje problem braku komunikacji między bliskimi sobie ludźmi. Pokazując codzienne zmagania bohaterów, każe nam w nich odnaleźć samych siebie i rozpoznać nasze własne potyczki z życiem. Uświadamia też widzowi, że podstawą do odbudowania relacji jest nic innego, jak wzajemna miłość – niedoskonała, często trudna i wymagająca, ale niezbędna do tego, by być razem na dobre i na złe, każdego dnia. I by napisać na opuszczonym domu wiadomość na wypadek, gdyby mama wróciła: „Czekamy na Ciebie!”

Anna Józefiak KlubFilmowy.com

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów