Stanisław Słowiński: Publiczność to najważniejszy sędzia

fot. M. Stachowicz

Trasa koncertowa promująca nową płytę Stanisława Słowińskiego - "Visions Violin Concerto live at ICE Congress Centre Kraków" ruszyła! W skomponowanym przez niego skrzypcowym koncercie można odnaleźć inspiracje jazzem i muzyką klasyczną. W rozmowie z Wojciechem Pietrowem muzyk mówi o swoim dziele, współpracy z innymi artystami i o tym "po co" właściwie gra.

Wojciech Pietrow: W jednym z wywiadów stwierdził Pan, że chce, by ludzie grający z Panem wiedzieli, po co grają. Po co gra Pan?

Stanisław Słowiński: Tak, to prawda, to dla mnie bardzo ważne. Świadomość, jaki cel ma nasze granie, co chcemy publiczności przekazać przez naszą muzykę, kiedy wychodzimy na scenę. Taką ścieżką staram się podążać: aby muzyka, którą komponuję, gram, nagrywam, niosła ze sobą konkretne treści, emocje – pozwalała stworzyć więź, emocjonalne połączenie. To oczywiście nie zawsze jest łatwe. Z takim podejściem jesteśmy non stop emocjonalnie otwarci i to rodzi ryzyko, ale życie pokazuje, że warto. Mieliśmy wiele sytuacji, kiedy ktoś po koncercie mówił, że godzina koncertu pozwoliła mu oczyścić się emocjonalnie, poukładać pewne rzeczy, czasem pogodzić z jakimiś trudnościami czy po prostu „odpłynąć” i zagłębić w emocjach; to naprawdę wzruszające chwile, dla których warto walczyć o ten przekaz za każdym razem, kiedy wychodzi się na scenę.

Czy artysta musi grać po coś? Czy granie dla przyjemności to za mało?

W poprzednim pytaniu już w zasadzie poruszamy ten temat – oczywiście, że nie musi. Zasadniczo nikt nic nie musi, ani muzyk, artysta ani ktokolwiek inny, ale cytując kogoś mądrzejszego ode mnie – wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Idąc za tą maksymą – oczywiście można grać dla przyjemności i w żadnym wypadku nie uważam, że to za mało lub że taka muzyka jest mniej wartościowa. Ale poszukajmy większej korzyści. Mam mocne poczucie, które co chwilę potwierdzają kolejne doświadczenia, że muzyka to medium, które pozwala na niespotykaną nigdzie indziej komunikacje między ludźmi; dla mnie eksplorowanie tej przestrzeni, budowanie tych relacji jest właśnie tym, co najbardziej pociągające i niesamowite w muzyce. Nic innego nie pozwala tak jak muzyka budować dialogu; mam przyjemność często współpracować z ludźmi z całego świata; różnimy się otaczającym nas kontekstem kulturowym, wyznawaną religią, światopoglądem, a jednak, kiedy zaczynamy grać, te różnice przestają dzielić, a pomagają czerpać z różnorodności – to niezwykle cenne. To napędza mnie do grania, tworzenia.

W czasie występu z orkiestrą AUKSO współpracował Pan z dyrygentem Markiem Mosiem. Miał Pan obawy, powierzając kierowanie własnym utworem komuś innemu?

Trzeba zacząć od tego, że pan Marek Moś jest artystą absolutnie wybitnym; jako dyrygent i instrumentalista. Jest to jeden z największych autorytetów na tym polu, więc dla mnie możliwość współpracy z nim była ogromną radością i dużym wyróżnieniem; absolutnie nie miałem żadnych obaw, wiedząc, jak wielkie doświadczenie i wiedzę o muzyce pan Moś posiada. Podczas premiery koncertu miałem wielkie szczęście zgromadzić na scenie wspaniałych muzyków; Marta Wajdzik (saksofon), Zbyszek Szwajdych (trąbka), Szymon Mika (gitara), Kuba Płużek (fortepian), Justyn Małodobry (kontrabas), Dawid Fortuna (perkusja), orkiestra AUKSO pod batutą wspomnianego już maestro Marka Mosia. Wszyscy artyści, którzy tamtego dnia spotkali się na scenie, to naprawdę najwyższa półka; najwyższa półka wrażliwości na muzykę, energii i pasji włożonych w grę czy w końcu pod względem technicznym – ten wieczór był dla mnie zdecydowanie jednym z najważniejszych w mojej dotychczasowej muzycznej drodze.

Utwór wykonywał Pan również w mniejszym składzie, bez orkiestry. Czy jego wydźwięk wtedy słabnie, czy staje się bardziej czytelny? Może całkiem się zmienia? Jeżeli tak, to jak?

Bardzo lubię eksperymentować – mam wiele utworów, które były wykonywane w składach wszelkiego rodzaju; od koncertów solo, przez trio, kwintet, aż po wersje z orkiestrą. Każda konfiguracja ma swoją specyfikę; im większy skład, tym większa kulminacja energii, która niesie muzykę; małe składy potrafią być z kolei bardziej bezpośrednie, intensywne w przekazie – każdy wariant ma swoje walory. W wypadku „Visions” – ten materiał za każdym razem nabiera innych kolorów; graliśmy go już w wielu wariantach, z których najmniejszy skład to duet skrzypce plus fortepian, a największy to ponad stuosobowa obsada z orkiestrą symfoniczną i chórem. Za każdym razem słyszę w tej muzyce nowe barwy – bo na muzykę składają się przecież nie tylko myśl kompozytora, jego warsztat, ale też (a pewnie przede wszystkim) przeżycia i doświadczenia ludzi, którzy ją grają czy towarzyszą jej jako publiczność.

Skąd decyzja, by napisać koncert? Czy w ogóle się stwierdza: napiszę koncert, czy wszystko wychodzi w praniu? Jak to wyglądało u Pana?

Ile kompozycji, tyle historii; w tym wypadku koncepcja była jasna od początku. Forma koncertu skrzypcowego jest mi niezwykle bliska ze względu na mój wieloletni związek z muzyką klasyczną, której poświęciłem kilkanaście lat życia podczas edukacji w szkołach muzycznych i na akademii. Od wielu lat jestem aktywny jako muzyk i lider autorskich projektów, a w ostatnich latach zacząłem coraz więcej komponować. Oprócz utworów na kameralne składy zaczęło się pojawiać coraz więcej kompozycji na większe konfiguracje i w coraz większych formach. W pewnym momencie poczułem, że zmierzenie się z formą koncertu jest dla mnie jako kompozytora naturalnym kolejnym krokiem; to pewnego rodzaju powrót do korzeni, ale połączony jednocześnie mocno z muzyką, którą teraz głównie się zajmuję, czyli z jazzem, muzyką improwizowaną. „Visions” jest takim właśnie utworem – bardzo zróżnicowanym stylistycznie; starałem się zawrzeć jak najszerszą paletę muzycznych barw, które inspirują mnie na co dzień, nie stawiając sobie przy tym ograniczeń co do gatunków czy stylistyki. Z jednej strony mamy więc klasyczną, trzyczęściową formę i wyraźne odwołanie się do muzyki klasycznej; z drugiej – mieszankę inspiracji o bardzo szerokim spektrum.

Fascynują mnie w Pańskiej muzyce motywy i melodie, które nierzadko mają w sobie coś słowiańskiego. To moje wrażenie. Zastanawiam się, czy jest coś, co fascynuje Pana we własnej muzyce?

Budowanie dialogu między muzykami na scenie, a także między słuchaczami na widowni; badanie granic swojej kreatywności; granie na granicy ryzyka, błędu, sprawianie, że muzyka jest żywa, porywająca; poznawanie dzięki muzyce siebie i własnych emocji; to wszystko fascynuje mnie w muzyce, której słucham. Czy w mojej muzyce udaje się mi się zbliżać w te rejony? Ten werdykt pozostawiam publiczności – to przecież najbardziej surowy, ale i najważniejszy sędzia.

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów