Studium obłędu i ekstazy

Taki podtytuł miał koncert Hashtag Ensamble na UMFC (Uniwersytet Muzyczny im F. Chopina w Warszawie). Był zapowiadany od kilku miesięcy. Podskórnie czułam, że to będzie wyjątkowe muzyczne doświadczenie. Ale na to, co usłyszałam i zobaczyłam, nie byłam przygotowana.

Pisanie relacji z wydarzeń muzycznych jest dość niewdzięcznym zajęciem. Jak przenieść na papier wrażenia, odruchy serca, emocje, które uwalniane są przez dźwięki wydobywane z przeróżnych instrumentów? Aby sprostać temu zadaniu, wielu recenzentów i korespondentów chowa się za trudnym meta-językiem muzykologicznych pojęć. Lub korzysta z analogii i do opisu muzyki używa języka miłości, emocji, nadużywając przymiotników. Czasem udaje im się uchwycić sedno, czasem krążą wokół, nawet nie dotykając istoty piękna.

Na niedzielnym koncercie byłam „prywatnie”, aby odpocząć. Tymczasem już na dzień dobry panowie dr Leszek Lorent i Ignacy Zalewski zafundowali mi (i sali pełnej słuchaczy) krótkie merytoryczne wprowadzenie. Wdzięczna im jestem za to, że nie był to przeładowany intelektualnie wykład, a raczej parę ważnych zdań, dzięki którym współczesna muzyka, którą za chwilę miałam usłyszeć, stawała się bliższa, a przez co bardziej zrozumiała.

W programie dwa utwory. Z szacunku do artystki napiszę kilka słów o pierwszym z nich, choć wykonanie drugiego całkowicie zdominowało występ.

Olga Przybył zagrała na zestawie pozaeuropejskich instrumentów perkusyjnych kompozycję Pera Norgarda „I Ching”, której bazą jest taoistyczna filozofia dalekiego Wschodu oraz idea przeciwieństw, których równowaga stanowi o kondycji wszechświata a także – naszych organizmów. To, co wyczyniała Olga, powodowało, że momentami wstawałam z fotela. Jej występ i ten utwór to dowód na to, że instrumenty perkusyjne mają nieograniczone wprost możliwości ekspresji.

Ale to była dopiero rozgrzewka.

Hashtag Ensamble to formuła stara jak świat: zdolni, ambitni młodzi ludzie różnych dyscyplin muzycznych – wykonawcy, kompozytorzy, dyrygenci, w tym ciała pedagogiczne, społecznicy i aktywiści – porozumieli się, aby razem realizować artystyczne powołanie. To ważne wprowadzenie, bo z założenia oznacza, że to, co firmuje zespół, ma wysoką wartość poznawczą. Jednocześnie to, co wykonuje Hashtag Ensamble – jest nie tylko ambitne, ale i piękne. Ich nie interesują przeintelektualizowane współczesne dzieła. Chcą się sprawdzać, popisywać techniką, stawiać sobie nowe wyzwania, a jednocześnie – porozumieć się z publicznością, dać jej to, po co przychodzi się na koncert – radość, wytchnienie, poczucie obcowania z pięknym dziełem.

„Dobry dzień dla Waszej Wysokości: Bóg chroni tego, który chroni bramy.
Oto klucz do Królestwa.
Jesteś uroczym facetem: w następnym miesiącu powinienem dać ci kapustę.
Otwórz drzwi!”

Pieśń pierwsza: Wartownik

Na trop „Ośmiu pieśni szalonego króla” zespół trafił dzięki profesorowi Edwardowi Sielickiemu, szefowi Studium Muzyki Nowej UMFC. I z wyżej wymienionych powodów od razu przystąpił do odczytywania partytury. Po kilku tygodniach spotkali się na cztery intensywne dni prób, podczas których dawali z siebie wszystko. Ignacy Zalewski, który prowadził zespół, zapytany, czy jest zadowolony z efektu, powiedział krótko: Organicznie nie znoszę niskiego poziomu, więc zawsze pracujemy do upadłego, żeby było pięknie. Z koncertu jestem bardzo zadowolony.

„Madame, nie mam na myśli nic złego.
Tylko by zapamiętać, by zapamiętać czym był ów prześwitujący jedwab, koronka, bielizna, brokat,
który spadł na mą igłę. By zapamiętać. Madame,
pozwól nam porozmawiać, nie mam na myśli nic złego.”

Pieśń trzecia: Dama w oczekiwaniu

Instrumentaliści Hashtag Ensamble to jedni z najlepszych muzyków, jakich znam. Umiejętności i ekspresja flecistki Ani Karpowicz, perkusisty Leszka Lorenta czy pianisty Aleksandra Dębicza, że wymienię tylko trójkę reprezentantów zespołu – zapierają dech. Za każdym razem, gdy ich słyszę, mam wrażenie, że potrafią zagrać wszystko, że znają nawet te techniki, których jeszcze nie wymyślono.

“Słodka Tamizo, słodka Tamizo, hen, hen daleko
podążałem za tobą.
Bóg chroni mój lud.
Słodka Tamizo, płyń łagodnie. Płyń, obarczona moim ludem
(wybaw mnie od mojego ludu; on jest wewnątrz)
do ogrodu Eden, do Eden w Hanowerze, na Bermudach czy w Nowej Południowej Walii.
Słodka Tamizo, płyń łagodnie. Zabierz stąd mój lud.
Jestem utrudzony tym zwodzeniem. Jestem samotny.”

Pieśń czwarta: Do odśpiewania na wodzie

I gdy na estradę wchodzi Maciej Nerkowski, instrumentaliści Hashtag Ensamble mają problem. Maciek – jakby to powiedziała młodzież – niszczy system. Zawłaszcza sobie całą scenę, cokolwiek dzieje się obok – jest dla niego tylko tłem. Powiedzieć o nim baryton, to nie powiedzieć nic. To artysta totalny. Opanował dokładnie wszystkie techniki współczesnego i klasycznego śpiewu, ale jest także doskonałym aktorem. Nie ma absolutnie żadnych zahamowań. I jakkolwiek to zabrzmi, to jednak w kontekście artystycznym ma wyłącznie pozytywny wydźwięk.

Tylko jedna osoba jest w stanie zrównoważyć ekspresję Maćka Nerkowskiego, i to tylko w sytuacji scenicznego pojedynku jeden na jeden – jest nią Leszek Lorent. Przy czym on w starciu z Maćkiem wykorzystuje cały arsenał instrumentów perkusyjnych.

Żeby nie być gołosłowną – pierwszy z brzegu przykład:

http://www.youtube.com/watch?v=czorokQ0JWg


„Ester! O, ulgo na mej duszy.
Czy ciebie także, kochanie, przykuli w stajni?
Czy cię głodzą, biją, pogardzają tobą,
przedrzeźniają gdy krzyczysz?
Ludzie gadają, że jakaś inna kobieta jest moją żoną,
ale imię Królowej brzmi Ester.”

Pieśń piąta: Fantomowa królowa

Widzimy więc uosobienie szalonego króla, w parodii stroju i korony, bosego, przygarbionego. Słyszymy jego głos i uczucie zażenowania miesza się z fascynacją. Zażenowanie, bo wchodzimy w rolę gapiów, którzy patrzą na nieszczęśliwego, chorego człowieka i właściwie poza jałowym obserwowaniem nic więcej nie możemy zrobić. Fascynacja ogarnia nas, gdy odzyskujemy przytomność umysłu, zdając sobie sprawę, że to „tylko” gra. Czekamy niecierpliwie na ciąg dalszy. Do czego jeszcze posunie się bohater? Jak bardzo sprowokuje go jeszcze muzyka? Czym właściwie ona jest? Wypełnia przestrzeń między słowami? Oddaje stan duszy i może także umysłu chorego władcy?

Jestem zdenerwowany. Nie jestem chory
tylko zdenerwowany.
Na wypadek, gdybyście chcieli wiedzieć co ze mną nie tak
jestem zdenerwowany.

Pieśń szósta: Podróbka

Jeszcze słowo o samym utworze. Autorem „Ośmiu pieśni szalonego króla” jest Sir Peter Maxwell Davies, popularny brytyjski kompozytor, rocznik 34. Zdeklarowany gej i zaangażowany politycznie obywatel. Inspiracją dla stworzenia swoistego monodramu był tekst Randolpha Stow, oparty na pamiętnikach Jerzego III, tytułowego króla, którego szaleństwo spowodowała nieuleczalna choroba – porfiria. Muzyka zdradza duże poczucie humoru kompozytora. Współczesna zupa, pełna kontrastów, dysonansów, naszpikowana technicznymi trudnościami, przyprawiona została elementami jazzu, muzyki nawiązującej do baroku i klasycyzmu. Zawsze dzieje się to jednak nieprzypadkowo, nieoczekiwanie, wywołując zdziwienie pomieszane z rozbawieniem. Choć „Osiem pieśni…” utworem łatwym nie jest – ani dla słuchaczy, ani na wykonawców, i jedni, i drudzy zaraz po wybrzmieniu ostatniej nuty chcą jeszcze i jeszcze. Koncert w UMFC zakończył się bisem, a to nie często się tu zdarza.

„mój ludu: staję przed wami w żałobie,
na mej piersi jest gwiazda.
Król nie żyje.
Człowiek dobrego serca, skromny sługa Boży,
kochający mąż i ojciec.
Biedny facet, oszalał.
(…)
Czasami wył jak pies.
Zasłaniał lustra, by nie widzieć swojego odbicia kiedy przechodził
jego oczy zamieniły się w porzeczkową galaretę.”

Pieśń ósma: Przegląd

Tłumaczenie libretta na potrzeby koncertu – Ignacy Zalewski

Wrażeniami podzieliła się Kinga A. Wojciechowska

Oceń zawartość: 

Brak głosów