Świat bez wyrzutów sumienia [dyskusja o "Irlandczyku" Martina Scorsesego]

Nowy film Martina Scorsesego wzbudza kontrowersje. „Irlandczyk” – obsypany nominacjami, lecz pomijany przy wręczeniach nagród. Niektórzy go uwielbiają, inni nienawidzą – zwłaszcza za niemiłosiernie długi czas trwania... O filmie i jego przesłaniu dyskutują Maja Baczyńska i Anna Józefiak.

Maja Baczyńska: Jak sądzisz, czy Scorsese coś nam chciał tym filmem powiedzieć? A może właśnie o to chodziło, aby obejrzeć opowieść o czyimś życiu, nie mając żadnego konkretnego celu, poza pogłębieniem swojej wiedzy o kimś, kto istniał naprawdę i w pewnym sensie wpłynął na amerykańską historię?

Anna Józefiak: Określenie tematu filmu Scorsesego to niełatwe zadanie. Scenariusz mieści w sobie tyle wątków i motywów, że umyka mi gdzieś jego zasadnicze założenie. Losy prawdziwej postaci Franka Sheerana chyba nie miały być najistotniejszą warstwą filmu, lecz punktem wyjścia do mówienia o czymś innym. Oglądamy więc historię tradycyjnej irlandzkiej rodziny, na której cieniem kładzie się przestępcza działalność ojca. Obserwujemy bezwzględne działania mafii i skomplikowane relacje między osobami, które chcą kontrolować sytuację w mieście. Jednocześnie pojawia się wątek amoralności (główny bohater stoi jakby obok wszelkich norm moralnych) oraz motyw kary nieadekwatnej do ciężaru zbrodni (winny wielu brutalnych zbrodni Sheeran szybko wychodzi z więzienia na wolność).

MB: Zgadzam się, że reżyser powinien wiedzieć, o czym jest jego film i jasno to komunikować. To właśnie nadrzędna idea zwykle pomaga spoić wszystkie wątki w całość, doborowa obsada aktorska nie wystarczy do opowiedzenia historii. Aczkolwiek rola De Niro w moim odczuciu jest znakomita. Tyle że w „Irlandczyku” wątków jest rzeczywiście sporo...

AJ: Każdy z nich jest istotny i potraktowany przez Scorsesego poważnie – ale chyba dlatego trudno jest ostatecznie stwierdzić, o czym tak naprawdę jest ten film. Wygląda to trochę tak, jakby reżyser nie mógł się zdecydować, o czym chce mówić: czy chce pokazać nam biografię, czy bardziej uniwersalną historię? Jeśli to drugie, to co ma być jej treścią? W rezultacie fabuła jest przeładowana, a czas trwania filmu wydłużył się do nieznośnych 210 minut. Być może miłośnicy filmów Martina Scorsesego delektują się powolną narracją, niewątpliwie świetnie zrealizowanymi zdjęciami i grą całego aktorskiego tria: De Niro – Pacino – Pesci. Nadal jednak uważam, że zarówno perfekcyjna forma, jak i aktorstwo powinny służyć celowi nadrzędnemu – jakiejś głównej idei, którą przyjmuje reżyser. Ja w filmie Scorsesego się zgubiłam, a zamiast estetycznych uniesień czy egzystencjalnych przemyśleń doświadczałam jedynie irytacji i znużenia. Czy to oznacza, że nie dojrzałam jeszcze to „wielkiego kina”? Bo wielu tak mówi o filmie Scorsesego. Z drugiej strony „Irlandczyk” zdobył 10 nominacji do Oscarów, 10 do nagród BAFTA i pięć do Złotych Globów – i ani jednej statuetki. Jak mamy to rozumieć?

MB: Może po prostu „nie wypada” Scorsesego nie uhonorować chociażby nominacją za dzieło takich rozmiarów. Lecz przyznam, że z uwagi na różne obowiązki zawodowe ja akurat oglądałam „Irlandczyka” na raty i mam zupełnie inne odczucia niż Ty. Za każdym razem, gdy zaczynałam go oglądać, bardzo mnie wciągał, żałowałam, jeśli musiałam przerwać oglądanie. Wydaje mi się, że właśnie dzięki doskonałej grze De Niro i oczywiście także całej pozostałej śmietanki aktorów, o której wspominałaś.

AJ: Twój odbiór filmu, oglądanego w częściach, jest zbliżony do sugestii Tomasza Raczka, który powiedział, że film Scorsesego tak naprawdę mógłby być czteroodcinkowym serialem. Być może wtedy moglibyśmy odpocząć po każdym epizodzie i wracać ze świeżym umysłem do historii Franka. Mielibyśmy wtedy możliwość ogarnięcia złożonych wątków i łatwiej byłoby nam się cieszyć z popisów aktorskich. Spotkałam się jednak ostatnio z wypowiedzią samego reżysera, który stwierdził, że od samego początku odrzucił pomysł zrealizowania „Irlandczyka” w formie serialu, ponieważ według niego jedynie długa i scalona forma fabularna pozwoli na właściwe położenie akcentów i zbudowanie odpowiedniego napięcia oraz na wybrzmienie finałowej części całej historii – czyli schyłku życia Sheerana. Warto przy tym zwrócić uwagę na zabieg odmłodzenia i postarzenia postaci. Co o tym sądzisz? Czy twarze nie wydały Ci się czasami zbyt „animowane”?

MB: Dla mnie zabiegi odmładzania i postarzania – chapeau bas! Ale już skoro o sposobach ukazania postaci w różnych okresach życia mówimy, to zupełnie nie pasuje mi „dorosła” wersja Peggy, ja na castingu bym takiej aktorki nie wybrała, nie widzę podobieństwa pomiędzy Peggy-kobietą a Peggy-dzieckiem. Choć jest bohaterką drugoplanową, pozostaje ważna w kontekście samotności Sheerana na starość.

AJ: Tu otwiera się zresztą kolejny trop – pusta egzystencja bohatera, który pod koniec życia nie ma już przyjaciół (albo zginęli z rąk konkurencji, albo on sam ich zabił, albo zmarli w więzieniu), rodzina nie chce mieć z nim nic wspólnego, a chyba jedynymi osobami, które odwiedzają go w domu opieki, są policjanci, którzy wciąż wypytują go o przeszłość. Jakby uosabiali wyrzuty sumienia, które nie pozwalają zapomnieć Frankowi, kim był i ile złego uczynił.

MB: Moim zdaniem jednak nie ma tu do końca mowy o wyrzutach sumienia, co pokazuje rozmowa Franka z księdzem. Wręcz przeciwnie – Scorsese po raz kolejny pokazuje pewien wycinek świata w Ameryce tamtych czasów, podobnie jak to miało miejsce w przypadku „Gangów z Nowego Jorku” (2002). Widzimy więc rzeczywistość amoralną, ale jednocześnie obserwujemy, że dla jej uczestników zabicie człowieka może być tym samym, co zamówienie frytek. Może nam się to nie podobać, ale zostajemy zaproszeni do świata ludzi pokroju Franka Sheerana – świata, dodajmy, którego czasem wygodniej nie widzieć. Dla mnie świadczy o tym cała mafijna historia, którą Scorsese usiłuje „upchnąć”, dodając stosowne adnotacje na ekranie. Jednak nie pełnią one wyłącznie funkcji informacyjnej, one pokazują, że normy były amoralne lub w ogóle nie było żadnych norm.
AJ: Mówiąc o wyrzutach sumienia reprezentowanych przez postaci policjantów, kierowałam się przekonaniem, że w świecie uniwersalnych wartości takie wyrzuty powinny się pojawić i powinny szarpać duszę człowieka. Ale masz rację – Frank nie czuje się winny, raczej dręczy go ciągłe wracanie do przeszłości, jakby chciał o tym zapomnieć, ale nie dlatego że źle się czuje z tym, co zrobił, ale dlatego że tamtego życia już nie ma, obecne życie zaś – a raczej bierne egzystowanie – prowadzi już tylko do jednego: do śmierci w samotności. Mam wrażenie, że Frank żałuje w swoim życiu tylko jednego: nieudanej relacji z córką, wspomnianą Peggy...

MB: Tak, paradoksalnie na nią jedną nie mógł mieć wpływu. Peggy natomiast od samego początku, wiedziona naturalnym instynktem, nie ufała znajomym ojca, a ostatecznie nawet jemu samemu.

AJ: A co powiesz o odwołaniach Scorsesego do jego wcześniejszych filmów? Szczególnie interesuje mnie pierwsza scena w „Irlandczyku” (błądzenie kamery po domu opieki – samotność, starość, choroba, w końcu znalezienie bohatera na wózku, będącego niemal u kresu życia). Jest ona podobna do sekwencji otwierającej „Chłopców z ferajny” (1990) – tyle że tam widzimy drogę młodego bohatera idącego przez lokal pełen gości, śmiechu i – prawdopodobnie – gangsterów. Z jednej strony – kres życia, zapomnienie, osamotnienie, bagaż win; z drugiej – młodość, początek drogi ku przestępstwom, brak refleksji o tym, jak ta droga się skończy.

MB: Tak, zgadzam się, Scorsese często operuje kontrastami i może w tym należy upatrywać przesłania „Irlandczyka”. Oglądamy 3,5-godzinny film o tym, że przestępcza droga przez falę pozornych sukcesów prowadzi do samotności i zakłamania. Ale możliwe też, że to, o czym mówisz, to nie tyle świadome odwołanie Scorsesego do „Chłopców z ferajny” i kryjący się w tym głębszy zamysł, ile po prostu sprawdzone reżyserskie tricki. Chociaż tematyka obu tych filmów jest podobna i to może być jakiś trop. Scorsese przygląda się półświatkowi od lat, na przestrzeni czasu weryfikuje swoje spostrzeżenia.

 

Wszystkie treści na Prostoomuzyce.pl czytasz za darmo. Jesteśmy niezależnym, rzetelnym, polskim medium. Jeśli chcesz, abyśmy takim pozostali, wspieraj nas - zostań stałym czytelnikiem kwartalnika Presto. Szczegóły TUTAJ.
Jeśli jesteś organizatorem życia muzycznego, artystycznego w Polsce, wydawcą płyt, przedstawicielem instytucji kultury albo po prostu odpowiedzialnym społecznie przedsiębiorcą - wspieraj Presto reklamując się na naszych łamach.
Więcej informacji: Edyta Ruta | edyta.ruta [at] prostoomuzyce.pl | +48 579 66 76 78

Więcej artukułów z kategorii: 

Dodaj komentarz

To prevent automated spam submissions leave this field empty.

Oceń zawartość: 

Brak głosów